Już gdzie indziej, już przenieśliśmy się z najpiękniejszej miejscówki nad Bałtykiem (sorry Teatru!), na Mazury. A adekwatnie na Warmię. Znowu sosnowy las i zapach, który mi zawrócił w głowie.
Tym razem pławimy się w luksusie, dom jest ogromny i bardzo wygodny, balkony, jasne drewno, duże przestrzenie, przepiękne łazienki przy każdym pokoju, kominek, świetnie wyposażona kuchnia, ekspres do kawy, pralki i suszarki do wyboru. Tarasy. Hamaki.
Jak dla mnie troche za duzo luksusu, ale dariwanemu koniowi😁, wiec pławie sie i korzystam, wysypiam na szerokim łożu i jem przy ogromnym drewnianym stole.
A do tego jezioro, supy, kajaki, trzcina i ptactwo.
Trochę zazdroszczę, a trochę się po prostu się cieszę, bo możemy się gościć i korzystać i odpoczywać, bo brat też się cieszy, iż jesteśmy.
Dopiero teraz jest przestrzeń, żeby pisać.
Bo jak to robić na plaży, na piasku, na stołówce kolonijnej, w domu pełnym dzieci, braci, sióstr, szwagrów i szwagierek?
Mamy tam nad Baltykiem swoje miejscówki, pensjonat stoi na skraju lasu, a na plażę idzie się pół godziny, można tylko na piechotę albo rowerem, więc nie ma straganów, frytek i tłumów. Droga pachnie. Cisza, albo nasze rozmowy o wszystkim i o niczym.
Puste plaże.
(Kocham kiczowate fotki).
Stołujemy się zawsze u kolonistów, tradycyjne obiady jak w sanatorium, z zupą, drugim i kompotem, a do tego pani Ania robi specjalnie dla nas wegańskie albo bezglutenowe, co tam akurat sobie wymodzimy- mistrzostwo świata! Ale trzeba być najpóźniej o 14.30, bo potem stołówka zamknięta, jak to na koloniach;) Więc rano jest najpierw śniadanko, kawka w domu i pierwsze wyjście nad morze, dwa kilometry w jedną, noga za noga, potem plaza, powrot, obiad, drzemka, a potem drugie wyjście. Nad morzem wszystko ma swój czas i swój rytm.
Ale to już za nami, teraz jeziora.
Grzyby, lasy, kajaki.
Wczoraj padało, więc Olsztyn.
Starówka, rzeka Łyna zaraz mi się z Trollą skojarzyła.
Wystawa Dwurnika, niestety w poniedziałki zamknięta.
Smętek, więc moja ulubiona książka z lat młodzieńczych mi się przypomniała (Tropami Smętka):
Synek kupił rękodzieło dla swojej Re i wylądował na insta pani artystki. Ja kupiłam książkę, może będę czytać:
Powolnym spacerkiem, kawka na rynku, jak to turyści (kawka niestety okazała się kiepska – bosz, kiedy oni się nauczą używać dobre mleko owsiane!!, ale syn mówi, iż liczy się całość doświadczenia).
Tylko z czytaniem mi nie po drodze, bo jak tu czytać, kiedy rodzeństwo, ich partnerzy i ośmioro dzieciaków? Głowa mi się resetuje, żadna mądra myśl nie chce zamieszkać;D
Może teraz się uda poczytać, bo do brata przyjechaliśmy w okrojonym składzie.










