— Ty czego się na mnie drzesz?! — oburzył się mężczyzna. — Przecież leczę i dokarmiam twoją żonę, a ty na mnie krzyczysz?! Co to w ogóle ma być!!! Przekrzykiwali się tak przez pół godziny, aż ptak ochrypł, a mężczyzna opadł z sił…

newsempire24.com 4 dni temu

3 marca

Czasem myślę, iż życie lubi sobie ze mnie zakpić, a los podsuwa zupełnie nieoczekiwane zwroty tak jak dziś.

Wracałem do domu po rannej zmianie w fabryce Polmetal pod Warszawą. Przede mną był cały weekend już sama myśl o tym poprawiała mi humor. Ale to nie wszystko wieczorem miałem spotkać się z Marianną, dziewczyną, którą poznałem miesiąc temu przez internet. Przez cały luty wymienialiśmy się wiadomościami: opowiadaliśmy o pracy, hobby, życiu. Marianna wydawała się wyjątkowo otwartą osobą i czas z nią płynął zaskakująco naturalnie. Wreszcie uzgodniliśmy, iż pójdziemy do małej, klimatycznej knajpki na Pradze. Musiałem tylko zadzwonić, zarezerwować stolik i dobrać jakąś sensowną koszulę.

Pogrążony w rozmyślaniach, choćby nie zauważyłem, kiedy znalazłem się pod moim blokiem: szara wielka płyta na Grochowie, czwarte piętro, kawalerka po babci. Do wejścia zostało może z pięćdziesiąt kroków. Wydawało się, iż jeszcze sekundę i wszystko potoczy się zupełnie inaczej…

Gdyby nie to przeklęte ale.

Nagle, prosto na chodnik przed klatką, spadła z drzewa czarna wrona. Nigdy wcześniej jej nie widziałem; miotała się, rozpaczliwie skrzecząc, a na gałęziach powyżej zawrzała cała chmara innych wron. Hałas był taki, jakby ogłoszono alarm powietrzny.

No pięknie mruknąłem pod nosem. Tego mi jeszcze brakowało.

Z wroną nie mogłem tak po prostu zostawić sprawy. Jej prawa łapka była ewidentnie złamana, podkurczona pod tułów. Zdjąłem kurtkę, delikatnie przykryłem ptaka i gwałtownie wbiegłem do klatki, choć cały czas słyszałem za sobą narastające, żałosne pohukiwania.

W mieszkaniu ostrożnie rozwinąłem kurtkę. Wrona od razu wbiła mi dziób w palec.

No pięknie przekląłem, owijając jej dziób szmatką.

Telefon do najbliższej lecznicy okazał się bez skutku ptaków dzikich nie przyjmujemy. Dzwoniłem jeszcze do znajomych, pytałem na forum nigdzie pomocy. W końcu wpadłem na to, żeby zrobić coś sam: przecież jestem mechanikiem! Jakaś szyna, stabilizacja, dam radę.

Najpierw zrobiłem jej w oknie legowisko w kartonowym pudełku, wyłożyłem je starymi ręcznikami. Nazwałem ptaka żeby było raźniej Klara.

Godzinę dłubałem przy prowizorycznej szynie z dwóch patyczków po lodach, trochę taśmy i nożyka. Kończąc, odwiązałem szmatkę z dzioba Klara natychmiast próbowała mnie znowu uszczypnąć.

Już spokojnie, spokojnie Ja tylko pomóc chcę! Ale jeść i pić, panno, musisz też! rzuciłem pół żartem, pół serio.

Poszukałem w sieci, czym adekwatnie żywi się wrona. Okazało się, iż muszę iść do sklepu wędkarskiego po robaki i do apteki po strzykawkę i pęsetę. Znalazłem wszystko na bazarku pod blokiem Warszawa ma swoje zalety.

Po powrocie zmagałem się z ptakiem przez pół godziny: jeden trzyma dziób, drugi wpycha robaka, potem woda ze strzykawki. Klara prychała, gryzła, ja komentowałem pod nosem, ale walczyłem podobnie uparci.

W końcu padliśmy oboje. Ona najedzona, trochę ukojona zasnęła. Ja poległem zaraz po niej.

Rano powtórka z rozrywki: śniadanie dla Klary, śniadanie dla mnie i znowu protesty. Nagle zobaczyłem coś dziwnego. Na parapecie siadł ogromny wroni samiec, gapił się na mnie jakby chciał sprawdzić, czy dobrze karmię.

Nie namyślając się wiele, uchyliłem okno.

Ty chyba narzeczony Klary, co? To chodź, zobacz sam. Ja tylko pomagam.

Wrona przechylił głowę, omiótł mnie wzrokiem, powoli podszedł do Klary. Klara zaszurała skrzydłem i zaraz wydała z siebie cichy dźwięk. Samiec wyprostował się, rozłożył skrzydła i zaraz zaczął krakać.

No ty chyba żartujesz! Ja tu leczę i karmię twoją żonę, a ty na mnie się wydzierasz?! obruszyłem się. Też mi wdzięczność

Przez następne pół godziny przekrzykiwaliśmy się z ptakiem na zmianę aż wrona ochrypła, a ja się zmęczyłem i zamilkłem.

Postawiłem przed tamtym dwa pojemniczki z robakami i larwami niech wie, iż nie jestem wrogiem. Ten, z powagą degustatora, najpierw badał zawartość, a potem łaskawie zjadł.

