Nazywam się Marek Wojtyła, mam czterdzieści jeden lat i od dwunastu pracuję jako patrolowy w Bydgoszczy. Piszę to, bo ktoś powinien powiedzieć, jak to wyglądało od naszej strony – od strony tych, którzy tamtego wieczoru siedzieli w nieoznakowanym busie przy alejce nad Brdą i czekali.
Zaczęło się od skarg, które od miesięcy wpadały na komisariat przy ulicy Wały Jagiellońskie. Kobiety zgłaszały, iż na ścieżce biegowej wzdłuż rzeki, między mostem Fordońskim a bulwarem, ktoś je zaczepia, jedzie rowerem tuż obok, nagrywa telefonem, czasem blokuje drogę. Zgłoszeń było z dziesięć, może piętnaście. Moja szefowa, komisarz Halina Dudek, powiedziała wprost na odprawie: „Panowie, dosyć papierologii. Trzeba to zobaczyć na własne oczy". I tak powstał plan – nazwaliśmy go roboczo „Trasa" – żeby jedna z naszych, młodsza aspirantka Kasia Broniewska, ubrała się w zwykłe legginsy, bluzę z kapturem i słuchawki, i po prostu biegała tam, gdzie zgłaszano najwięcej problemów.
Ja byłem w busie, sto metrów dalej, z drugim kolegą, Tomkiem. Mieliśmy słuchawkę w uchu, kamerkę na desce rozdzielczej i termos z kawą, która wystygła po dwudziestu minutach, bo nikt jej nie pił. Pamiętam, iż tego dnia pachniało mokrym asfaltem, bo wcześniej lało, i iż gdzieś za krzakami ujadał czyjś pies, którego właściciel bez końca krzyczał „Rex, do nogi!" – to akurat nie miało nic wspólnego ze sprawą, ale utkwiło mi w głowie, bo powtarzało się jak refren przez cały wieczór.
Kasia wyszła z bramy przy ulicy Toruńskiej o dziewiętnastej trzydzieści. Miałem stoper w telefonie, bo umówiliśmy się, iż będę notował czas – dla protokołu, ale też, powiem szczerze, z ciekawości, ile to potrwa. Trzynaście minut. Trzynaście minut i mężczyzna na rowerze, w kurtce z odblaskami, zaczął jechać obok niej, mówić coś, czego nie słyszałem wyraźnie przez zakłócenia, ale słyszałem ton – natarczywy, coraz głośniejszy. Kasia zwolniła, żeby go przepuścić. On zwolnił razem z nią.
W tym momencie już wysiadaliśmy z busa. Tomek poszedł od strony mostu, ja od strony parkingu przy przystani. Zatrzymaliśmy go, zanim zdążył cokolwiek zrobić poza tym jazgotem. Miał trzydzieści sześć lat, pracował w hurtowni budowlanej na obrzeżach miasta, w telefonie miał zapisane trzy podobne nagrania z innych dni. To akurat mnie zmroziło bardziej niż sama sytuacja na ścieżce – iż to nie był przypadek, tylko coś, co robił regularnie, jakby to była jego wieczorna rozrywka po pracy.
Tamtego wieczoru zatrzymaliśmy jeszcze dwie osoby. Operacja w Bydgoszczy trwała łącznie pięć tygodni, na kilku trasach biegowych naraz – nad Brdą, w Myślęcinku, przy Kanale Bydgoskim. W sumie zatrzymano jedenaście osób, wobec dziewięciu prokuratura postawiła zarzuty: nękanie, naruszenie nietykalności cielesnej, w jednym przypadku podejrzenie o czyn o charakterze seksualnym. To sąd rozstrzygnie, komu i jaka kara się należy – ja tylko opisuję, co widziałem.
Nazwaliśmy tę akcję „Bezpieczna Trasa". Ruszyła po tym, jak lokalna fundacja przeprowadziła ankietę wśród kobiet biegających w mieście – wyszło, iż co druga miała nieprzyjemną sytuację na trasie, a prawie żadna z nich wcześniej tego nie zgłosiła. Halina Dudek mówiła później na konferencji, iż to właśnie ta liczba ją przekonała, iż same statystyki zgłoszeń to za mało, bo pokazują tylko wierzchołek.
Mnie osobiście zaskoczyło co innego – nie skala, tylko tempo. Trzynaście minut. Myślałem, iż będziemy siedzieć w tym busie do północy, iż to potrwa tygodniami, zanim coś się wydarzy. A stało się to, zanim wystygła kawa w termosie.
Miesiąc później dostałem telefon od Kasi. Zrezygnowała z biegania po zmroku nad Brdą, mimo iż sprawca siedział już z zarzutami i miał zakaz zbliżania się. Powiedziała, iż nie chodzi o strach – chodzi o to, iż nie chce już zawracać sobie głowy kalkulowaniem, czy ktoś stoi za zakrętem. Zamiast tego zapisała się na siłownię przy hali Łuczniczka, tam gdzie jest monitoring i portier przy wejściu, i biega na bieżni. To nie jest wielki gest, nikt tego nie sfilmuje, ale dla mnie to była najbardziej wymowna scena z całej tej historii: kobieta, która miała odznakę, broń służbową i wsparcie całej ekipy tamtego wieczoru, i tak zdecydowała, iż wygodniej jest po prostu zmienić trasę na taką, gdzie nie trzeba liczyć na nikogo.
Ten mężczyzna z rowerem dostał wyrok w zawieszeniu i grzywnę – nie pamiętam dokładnej kwoty, coś koło trzech tysięcy złotych. Widziałem go raz jeszcze, przypadkiem, przy sklepie na Toruńskiej. Odwrócił wzrok i przyspieszył krok. Ja poszedłem dalej po chleb.











