Trzydzieści sztuk drewna i list od syna

twojacena.pl 3 dni temu

Mieszkam w Wólce Węglowej pod Radomiem, w domu, który po mężu został mi razem z długiem za piec. Nazywam się Halina Sowa, mam sześćdziesiąt cztery lata, i tej jesieni gmina znowu przywiozła mi drewno na opał — trzydzieści sztuk, za darmo, bo jestem na liście osób potrzebujących. Leżało na podwórku od czwartku, pachniało żywicą, a ja stałam nad tym z siekierą jak nad zagadką, której nie potrafię rozwiązać.

Bo ja tego drewna nie umiem porąbać. Może siekiera tępa, może to ja nie mam już siły w rękach, a może po prostu nigdy mnie nikt nie nauczył. Sąsiadka, pani Krystyna, śmieje się, iż kaszy mało jadłam w dzieciństwie. A ja tylko wiem, iż stoję nad tym klocem drewna, zamachuję się, i siekiera odbija się jak od kamienia.

Mam syna. Wojtek, dwadzieścia jeden lat, mieszka we Wrocławiu, pracuje w magazynie na Bielanach Wrocławskich. Dzwoni raz na dwa tygodnie, czasem rzadziej. Ostatnio zadzwonił w niedzielę, powiedział, iż wpadnie na Boże Narodzenie, jeżeli szef da mu wolne. Nie zapytał o piec, nie zapytał o drewno, nie zapytał, czy w domu jest ciepło. A ja nie powiedziałam mu, iż od tygodnia grzeję jednym workiem węgla, który kupiłam jeszcze w sierpniu za sto osiemdziesiąt złotych, bo wstyd mi się przyznać, iż nie daję rady z porąbaniem tego, co mi przywieźli za darmo.

W telewizorze, kiedy wieczorem siedzę przy kuchennym stole, akurat leciał program o cenach opału na zimę. Zgasiłam, bo nie chciałam słuchać. Za oknem szczekał pies sąsiadów, taki kundelek, Rex się nazywa, ktoś go wypuścił na spacer bez smyczy, i on biegał wte i wewte po ulicy Leśnej, jakby to on miał tu jakiś problem do rozwiązania, a nie ja.

Napisałam list do syna. Papierowy, bo tak mi się wydawało uczciwiej niż esemes. Napisałam, iż drewno leży, iż nie daję rady, iż boję się, iż nie dotrwam do lutego bez ciepła w domu. Napisałam też, iż nie proszę o pieniądze, tylko o to, żeby przyjechał na jeden weekend i porąbał to, co dla mnie przywieźli. Zakleiłam kopertę, ale nie wysłałam. Trzymałam ją w szufladzie pod obrusami trzy tygodnie, bo bałam się, iż on to odczyta jako pretensję, a ja przecież nie chcę pretensji, chcę tylko ciepła w domu.

W końcu zadzwoniła do mnie pracownica z ośrodka pomocy społecznej, pani Ewelina, sprawdzić, czy drewno dojechało. Powiedziała mi wprost: pani Halino, jak pani sama nie porąbie, to niech pani powie, bo mamy chłopaka z prac społecznych, może przyjechać. Ja odpowiedziałam, iż dam sobie radę. Skłamałam, bo tego dnia rano znowu próbowałam i tylko naderwałam sobie mięsień w ramieniu, aż musiałam sobie robić okład z lodu owinięty w ścierkę.

Wtedy postanowiłam wysłać list. Nie przez pocztę — zaniosłam go osobiście na dworzec PKP w Radomiu i poprosiłam znajomego kierowcę busa, który jeździ trasą Radom–Wrocław, żeby go przekazał Wojtkowi, bo wiedziałam, iż akurat w piątek ten bus staje przy jego magazynie po drodze na obwodnicy. To było głupie, wiem, mogłam po prostu zadzwonić. Ale głos by mi się załamał, a papier nie ma głosu, papier tylko leży i czeka, aż ktoś go przeczyta, kiedy będzie gotowy.

Wojtek przyjechał w sobotę, bez zapowiedzi, starym oplem astra, który kupił za sześć tysięcy od kolegi z pracy. Wysiadł z samochodu, zobaczył stertę drewna na podwórku, nieporąbaną, i przez chwilę stał tak z rękami w kieszeniach kurtki, patrząc to na drewno, to na mnie w oknie kuchni.

Wszedł do domu, rzucił kurtkę na krzesło, i pierwsze co powiedział, to: mamo, dlaczego mi nie powiedziałaś wcześniej. Nie krzyczał. Głos mu drżał trochę, jak wtedy kiedy był mały i tłumaczył się, iż stłukł szybę piłką. Powiedziałam, iż nie chciałam mu robić kłopotu, iż ma swoją pracę, swoje życie we Wrocławiu.

On usiadł naprzeciwko mnie przy stole, na którym stał kubek z zimną już herbatą, i powiedział, iż przez ostatni rok myślał, iż ja sobie normalnie radzę, bo tak zawsze mówiłam przez telefon. A ja przez telefon zawsze mówiłam, iż wszystko dobrze, bo nie chciałam, żeby się martwił, żeby rzucał pracę i przyjeżdżał do mnie na wieś, gdzie i tak nic dla niego nie ma.

Następnego dnia, w niedzielę, wziął siekierę — tę samą, którą ja uznałam za tępą — poszedł do sąsiada, pana Mirka, pożyczył od niego toporek do rozłupywania i osełkę, naostrzył ostrze na kamieniu przy studni, i porąbał wszystkie trzydzieści sztuk drewna w cztery godziny. Spocony, z odciskami na dłoniach, ale porąbał.

Wieczorem, kiedy już złożyliśmy drewno w szopie, usiadł znowu przy stole i powiedział, iż od nowego roku będzie przyjeżdżał raz w miesiącu, na weekend, bez pytania, czy potrzebuję pomocy, tylko po prostu będzie przyjeżdżał. Zapisał sobie w telefonie datę, piętnastego każdego miesiąca, i pokazał mi ekran, żebym zobaczyła, iż to naprawdę zaplanował, a nie tylko obiecał.

Ja wzięłam tę kopertę z niewysłanym listem, którą wciąż miałam w torebce, i podarłam ją na kawałki nad koszem na śmieci w kuchni. Nie dlatego, iż przestała być prawdziwa — tylko dlatego, iż już nie była potrzebna. Drewno leżało porąbane w szopie, syn siedział przy moim stole, a ja nalałam mu świeżej herbaty do tego samego kubka, z którego pił, kiedy miał dziewięć lat i przychodził z podwórka cały ubłocony.

Idź do oryginalnego materiału