Trzydzieści ksywek na jednym polu pod Opatowem

newsempire24.com 5 dni temu

Mój teść potrafił siedzieć godzinami na ganku i gadać o duszkach z pola, a ja, zięć z Krakowa, kręciłem głową jak idiota. Nazywam się Marek Wójcik, mam trzydzieści osiem lat, prowadzę warsztat samochodowy, i jeszcze pięć lat temu wierzyłem tylko w to, co można podnieść kluczem nastawnym. Ożeniłem się z Anką, córką Stacha Bugaja, gospodarza spod Opatowa, i co roku we wrześniu jeździliśmy tam pomagać przy wykopkach. Stary miał swoje dziwactwa — nigdy nie pozwalał gwizdać po zmroku, zawsze zostawiał na progu miskę mleka, a jak ktoś się z tego śmiał, patrzył tak, jakby już raz kogoś pochował przez taki śmiech.

Tamtego roku burza zerwała linię w całej wsi. Prąd wysiadł koło dwudziestej, telewizory zgasły w połowie "Wiadomości", a Stach wyciągnął ze spiżarni świece łojowe i postawił je rzędem na parapecie, jakby się do czegoś szykował. Ja wyszedłem na ganek z papierosem, bo w domu śmierdziało stęchlizną po deszczu, a na dworze przynajmniej pachniało mokrą ziemią i koniczyną. Teść siedział już tam, z krzyżykiem w garści i butelką z napisem "woda święcona — Częstochowa" postawioną przy kaloszach.

Palce mu się trzęsły, kiedy odkręcał korek tej butelki i skrapiał próg — pierwszy raz widziałem, żeby mu się ręka tak nie słuchała.

— Czego pan wypatruje, Stachu? — zapytałem, żeby jakoś przerwać tę gęstą od milczenia atmosferę, bo działała mi na nerwy bardziej niż cokolwiek innego.

Nie odwrócił się od pola.

— Nie gadaj głośno. Już wiedzą, iż nie śpimy.

Parsknąłem śmiechem, bo co miałem zrobić, człowiek całe życie w mieście, nagle teść każe mi szeptać do kukurydzy. I wtedy je zobaczyłem.

Najpierw dwie pary żółtych punkcików między łodygami. Potem cztery. Potem z tuzin. W ciągu paru sekund całe pole mrugało tymi światełkami, zawieszonymi jakieś pół metra nad ziemią, zupełnie nieruchomymi. Nie tak poruszają się zwierzęta na żerowisku — zwierzę zawsze gdzieś idzie, węszy, ucieka. Te stały jak przyklejone.

I wpatrywały się prosto w nas, bez jednego mrugnięcia.

— To pewnie lisy — powiedziałem, bo musiałem coś powiedzieć.

Stach pokręcił głową, powoli, jakby to go kosztowało wysiłek.

— Lis się nie uśmiecha.

I wtedy usłyszeliśmy chichot. Dziecięcy, cienki, ale z czymś w środku, co nie pasowało do żadnego dziecka, jakie znałem. Nie dochodził z jednego miejsca — rozlegał się zza stodoły, z dachu, spod desek ganku, i jednocześnie z pola, jakby ktoś rozstawił głośniki dookoła całego gospodarstwa.

Żarówka nad drzwiami zaczęła migać. Za każdym razem, gdy gasła, te światełka były bliżej o kilka metrów. Gdy wracał prąd, już stały dalej do przodu.

Stach zaczął mamrotać "Ojcze nasz" pod nosem, ściskając krzyżyk tak mocno, iż knykcie mu zbielały. Ja dalej nie wierzyłem w to, co widzę — do chwili, gdy jedna z tych rzeczy wyszła z chwastów na skraju pola.

Miała z pół metra wzrostu. Zgarbiona, ręce za długie jak na to ciało, twarz pomarszczona niby u starca, ale z uśmiechem, jakiego żaden starzec nie powinien mieć — pełnym drobnych, czarnych zębów. Za nią druga. Trzecia. Dziesiąta. W końcu było ich z tuzin, wszystkie nieruchome, wszystkie wpatrzone w nas.

Jedna gwizdnęła krótko. Reszta odpowiedziała chórem, dokładnie w tej samej sekundzie.

Stach złapał mnie za ramię tak mocno, iż palce mi zbielały.

— Nie licz ich.

— Czemu?

— Bo ostatni zawsze stoi za tobą.

Przeszły mnie ciarki, ale głupota silniejsza od strachu — zacząłem liczyć w myślach, nie mogłem się powstrzymać. Dwanaście… piętnaście… dwadzieścia… trzydzieści…

Na ostatniej liczbie pole opustoszało w jednej chwili. Ani jednego światełka. Nikogo.

Odetchnąłem, jakby ktoś mi zdjął worek piasku z klatki piersiowej.

I wtedy usłyszałem głos teścia, drżący, jakiego u niego nigdy wcześniej nie słyszałem.

— Mówiłem ci, żebyś tego nie robił…

Nie zdążyłem zapytać, o co chodzi. Poczułem małą dłoń, która powoli zaciskała się na moim ramieniu, prosto z ciemności za plecami.

Stach umarł trzy miesiące później, we śnie, z krzyżykiem zaciśniętym w dłoni tak, iż pielęgniarka musiała go rozginać palec po palcu. Anka do dziś nie wie, co tamtej nocy widziałem na ganku — powiedziałem jej tylko, iż awaria prądu nas wystraszyła. Warsztat prowadzę dalej, klientów nie brakuje, Hondy i Volkswageny stoją w kolejce jak zawsze. Ale gospodarstwo sprzedaliśmy rok po pogrzebie, za sto dwadzieścia tysięcy złotych, bo Anka nie chciała tam choćby wejść po zmroku, a ja nie umiałem jej wytłumaczyć dlaczego.

Mieszkamy teraz w bloku na Prądniku, osiem pięter, balkon na wschód, nic a nic kukurydzy w zasięgu wzroku. Mimo to, kiedy zdarzy mi się wracać wieczorem przez jakieś pole za miastem, bo nawigacja pokaże skrót, słyszę za sobą drobne kroki w trawie. Nigdy się nie odwracam. I zawsze, cichutko, tuż przy karku, ten sam chichot szepcze mi to samo:

— Teraz już wiesz, ilu nas jest… ale nigdy się nie dowiesz, który z nas idzie z tobą.

Idź do oryginalnego materiału