Nazywam się Zenon Kaczorowski, mam siedemdziesiąt sześć lat i mieszkam w Bydgoszczy, w bloku przy ulicy Nakielskiej, tam gdzie tramwaj numer trzy skręca z piskiem szyn tuż pod moim oknem. Trzynaście lat temu odłożyłem akordeon do futerału i zamknąłem go w komórce na strychu. Teraz wnuczek zadał mi pytanie, na które nie umiałem odpowiedzieć bez wstydu.
W młodości grałem na weselach i dożynkach w całej okolicy Torunia. Nie byłem zawodowcem, ale ludzie mnie zapraszali, bo umiałem zagrać i oberka, i wolniejszą przy stole, kiedy wszyscy już usiedli zmęczeni. Potem przyszła praca w zakładach, córka, kredyt na mieszkanie – akordeon wylądował na strychu razem ze starymi nartami i słoikami po przetworach, które nigdy nie zostały wyrzucone.
Co jakiś czas, robiąc porządki, natykałem się na futerał. Otwierałem go, wąchałem ten specyficzny zapach starej skóry i metalu, mówiłem sobie, iż kiedyś wrócę do grania. Nie wracałem.
Miesiąc temu mój wnuk, siedemnastoletni Kuba, zaczął się uczyć gry na keyboardzie. Pokazywał mi filmiki na telefonie, pytał, czy znam jakieś akordy. Powiedziałem mu w niedzielę, przy obiedzie, iż ja też kiedyś grałem. Popatrzył na mnie, jakbym powiedział, iż latałem w kosmos.
Wyciągnąłem akordeon. Miechy były sztywne, jeden z guzików się zaciął. Zaniosłem instrument do pana Wieczorka, który ma zakład z naprawą akordeonów przy Gdańskiej, i po tygodniu odebrałem sprawny, choć wciąż trochę chrapiący na wysokich tonach.
Pierwszy wieczór był fatalny. Palce nie pamiętały, gdzie mają się układać, myliłem się w prostych melodiach, ręka po dziesięciu minutach bolała jak po całym dniu kopania w ogródku. Moja żona Zofia przechodziła przez korytarz i parsknęła śmiechem. „Dobrze, iż sąsiadka spod siódemki jest głucha na jedno ucho". Zaśmiałem się razem z nią. Ale to się powtarzało za każdym razem, gdy wyjmowałem instrument. „O, znów koncert w filharmonii". „Uważaj, żeby ktoś nie wezwał straży miejskiej za hałasy".
Wiem, iż nie chciała mnie zranić. Jesteśmy razem pięćdziesiąt jeden lat, żartujemy z siebie od zawsze. Ale tym razem coś we mnie pękało przy każdym takim tekście. Bo sam siebie oceniałem najsurowiej. W pamięci miałem tamtego młodego faceta, który potrafił zagrać cokolwiek bez zastanowienia, a teraz przez pół minuty szukałem jednego akordu.
Po dwóch tygodniach schowałem akordeon z powrotem do futerału. Zofia choćby nie zauważyła.
W następną sobotę przyszedł Kuba. Zapytał o instrument. Powiedziałem, iż przestałem ćwiczyć. „Dlaczego?". Odparłem, iż jest już za późno, żeby się na nowo uczyć. Wnuk popatrzył na mnie, jakbym powiedział coś bezsensownego. „Ale dobrze się bawiłeś, nie?".
Zamilkłem. Bo tak, dopóki nie zacząłem się przejmować tym, jak to brzmi, było naprawdę dobrze. Kuba zapytał wtedy: „To dla kogo tak naprawdę grałeś?". Nie umiałem odpowiedzieć bez wstydu. Nie grałem dla nikogo. A porzuciłem coś, co sprawiało mi frajdę, bo bałem się wyglądać śmiesznie. W wieku siedemdziesięciu sześciu lat. Po całym życiu powtarzania własnym dzieciom, żeby nie przejmowały się zdaniem innych.
Wyciągnąłem akordeon jeszcze raz. Tego wieczoru ćwiczyłem piętnaście minut przed telewizorem, w którym leciały akurat wiadomości sportowe wyciszone do zera. Zofia znów rzuciła żart. Odpowiedziałem: „Wiem, iż brzmi kiepsko. Ale jak się śmiejesz za każdym razem, odechciewa mi się grać". Spochmurniała. Nie sądziła, iż to na mnie tak działa. Przeprosiła. „Myślałam, iż cię to bawi". Powiedziałem, iż na początku tak. Potem już nie. Rozmowa trwała krótko. Po tylu latach małżeństwa nie każda sprawa musi się zamienić w wielką kłótnię.
Od tamtej pory Zofia się nie śmieje. No, czasem tak, ale najpierw pyta, czy może.
Kuba przychodzi teraz w niektóre niedziele ze swoim keyboardem. Gra rzeczy, których zupełnie nie rozumiem, a ja pokazuję mu stare akordy, które jeszcze pamiętam z wesel sprzed czterdziestu lat. Niedawno udało nam się zagrać razem całą piosenkę od początku do końca. Pomyliłem się kilka razy. Nie miało to znaczenia. Zofia nagrała nas telefonem. Kiedy skończyliśmy, powiedziała: „Dużo lepiej ci idzie". Odpowiedziałem, iż przez cały czas brzmi to średnio. „Ale już się nie zatrzymujesz, kiedy coś schrzanisz". Chyba nic lepszego nie mogła mi wtedy powiedzieć.
Palce w kciukach zaczynają mi już czasem drętwieć i sztywnieć od rana, lekarz mówi, iż to pierwsze objawy artretyzmu. Bywają dni, kiedy nie mogę domknąć guzika przy koszuli. Nie wiem, na jak długo jeszcze wystarczy mi rąk do grania. Wiem tylko, iż tym razem nie odłożę futerału na strych.
Zofia zrobiła jeszcze coś, o czym Kuba nie wiedział. Poszła do pana Wieczorka i zapłaciła mu z góry sto pięćdziesiąt złotych za coroczny przegląd instrumentu – żeby miechy nigdy więcej nie zdążyły wyschnąć na strychu. Przyniosła mi pokwitowanie i położyła je w futerale, obok starych nut, które kiedyś sam odręcznie zapisywałem ołówkiem. Zamknąłem futerał, postawiłem go przy fotelu, nie w komórce, i usiadłem, słuchając, jak tramwaj numer trzy zgrzyta znowu na zakręcie pod oknem.