No ba, rozgość się, skoro już widzisz, iż się staram…

Najedzony samiec zaczął troskliwie poprawiać piórka Klarze. Wzruszyło mnie to bardziej, niż myślałem.

No, rodzinne czułości Nie martw się, wyciągnę ją, tylko powiedz jej, żeby przestała mnie dziobać i zaczęła w końcu jeść sama.

Nocą wrona odleciał, ale rano znowu się przyplątał. Pukał dziobem w szybę, aż go wpuściłem sprawdził Klarę, przekąsił i wyglądał na zadowolonego.

Dzień dobry… rzuciłem, opierając się o blat. Chyba zaczynamy się rozumieć, co?

Nagle mnie olśniło!

O matko! Marianna! Przecież ja choćby do niej nie zadzwoniłem! Nie zarezerwowałem stolika!

Chwyciłem za telefon i drżącym głosem wykręciłem numer.

Wybacz mi zacząłem nieporadnie i opowiedziałem całą historię, łącznie z ptasim dramatem.

Czyli ta twoja wrona jest ważniejsza ode mnie?! przerwała mi w połowie obrażonym tonem Marianna.

Nie, nie o to chodzi Po prostu

To zostań z tą wroną! trzasnęła słuchawką.

Usiadłem przy stole obok wrony, wypuściłem głośno powietrze.

No i po spotkaniu choćby się nie zaczęło.

Wtedy duży wron postanowiłem nazwać go Karol podleciał na stół, rozłożył skrzydła, wypiął pierś i zaczął kroczyć z dumną miną w tę i z powrotem.

Uśmiechnąłem się pod nosem:

Wiesz co, Karol? Może i mam pecha, ale od ciebie bije taka energia, jakbyś chciał powiedzieć, żebym się nie poddawał. Chłopie, dasz radę, co?

I wtedy dzwonek do drzwi.

Otworzyłem na korytarzu stała pani Wanda, sąsiadka z piątego piętra, ta zawsze uśmiechnięta w windzie.

Przepraszam, iż tak wpadam… Ale od kilku dni u pana przy oknie wiruje chmara wron. Wszystko w porządku?

Proszę, niech pani wejdzie powiedziałem niepewnie. Pokażę.

Zagląda przez ramię i staje oniemiała.

Pan ratuje wronę? zapytała z niedowierzaniem.

Klarę poprawiłem ją automatycznie.

To może jego partner to Karol zaśmiała się perliście.

Ten śmiech Dawno już nie słyszałem czegoś tak miłego.

Od tego dnia dużo się zmieniło. Karol natychmiast zapałał wyraźną sympatią do Wandy. Kiedy tylko wchodziła, on puchł z dumy, rozpinał skrzydła jak na balu. Ona się śmiała, czasem trochę czerwieniła.

Klara z czasem przywykła przestała dziobać, zaczęła sama jeść i nabierać sił.

W końcu zostawiłem Wandzie zapasowy klucz. Kiedy byłem w pracy, ona zaglądała do Klary i Karola, doglądała ich jak własnej rodziny.

Z każdym dniem Wanda coraz bardziej mi się podobała. Wreszcie odważyłem się kupić dla niej upominek. Po drugiej zmianie, tuż przed zamknięciem sklepu, wybrałem srebrny łańcuszek z czerwonym serduszkiem. Wizja, jak wręczam jej prezent, poprawiała mi humor całą drogę do domu przez mokre ulice.

Ale kiedy tylko wszedłem w zaułek pod moim blokiem, spod latarni wyskoczyło dwóch typów.

Dawaj portfel, telefon i zegarek! zagroził jeden, błyskając nożem.
I kurtkę zdejmuj rzucił drugi złowrogo.

Nawet nie zdążyłem się przestraszyć.

Nagle z ciemności runęła chmara wron. Wrzasnęli, rozlegał się jazgot, przerażone błagalne okrzyki dziesiątki dziób błyskawicznie przegoniły napastników.

Biegłem do bloku, ile sił.

Nazajutrz rano pukanie do drzwi.

Przed progiem stała Wanda, roztrzęsiona.

Boże żyjesz! Ja przez okno widziałam, jak ta cała chmara zaatakowała dwóch facetów!

Co się stało z tamtymi? zapytałem, głaszcząc ją po ramieniu.

W szpitalu prawie ich zakatowały Mówi policja, iż cud, iż żyją.

Ująłem ją za ręce, położyłem prezent na dłoni.

Mam dla ciebie drobiazg

Ale po co, Józek? speszyła się.

Pokazałem srebrny łańcuszek. Rozczuliła się, uśmiechnęła, ucałowała mnie w policzek.

Piękny. Dziękuję.

I w tym momencie, jak strzała, Karol wpadł do pokoju, porwał łańcuszek z mej dłoni, przefrunął nad stół i z namaszczeniem położył zdobycz przy Klarze w pudełku.

Parsknęliśmy śmiechem jak dzieci.

Kupię ci nowy, obiecuję! zażartowałem.

Karol rozłożył majestatycznie skrzydła i zakrakał jak generał na paradzie, a Klara schowała serduszko w swoim pudełku.

A my z Wandą pocałowaliśmy się na progu, śmiejąc się przy dźwięku ptasich skrzydeł.

I co z tego, iż randka z Marianną nie doszła do skutku?

Bo szczęście, jak się okazuje, potrafi przycupnąć na parapecie, mieć skrzydła i przynieść do kawalerki trochę miłości. Bo to sprawa rodzinna.

Idź do oryginalnego materiału