14 października, Warszawa
Dzisiaj po raz pierwszy znalazłam się w środku wesela, z którego uciekła panna młoda. Gdyby ktoś mi opowiadał o takiej sytuacji, pewnie i ja podszedłabym z dystansem, myśląc, iż to jedynie filmowy dramat. A jednak życie potrafi wymyślić najbardziej niespodziewane zwroty akcji trzeba się trzymać mocno.
Nie była to moja uroczystość. Nie zaproszono mnie wcale. Na początku to moja przyjaciółka Bogna miała przyjechać ze swoim partnerem Tomkiem, dalekim krewnym pana młodego. Dzień przed ślubem Bogna trafiła do szpitala, więc Tomek musiał iść sam. Bogna nie chciała zostawić go samego, zwłaszcza iż wokół było mnóstwo niezamężnych pań.
Toast, kolejny krok, a potem przyjdzie jakaś babcia i wciągnie go w swoje sieci. On odejdzie ode mnie! Albo nagle przyjdzie i powie, iż jest w ciąży! Od Tomka! marudziła Bogna, wprawiając mnie w zakłopotanie. Tomek przysięgał, iż wszystko będzie kulturalnie.
Nie wierzę wam, panowie! Nie można zostawiać samych mężczyzn! Na rynku brakuje mężczyzn! Jeden nie wyjdzie! I tyle! odcięła Bogna, a Tomek przygnębiony spojrzał na mnie, jakby szukał ratunku.
Nie, choćby nie pytaj odmówiłam, choć w głębi serca wiedziałam, iż i tak przyjadę, bo przyjaciółka zawsze liczy na mnie.
Tomek powiedział mi, iż pan młody Aleksander ma 45 lat, jest rozwiedziony, prowadzi dwa sklepy, stację benzynową i jeszcze coś tam. Nie ma własnych dzieci, oprócz syna z pierwszego małżeństwa, którego wychowuje jak własnego. Ten chłopak jest typem daj, kup, podaruj i prawie nie ma z nim kontaktu, ale Aleksander wspiera go pieniądzmi z własnego portfela.
O pannie młodej wiedział tylko, iż jest znacznie młodsza od Aleksandra. I tak nadszedł wielki dzień. Tomek i ja pojechaliśmy prosto do Urzędu Stanu Cywilnego w Krakowie. Nie braliśmy udziału w żadnych przygotowaniach ani w przyjęciach.
Pan młody wyglądał na poważnego, sportowego faceta z dołkiem w brodzie, orlim nosem i głęboko osadzonymi niebieskimi oczami. Dałoby się go określić jako solidny. Panna młoda naturalnie blondynka, ale nie ta, co chodzi po lesie na smyczy. Miała długie, aż do pasa włosy, pomalowane na czarno. Była naprawdę ładna, choć nie pełna radości. Miałam wrażenie, iż ma lat około dwudziestu pięciu później okazało się, iż adekwatnie zgadłam.
Ceremonia przebiegała zgodnie z planem, dopóki do drzwi nie wślizgnął się kolejny gość przystojny chłopak o słodkiej twarzy, który od razu zaczął przyglądać się wszystkim z lekko szyderczym uśmieszkiem. Panna młoda patrzyła wokół, a w jej spojrzeniu spotkał się wzrok nieznajomego. Twarz się nagle zmieniła, a potem nastąpił prawdziwy weselny chaos.
Młodzieniec wskazał na drzwi, a dziewczyna odwróciła się i podążyła za nim. W tle rozległo się: W życiu każdego człowieka przychodzą dni, które zostają w pamięci na zawsze. Nie da się tego zapomnieć. Goście zamarli, a matka panny młodej zawołała: Jadwiko, chłopcze, dokąd uciekasz?! i pobiegła za nią.
Jedyny, kto zachował olimpijską nerwowość, to pan młody. ale jedynie uśmiechnął się. Ceremonia została przerwana. Goście nie rozumieli, co się stało. Matka panny płakała w holu, a podszedł do niej mężczyzna, którego głos dobiegł przez zamieszanie: Zjechała samochodem. Hańba. Nie odbiera telefonów.
Nikt nie potrafił już wyjaśnić sytuacji. Rodzice Jadwigi (moja przyjaciółka) próbowały przeprosić Aleksandra. Na uroczystości było około pięćdziesiąt osób. Niektórzy przyjechali z daleka i zaczęli się zastanawiać, kiedy już się rozstanie.
No i co? Gdzie teraz, Aniu? Czy do pociągu? Może do kawiarni? zapytał starszy pan w pasiastych spodniach. Jego żona, wysoka blondynka o falowanej fryzurze, westchnęła.
