Ucząc się od Rygi. Riga Contemporary 2026

magazynszum.pl 3 dni temu

Ostatnie lata przyniosły kilka nowych inicjatyw rynkowych w Europie Środkowo-Wschodniej. W Warszawie poza WGW galerie handlują przy okazji targów w Hotelu Warszawa, Constellations i Art Warsaw, a w kwietniu obyła się czwarta edycja targów RAD w Bukareszcie. Targi sztuki zaczęła też organizować Ryga, gdzie na początku lipca miała miejsce druga edycja Riga Contemporary. Daje to poczucie, iż na regionalnym rynku ma miejsce jakiś ruch, ale byłabym ostrożna w stwierdzeniach, iż prowadzi on jednoznacznie do góry. Na przykład targi w Rydze są nie tyle świadectwem siły lokalnej sceny i tamtejszego kapitału, co odpowiedzią na potrzeby środowiska, które chce być bardziej widoczne w obiegu międzynarodowym. I choć Łotwa to mały kraj, a pieniędzy na sztukę nie ma tam wiele, przyjrzenie się tym targom jest interesujące także z perspektywy Warszawy, gdzie rynek działa dużo prężniej. Czego więc można nauczyć się od Rygi?

Riga Contemporary to trochę targi, a trochę wykuratorowana impreza (uczestnicy są wybierani przez organizatorów, nikt nie zgłasza się sam), której celem jest nie tyle finansowy zysk, co promocja łotewskiej sceny artystycznej.

Żeby zrozumieć specyfikę Riga Contemporary, trzeba zacząć od organizatora tych targów, czyli centrum sztuki Kim? Jest to instytucja publiczna, niewielka i jedyna z niewielu w Rydze poświęconych sztuce aktualnej. Poza Kim? pozostało muzeum narodowe z bardzo ciekawą kolekcją sztuki XX wieku, w tej chwili pokazywaną tylko częściowo (na 2028 rok planowane jest otwarcie nowej filii muzeum, Arsenału, gdzie będzie prezentowana sztuka po 1945 roku), Przestrzeń Sztuki Współczesnej zlokalizowana na starym mieście (Rīgas Laikmetīgās mākslas telpa) oraz Zuzeum, prywatne muzeum założone przez Jānisa Zuzānsa, kolekcjonera i właściciela największej na Łotwie sieci salonów gier. Akurat podczas mojego pobytu trwała tam okropna wystawa Mama mother nature, gdzie znalazło się wiele przykładów nieintencjonalnego kiczu, ale ponoć było tam też sporo dobrych rzeczy. Są też oczywiście galerie prywatne, ale to byty raczej skromne, a z tych, które występowały na Riga Contemporary, tylko galeria Asni bierze udział w międzynarodowych targach, których ma na koncie trzy (galeria powstała w 2024 roku).

Ten stan rzeczy skłonił ekipę Kim? do dywersyfikacji działań, podjętych z wsparciem ministerstwa kultury. Kim? pokazuje łotewskich artystów i artystki za granicą zarówno w instytucjach publicznych, jak i podczas imprez komercyjnych (w ostatnich latach Kim? był m.in. na Art Warsaw, viennacontemporary, Warsaw Gallery Weekend, Paris Internationale i ArtVilnus), a od zeszłego roku organizuje własne targi sztuki w Rydze. Ponieważ łotewski rynek sztuki jest raczkujący, targi w połowie finansowane są przez miasto. Dzięki temu opłata za udział jest symboliczna (500 euro), a część zaproszonych gości nie płaci wcale, szczególnie, jeżeli są z daleka, na przykład zza oceanu.

The Gallery, Riga Contemporary 2026, fot. Kristine Madjare
New Garden, Riga Contemporary 2026, fot. Kristine Madjare
LETO, Riga Contemporary 2026, fot. Kristine Madjare
Provence, Riga Contemporary 2026, fot. Kristine Madjare

Riga Contemporary to więc trochę targi, a trochę wykuratorowana impreza (uczestnicy są wybierani przez organizatorów, nikt nie zgłasza się sam), której celem jest nie tyle finansowy zysk, co promocja łotewskiej sceny artystycznej. I faktycznie, niektóre galerie miały bardziej eksperymentalną formułę, skupiały się na sztuce konceptualnej lub w ogóle nie były tworami komercyjnymi. Najbardziej wyrazistym przykładem tego podejścia była The Gallery, która otworzyła się raptem trzy miesiące temu w pustym biurze w Nowym Jorku, a jednym z jej flagowych produktów jest zin Issues. Współzałożyciel galerii Florian Meisenberg przyjechał do Rygi z jednym przedmiotem – małą szklaną piramidką podarowaną mu przez kolegę-artystę, która zapoczątkowała łańcuch handlu wymiennego. Na stoisku The Gallery można było więc pozyskać jakiś dziwny przedmiot (np. bombki choinkowe, amulet, rozbite okulary) za inny przedmiot, pod warunkiem, iż wiązała się z nim interesująca historia. Każda transakcja była finalizowana zdjęciem wymienianego obiektu, które lądowało w naściennej galeryjce, stopniowo budując opowieść o niejednoznaczności zysku w sztuce, w którym, jak tłumaczył mi Florian, nie chodzi tylko o pieniądze. Najciekawszym przedmiotem, jaki posiadał i akurat nosił na sobie, była koszulka z napisem „Polska”, którą dostał od członków polskiej organizacji katolickiej, zmartwionych jego aparycją bezdomnego. Sam ponoć w dwudziestu procentach jest Polakiem.

