Tydzień temu znów spotkałam swoją pierwszą miłość – na pogrzebie jego żony – i od tamtej pory czuję, jakby całe moje życie stanęło na głowie

newskey24.com 1 tydzień temu

Tydzień temu znów zobaczyłam swoją pierwszą miłość na pogrzebie jego żony i od tego czasu czuję, jakby cały mój świat wywrócił się do góry nogami. Mam czterdzieści lat, od dwóch lat jestem po rozwodzie, wychowuję dwójkę dzieci. Wydawało mi się, iż przeżyłam już wszystko to, co mogłam, jeżeli chodzi o miłość, iż te rozdziały są za mną, zamknięte na zawsze. Ale wystarczyło jedno spojrzenie, by zrozumieć, iż niektóre historie nigdy tak naprawdę się nie kończą.

Miałam siedemnaście lat, gdy byliśmy razem. On był moją pierwszą, prawdziwą miłością taką, która ściska serce, zmusza do pisania listów ukradkiem i marzenia o wspólnej przyszłości pod jednym dachem. Ale moi rodzice nigdy go nie zaakceptowali. Mówili, iż nie skończył szkoły, iż pracuje jako mechanik, iż nie czeka mnie z nim żadna przyszłość, iż „zasługuję na więcej”. Ciągła presja doprowadziła do tego, iż w końcu go zostawiłam. Nie dlatego, iż przestałam go kochać, ale dlatego, iż czułam się do tego zmuszona. Niedługo potem wysłano mnie na studia do Krakowa i tam zaczęłam nowe życie.

Minęły lata. Skończyłam studia, wyszłam za mąż, urodziłam dzieci, stworzyłam rodzinę. Pozornie wszystko układało się dobrze, ale małżeństwo się rozpadło i wróciłam w końcu do rodzinnej miejscowości pod Lublinem razem z dziećmi. Zaczęłam znowu spotykać się z dawnymi znajomymi ze szkoły, sąsiadami, starymi znajomościami ale nie z nim. O niego nigdy nie pytałam. Może ze strachu, może z szacunku, a może dlatego, iż wiedziałam, iż rozdrapywanie tej rany będzie bolało.

Do zeszłego tygodnia. Dostałam wiadomość od starego znajomego: Słyszałaś o Jarku? najpierw nie wiedziałam, o co chodzi. Potem napisał mi, iż zmarła jego żona, iż w pracy organizują kwiaty i wspólne pożegnanie na pogrzebie. Zapytał, czy też chcę przyjść, czy się przyłączę. Patrzyłam w ekran telefonu przez kilka minut, nie potrafiąc odpisać ani słowa.

Poszłam na pogrzeb. Sama nie wiem dlaczego po prostu czułam, iż muszę tam być. Gdy zobaczyłam go przy trumnie, zgaszonego, z czerwonymi od łez oczami, ścisnęło mi serce tak mocno, iż ledwo mogłam oddychać. On już nie był tamtym siedemnastoletnim chłopakiem, ale wciąż był tym samym człowiekiem. Spojrzeliśmy na siebie z daleka, nie podeszliśmy, nie zamieniliśmy słowa. Ukłoniliśmy się tylko sobie wzrokiem. To wystarczyło, by wywrócić wszystko w moim wnętrzu do góry nogami.

Od tamtej pory wciąż o nim myślę. O tym, kim byliśmy dla siebie. O tym, na co nigdy nie pozwolono nam być. O tym, jak wyglądałoby moje życie, gdybym nie była taka posłuszna. Targają mną wyrzuty sumienia, iż czuję to wszystko właśnie teraz, kiedy on przeżywa żałobę. Nie chcę się zbliżyć, nie chcę postawić go w niezręcznej sytuacji, nie chcę komplikować niczego w jego życiu. choćby nie mamy kontaktu na Facebooku. Nie piszemy do siebie. Wszystko rozgrywa się tylko w mojej głowie i w sercu.

I tak oto czterdziestoletnia kobieta, matka dwójki dzieci, z życiem na pozór poukładanym znów czuję się jak ta siedemnastoletnia dziewczyna, która pierwszy raz się zakochała. Sama nie wiem, czy to nostalgia, czy żal za tym, co się nie wydarzyło, czy to po prostu tak jest, iż pierwsza miłość potrafi obudzić w nas uczucia, które wydawały się dawno pogrzebane.

Co o tym sądzicie? Naprawdę potrzebuję rady…

Idź do oryginalnego materiału