Naszyjnik za trzy złote osiemdziesiąt
Pamiętam, iż tego dnia w Kłodzku padał pierwszy mokry śnieg, taki, co od razu zmienia się w breję pod butami. Miałem sklep jubilerski na Łukasińskiego, między apteką a punktem ksero, i o tej porze roku klientów prawie nie było. Siedziałem za ladą, piłem trzecią kawę i patrzyłem, jak ludzie przebiegają chodnikiem, chowając głowy w kołnierze.
Wtedy przyszła ta mała.
Miała może osiem lat, czerwoną czapkę z pomponem i za duże rękawiczki, które ktoś jej pewnie kupił na wyrost. Stanęła przy szybie i patrzyła na wystawę tak długo, iż zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle wejdzie. W końcu pchnęła drzwi, dzwoneczek nad nimi brzęknął, i od razu wskazała palcem na turkusowy naszyjnik leżący na aksamitnej poduszeczce.
— Poproszę ten. Dla siostry. Można ładnie zapakować?
Zapytałem, ile ma pieniędzy. Wyjęła z kieszeni kurtki złożoną w kostkę chusteczkę i rozłożyła ją na ladzie. Wysypały się z niej monety — dwadzieścia groszy, pięćdziesiąt, kilka złotówek, jedna dziesiątka. Policzyłem w głowie: trzy złote osiemdziesiąt.
— Wystarczy? — spytała, patrząc na mnie tak, jakby to pytanie ważyło więcej niż cała reszta świata.
Powiedziałem, iż muszę to sprawdzić, i zacząłem przekładać monety z jednej kupki na drugą, żeby zyskać na czasie. Ona tłumaczyła się dalej, bez pytania z mojej strony:
— To dla Kasi. Od śmierci mamy ona się nami zajmuje. I tatą, i mną, i Bartkiem. Sama sobie nigdy nic nie kupuje, bo mówi, iż nie ma czasu. A dzisiaj są jej urodziny. Turkus jest taki sam jak jej oczy, wie pan?
Za oknem przejechała karetka, rozbłysło niebieskie światło na mokrym asfalcie, i na chwilę zapadła cisza. Nie odezwałem się od razu. Wziąłem naszyjnik, poszedłem na zaplecze, gdzie stała moja stara maszyna do kawy i pudełka po prezentach jeszcze po grudniu, i włożyłem go do najładniejszego, jaki miałem — czarnego, z bordową wstążką. Owinąłem w szary papier w drobne gwiazdki, zawiązałem kokardę.
— Trzymaj mocno — powiedziałem, podając jej paczuszkę.
Przytuliła pudełko do piersi, jakby to było szczenię, podziękowała i wybiegła, aż dzwoneczek znowu zabrzęczał.
Zapomniałbym o tym pewnie do wieczora, gdyby nie to, iż o wpół do siódmej, tuż przed zamknięciem, drzwi otworzyły się jeszcze raz. Weszła młoda kobieta w za cienkiej kurtce, z czerwonymi od zimna policzkami, i położyła na ladzie dokładnie to samo pudełko — papier w gwiazdki, rozwiązaną już wstążkę, kokardę rozprostowaną palcami.
— Czy ten naszyjnik jest od pana? Ile on kosztuje? — spytała, nie patrząc mi w oczy, tylko na pudełko.
Poznałem je od razu, po wstążce, którą sam zawiązywałem.
— Cena każdej rzeczy w moim sklepie to sprawa między mną a klientem — odpowiedziałem.
Pokręciła głową, jakby to jej nie wystarczyło.
— Moja siostra miała przy sobie kilka monet. To jest prawdziwy turkus, prawda? Coś takiego musi kosztować fortunę. Nas na to nie stać, proszę pana, naprawdę nie.
Wzięła głęboki oddech, jakby miała zaraz oddać pudełko i wyjść, może choćby zapłakać z bezradności na chodniku przed sklepem.
Wziąłem od niej pudełko, wygładziłem papier, przełożyłem wstążkę i zawiązałem kokardę tak samo starannie jak za pierwszym razem. Za oknem ktoś prowadził na smyczy przemoczonego psa, który otrząsał się z wody prosto na chodnik.
— Pani siostra zapłaciła najwyższą cenę, jaką w ogóle można zapłacić — powiedziałem, podając jej paczuszkę z powrotem. — Oddała wszystko, co miała.
W sklepie zrobiło się cicho, słychać było tylko szum kaloryfera pod oknem. Kobieta stała z pudełkiem przyciśniętym do piersi, a po jej twarzy popłynęły dwie łzy, które gwałtownie starła wierzchem dłoni, jakby się ich wstydziła.
Nie powiedziała już nic. Odwróciła się, otworzyła drzwi, dzwoneczek brzęknął po raz trzeci tego dnia, i wyszła w śnieg, trzymając prezent od siostry tak, jakby ważył więcej niż cały sklep razem z witryną.