Przewrotną grę z ideą towaru podjęła także galeria New Garden, założona przez łotewskiego artystę Rudola Stamersa i funkcjonująca na co dzień w garażu w paryskiej dzielnicy Pantin (jak widać, dla lokalnych artystów choćby garaż w Paryżu jest lepszy od pracowni w Rydze). Razem z Elizą Ramzą tworzy on duet Maybe May Be, który na ryskich targach zaaranżował artystyczny drink bar – w okienku można było kupić koktajle inspirowane branżą artystyczną, np. „Gallery Weekend” (sok pomarańczowy z prosecco), „Collector” (dżin z tonikiem) czy „Kiss of the Gallerist” (syrop, wódka, sok cytrynowy oraz woda San Pellegrino), a na zagryzkę „critic’s pick” – sałatkę majonezową oprószoną drobinkami złota. Barowe stoisko New Garden zdobiły także lustra z ironicznymi hasełkami typu „You almost look like you know what you are doing”, „You are so pretty I thought you’re an artwork” czy „Hope to see you soon”.

Niektóre galerie na Riga Contemporary miały bardziej eksperymentalną formułę, skupiały się na sztuce konceptualnej lub w ogóle nie były tworami komercyjnymi. Najbardziej wyrazistym przykładem tego podejścia była nowojorska The Gallery. Jej współzałożyciel, Florian Meisenberg, przyjechał do Rygi z jednym przedmiotem – małą szklaną piramidką podarowaną mu przez kolegę-artystę, która zapoczątkowała łańcuch handlu wymiennego.

Jeśli ktoś ubrudził się krytyczną sałatką, mógł zawędrować do stoiska galerii Good Weather, gdzie artystka Nancy Lupo w nonszalanckim geście rozrzuciła papierowe serwetki, mydełka od Avonu i puste buteleczki po perfumach tej samej firmy. Lupo jest znana ze swojego zainteresowania codziennymi, banalnymi przedmiotami, przez które opowiada o życiu w kapitalizmie. Tu pewnie było podobnie, ale nie udało mi się w trakcie targów spotkać nikogo z tej galerii, żeby się upewnić. Może należeli oni do tej grupy, która zamiast doglądać interesu, poszła odkrywać miasto i wieczorem zanadto zasiedziała się w barze Darjo, prowadzonym przez artystkę Darię Melnikovą (jej prace można było oglądać na stoisku 427 Gallery)? Ja w każdym razie spotkałam tam artystę Samuela Haitza, który przyjechał na targi, żeby promować szwajcarski magazyn „Provence”, oraz sprzedać prace kilku zaprzyjaźnionych artystek i artystów – Sylvie Fleury, Ēriksa Apaļaisa, Johanny Kotlaris, Edgarsa Gluhvsa i Jonathana Monka. Można było kupić je po wyjątkowo korzystnych cenach, np. grafika Sylvie Fleury (jedna z jej prac znajduje się w kolekcji MSN-u) wyceniona została na 1150 euro. Na rynku zachodnim poszłaby ponoć po przynajmniej czterokrotnie wyższej cenie (tak przynajmniej twierdził Haitz). Pomimo tej okazji na stoisku Provence od kupców się nie roiło – może dlatego, iż większość z tych artystów nie jest w Rydze szczególnie znanych, a może dlatego, iż naprzeciwko stoiska Provence ulokowała się galeria LETO z krzycząco kolorowymi pracami Kai Gadomskiej, które cieszyły się dużo większym zainteresowaniem oglądających (do tego stopnia, iż LETO zdobyło nagrodę publiczności). jeżeli więc zastanawiacie się, jakie są gusta ryskiej publiki, to mniej więcej takie.