Najbardziej zaskoczył mnie pan młody. Spojrzał na zdezorientowanych gości i rzekł:
Panowie, chodźmy do kawiarni! Wszystko już zamówione i opłacone. Jedziemy!.
Goście ruszyli wesoło, nie zważając na zamieszanie. Aleksander zachował się wzorowo, choć widać było, iż jest smutny. Pierścionki schował do kieszeni.
W trakcie kolacji dowiedziałam się, iż uciekinierka Jadwiga jest żoną syna Aleksandra. Sytuacja była jak w serialu. Byli razem, on ją po dwóch tygodniach zostawił i zniknął. Potem spotkała Aleksandra, który się w niej zakochał i, mimo młodego wieku, zaproponował małżeństwo.
Z babcią się cieszymy! Mężczyzna poważny, zapewniony. Nie przypuszczaliśmy takiego zwrotu losu wycierała łzy matka Jadwigi chusteczką.
Okazało się, iż Jadwiga nie wiedziała, iż jej przyszły mąż jest ojcem jej niedawnego kochanka. Czy on to wiedział? Nie wiadomo. Zaproszenie dostał pod koniec, a na miejscu rozpoznał w swojej przyszłej żonie dawną przyjaciółkę ojca. Co za dramat!
Mężczyzna nie wydał się mi sympatyczny od początku wydawał się śliski, jakby miał się zawisnąć na czyjejś szyi. Mógłby spokojnie stać w kącie, ale zamiast tego musiał się wyłudzać, by Jadwiga go zauważyła i podciągnęła.
Tomek nie potrafił choćby tańczyć, a już na pewno nie mógł jeść. Cały czas dzwonił do Bogny w szpitalu, żałując, iż nie był obecny przy tak ważnym wydarzeniu.
Goście rozmawiali, jedli i pili. Pan młody potajemnie nazywano świętą osobą. Aleksander przez cały czas spokój trzymał jak wąż w sianie może po prostu umiał zachować twarz.
Po dwóch godzinach wszyscy prawie zapomnieli o całym zamieszaniu, oprócz starszej ciotki, surowej i wojowniczej, która wciąż narzekała: Jadwigę trzeba było wyciągnąć z tą chorobą!
Prowadzącego początkowo chciano wysłać w domu, ale młody, bystry mężczyzna zapewnił, iż sam naprawi program i będzie bawił gości.
Tak się stało. Następnie drzwi otworzyły się, a Jadwiga pojawiła się w progu. Matka znowu rzuciła się na nią, a ojciec pospieszył, by nauczyć córkę, jak się zachować. Pan młody podbiegł do niej.
Było ciekawie, ale powstrzymało ich wszystko. Z kolejnych wypowiedzi dowiedziałam się, iż Jadwiga poprosiła o wybaczenie i padła przed Aleksandrem na kolana, przepraszając za ucieczkę z Urzędu. Po kilku godzinach zrozumiała swój błąd i wróciła.
Myślicie, iż go wyrzuciła? Nie, wybaczył. Zajęli miejsce przy głównym stole, a goście, po długim napięciu, wreszcie mogli wykrzyczeć upragnione och, to dopiero było!.
Reszta wesela w końcu ruszyła pełną parą. Nie byłam pewna, czy postąpiłam adekwatnie, ale nie mogłam nie zapytać pana młodego: Dlaczego go wybaczyłeś?. Odpowiedział mi szczerze:
Każdy zasługuje na drugą szansę. W życiu popełniamy błędy, ale nie powinniśmy się poddawać. Gdy ktoś cię znów zdradzi, to już inna historia. Jedna raz trzeba wybaczyć wszystkiemu!.
Tak więc, po dwóch miesiącach Jadwiga i Aleksander wzięli ślub w Urzędzie Stanu Cywilnego. Następnego dnia złożyli wniosek o zmianę nazwiska. Ten sam złodziej wesela zniknął w nieznanym kierunku, a plotki głoszą, iż Aleksander przez cały czas wspiera go finansowo, choćby z powodu kolejnego incydentu.
W końcu para ma już bliźniaczki. A Tomek, mąż Bogny, podsumowuje tę całą ceremonię: Przynajmniej będę miał na co wspominać!.
Jedno wiem na pewno takiego wesela nie życzyłabym nikomu.
Zapisuję to, by pamiętać, iż choćby w najdziwniejszych sytuacjach warto dawać szansę i iść dalej, bo życie, jak mówią starzy Polacy, nie zawsze podsuwa nam różę bez kolców.