Weatherproof, Riga Contemporary 2026, fot. Kristine Madjare
Met him pike hoses, Riga Contemporary 2026, fot. Kristine Madjare
TUR, Riga Contemporary 2026, fot. Kristine Madjare
Kim?, Riga Contemporary 2026, fot. Kristine Madjare

Misją Riga Contemporary nie jest jednak odpowiadanie na potrzeby lokalnej klienteli, bo są one na razie nikłe, znalazło się więc tam dużo galerii prezentujących dzieła o mniej oczywistym charakterze. Takie było na pewno stoisko galerii Weatherproof z Chicago, pokazującej efemeryczne prace duetu Olivier – konstrukcje z pudełek i różnej maści biurowych akcesoriów (naklejek, klipsów od segregatorów, płyt CD), sprawiające wrażenie wyjątkowo nietrwałych – czy galerii Met him pike hoses z instalacjami artysty i filmowca Simona S. Belleau, wykorzystującymi klatki z filmów Chantal Akerman. Nie zabrakło jednak i propozycji bardziej tradycyjnych – wśród nich uwagę zwracały poetyckie płótna Katrīny Biksone na stanowisku TUR, czyli eksperymentalnej przestrzeni współprowadzonej przez artystów i kuratorów, oraz niewielkie, prymitywizujące w formie rzeźbki Rózy El-hassan, które można było zobaczyć na stoisku budapeszteńskiej galerii Longtermhandstand.

Na targach pokazało się także samo Kim?, prezentując efekciarskie prace z blachy Indriksa Gelzisa i szklane obiekty Karlīny Mežeckiej – ta druga miała dodatkowo indywidualny pokaz w macierzystej przestrzeni Kim? na ulicy Sporta 2. Udało mi się tam zajrzeć i jakże byłam zdziwiona, odkrywając skromność tego miejsca, tak ważnego dla ryskiej sceny – są to raptem cztery salki. Rozlokowano w nic ceramiczne i szklane prace Mežeckiej, charakteryzujące się organiczną formą i często nawiązujące do świata zwierzęcego. W ostatniej sali Mežecka pokazała nowe prace w formie szklanych gablot, na których naklejone zostały zdjęcia wtulonych w siebie nagich osób. Nie powiedziałabym, żeby te prace zrobiły mi coś szczególnego, ale artystka na pewno ma bardzo dobrze przyswojony język współczesnej instalacji.

Karlīna Mežecka, „Stare Up At Me”, Kim? Contemporary Art Centre, fot. Ansis Starks
Karlīna Mežecka, „Stare Up At Me”, Kim? Contemporary Art Centre, fot. Ansis Starks
Karlīna Mežecka, „Stare Up At Me”, Kim? Contemporary Art Centre, fot. Ansis Starks

Kim? niedługo czeka przeprowadzka do większego budynku o nazwie Eden, zlokalizowanej naprzeciwko Hanzas Perons. W trakcie targów można było oglądać tam wystawę Wet Work Over Lap, zorganizowaną przez zespół Kim? i poświęconą pracy seksualnej. Była to bez wątpienia jedna z ciekawszych propozycji wystawienniczych w Rydze, na której zobaczyć można było prace takich osobowości jak Reba Maybury (były to kopie dzieł Degasa, przedstawiające pracownice seksualne, tworzone przez jej uległych), Sophie Thun (która pokazała swoje autoportrety wykonane w darkroomie), znów Sylvie Fleury czy Elzy Sile, która stworzyła spektakularną, śmieciową instalację site-specific. Nie zabrakło też lokalnych twórczyń – Sabīne Vernere przygotowała instalację inspirowaną postacią Lilith, a Paula Zvane zbudowała namiot przykryty olbrzymim grzybem kombuchy i ogrodzony ażurowymi strukturami z lnianych włókien. W trakcie swojego pobytu w Rydze załapałam się także na wykład performatywny Mindy Seu, poświęconym relacjom pracy seksualnej i branży hi-tech. Wykład miał dość nowoczesną formę, artystka czytała tekst z relacji na Instagramie, angażując w to także publiczność. Było to więc coś dla mnie nowego i na (teoretycznie) seksowny temat, ale dosyć gwałtownie zaczęłam przysypiać. Może to ze względu na zmęczenie po całym dniu wrażeń, może na pochyloną pozycję, jaką trzeba było przyjąć podczas performansu, a może po prostu wykład był jednak przegadany i monotonny.

1
Do zobaczenia 21.01.2021

„Black Market” w Kim? Contemporary Art Center

Redakcja

Mimo to wystawa w Eden dobrze pokazuje ambicje zespołu Kim?, który stara się pokazywać sztukę swojego regionu w jak najbardziej międzynarodowym kontekście. Wydaje mi się, iż jest to postawa charakterystyczna dla scen mniejszych państw Europy Środkowo-Wschodniej, które nie mają tak rozbudowanej sieci instytucjonalno-galeryjnej jak choćby Polska. A przynajmniej słyszałam takie opinie; praktyka, jak wiadomo, może wyglądać różnie. W Rydze to dążenie na pewno widać, a jak pokazuje przykład Riga Contemporary słaby rynek nie jest tu przeszkodą, a może choćby paradoksalnie ułatwiać pokazywanie sztuki zagranicznej. W Warszawie jest to mniej oczywiste, choć warszawskie galerzystki i galerzyści dokonują starań, by sieciować się międzynarodowo. Taki jest cel Constellations, ale także na ArtWarsaw było naprawdę sporo dobrych galerii zagranicznych. Efekty tych wysiłków są jednak różne, bo w Warszawie pieniądze i dość prosto rozumiany zysk mają jednak najważniejsze znaczenie. Opłaty za udział są wyższe (co prawda w Hotelu Warszawa to ciągle stosunkowo bezpieczne 4500–6500 złotych za pokój, ale na ArtWarsaw opłaty wahały się od kilkunastu do kilkudziesięciu tys.), jest też więcej potencjalnych kupców, więc galerie pokazują sztukę, którą najłatwiej sprzedać, czyli malarstwo i rzeźbę. To znamienne, iż choćby silne galerie zagraniczne, jak Nordenhake, przyjechały do Warszawy z towarem, który się tu sprzeda, czyli w tym wypadku dziełami polskich klasyków – płótnami Leona Tarasewicza i instalacjami Mirosława Bałki. W Warszawie fantazja zdecydowanie przegrywa z ekonomicznym reality.

Sabīne Vernere, widok wystawy „EDEN: Wet Work Over Lap”, fot. Ansis Starks, dzięki uprzejmości Kim? Contemporary Art Centre
Paula Zvane, widok wystawy „EDEN: Wet Work Over Lap”, fot. Ansis Starks, dzięki uprzejmości Kim? Contemporary Art Centre
Elza Sīle, Aly Milk, widok wystawy „EDEN: Wet Work Over Lap”, fot. Ansis Starks, dzięki uprzejmości Kim? Contemporary Art Centre
Reba Maybury, widok wystawy „EDEN: Wet Work Over Lap”, fot. Ansis Starks, dzięki uprzejmości Kim? Contemporary Art Centre
Sophie Thun, widok wystawy „EDEN: Wet Work Over Lap”, fot. Ansis Starks, dzięki uprzejmości Kim? Contemporary Art Centre

Czego w takiej sytuacji można nauczyć się od Rygi? Na pewno godna podziwu jest postawa ekipy Kim?, dla której priorytetem jest stymulacja karier łotewskich artystek i artystów. W Polsce co prawda nie ma takiej potrzeby, żeby instytucje publiczne brały udział w targach i je organizowały, ale czasem, jak obserwuję wypowiedzi różnych osób dyrektorskich z polskich instytucji, mam wrażenie, iż ich zainteresowania lokują się zupełnie gdzie indziej. Ważna jest publiczność, czasem badania artystyczne, demonstrowanie społecznej użyteczności instytucji, reagowanie na bieżące wydarzenia polityczne, a choćby ratowanie świata poprzez sztukę, ale ratowanie więdnących karier polskich artystów, mających skromne możliwości produkcyjne (ciężko mi nie zauważyć faktu, iż wiele karier osób z mojego pokolenia utkwiło w martwym punkcie) już mniej. Przydałby się nam Kim? w Warszawie i w sumie nie zdziwiłabym się, gdyby instytucja ta w pewnym momencie wpadła na pomysł o otwarciu własnych filii w kilku większych europejskich stolicach. Rygo, czekamy.

1
Krytyka 13.09.2019

Kamradi z Prahy. FOAF Praga

Piotr Sikora

Kolejną kwestią jest publiczne dofinansowanie komercyjnych imprez, co w Warszawie budzi kontrowersje, głównie ze względu na rosnącą dysproporcję pomiędzy sektorem publicznym i prywatnym. Przykład Rygi pokazuje jednak, iż dofinansowanie targów może dawać korzystne efekty i być częścią strategii rozwoju sceny. Skala dofinansowania ryskich targów jest oczywiście wyjątkowa, ale także większe i starsze targi korzystają często z dotacji, głównie na programy publiczne. Według mnie nie jest to nic oburzającego. Z resztą kto wie, może już niedługo publiczne dofinansowanie będzie dla polskich galerii konieczne, by przeżyć – jak wieść gminna niesie, w kraju nad Wisłą popyt na sztukę jest ostatnio odczuwalnie mniejszy. Potraktowałabym tę trudną sytuację przede wszystkim jako szansę dla polskich galerii – na eksperyment, zmianę taktyki, a kto wie, może całkowite wyzwolenie się z kajdan kapitalizmu?

Idź do oryginalnego materiału