Nazywam się Mirosław Duda, mam czterdzieści jeden lat i przez dziewięć lat byłem mężem Patrycji. To ona piła. Ja tylko sprzątałem po niej flaszki i udawałem przed sąsiadami z bloku przy Grunwaldzkiej w Bydgoszczy, iż wszystko gra.
Zacznę od tego, czego nikt na mieście nie wiedział: Patrycja chowała butelki za regałem z książkami w salonie, w bojlerze w łazience, choćby w bagażniku naszego starego passata, pod trójkątem ostrzegawczym. Znalazłem kiedyś sześć pustych flaszek po wódce w skrzynce na buty, między kaloszami, których nikt nie nosił od lat. Sześć. W jeden tydzień.
Poznaliśmy się w dwa tysiące piętnastym, na weselu kuzyna w Toruniu. Pracowała wtedy jako księgowa w firmie transportowej, ja jako elektryk. Piła już wtedy, ale to było picie towarzyskie, piwo w piątek, lampka wina do obiadu w niedzielę. Nikt się tym nie przejmował. Ja też nie.
Zmieniło się to, kiedy straciła pracę – firma zbankrutowała, a ona zaczęła pić, żeby "się uspokoić", potem żeby zasnąć, potem żeby w ogóle wstać rano. W najgorszym okresie, to był chyba dwa tysiące dwudziesty pierwszy, wypijała dziennie dwa, czasem trzy litry czystej. Nie wina. Nie piwa. Czystej wódki, tej najtańszej z osiedlowego sklepu przy Fordońskiej, po dwadzieścia dwa złote za pół litra.
Ludzie pytają mnie, dlaczego zostałem tak długo. Bo kochałem kobietę, którą znałem sprzed tego wszystkiego. Bo myślałem, iż jak wystarczająco mocno się postaram, to ona wróci.
Trzynastego marca dwa tysiące dwudziestego drugiego wszedłem po schodach na trzecie piętro i już na klatce poczułem ten zapach – słodkawy, przetrawiony alkohol zmieszany z czymś, co później okazało się wymiocinami. Drzwi nie były zamknięte na klucz. "Patka?" – zawołałem, zdejmując buty, jak co dzień, jakby nic się nie działo. Cisza. W kuchni zastałem ją na podłodze, twarzą w linoleum, jedna noga wykręcona pod dziwnym kątem, obok pusta butelka po żołądkowej, druga w ręce, jeszcze do połowy pełna.
Klęknąłem, potrząsnąłem ramieniem. Nic. Palce trzęsły mi się tak, iż dwa razy wystukałem złe cyfry, zanim wybrałem sto dwanaście.
– Pogotowie, słucham.
– Moja żona, ona nie oddycha… to znaczy oddycha, ale nie budzi się, leży na podłodze…
– Proszę powiedzieć, co piła i ile.
– Wódkę. Nie wiem ile, dwie butelki chyba, może więcej, ja nie liczyłem…
Dyspozytorka kazała mi ułożyć ją na boku, sprawdzać puls co minutę, nie rozłączać się. Mówiłem do słuchawki i do Patrycji jednocześnie, głupie rzeczy, "zaraz przyjadą, słyszysz mnie, zaraz przyjadą", a ona charczała cicho i nic z tego nie docierało. Karetka jechała dwadzieścia minut. Liczyłem je po zegarku na kuchence, bo bałem się patrzeć na nią dłużej niż kilka sekund naraz.
W szpitalu przy Ujejskiego lekarz, młody, w pogniecionym fartuchu, powiedział mi to bez znieczulenia:
– Panie Duda, jeszcze jeden taki wieczór i pana żona się nie obudzi. To już nie jest kwestia "jak długo wytrzyma organizm". To jest kwestia miesięcy, może tygodni.
Pojechałem do domu sam, o drugiej w nocy, zostawiłem ją na obserwacji. W kuchni na podłodze była jeszcze plama, lepka, nie zdążyłem jej wytrzeć przed wyjściem. Usiadłem przy stole i patrzyłem na tę plamę do rana.
Odwiedziłem ją następnego dnia po południu. Siedziała na szpitalnym łóżku, blada, z wenflonem w ręce, i milczała. Postawiłem krzesło przy łóżku, ale nie usiadłem.
– Albo jedziesz na terapię do ośrodka – powiedziałem – albo ja pakuję rzeczy i jadę do brata do Inowrocławia. Dwa dni, Patka. Dajesz mi odpowiedź za dwa dni.
– A jak wybiorę ciebie do Inowrocławia? – spytała, próbując się uśmiechnąć, ale głos jej się łamał.
– Wtedy tracisz i mnie, i siebie. Ja już nie mam siły na trzecią kolejkę pogotowia.
Wyszedłem, nie czekając na odpowiedź. Trzęsły mi się ręce, kiedy szukałem kluczyków w kieszeni na parkingu, i musiałem postać chwilę przy samochodzie, zanim byłem w stanie prowadzić.
Wybrała ośrodek zamknięty pod Kartuzami, trzymiesięczny program. Odwiedzałem ją co dwa tygodnie, przywoziłem ciastka owsiane z cukierni na rynku, bo pamiętałem, iż kiedyś je lubiła, a ona za każdym razem mówiła, iż są za słodkie, i zjadała wszystkie. Siadaliśmy na ławce w ogrodzie ośrodka i mówiła mi rzeczy, których nigdy wcześniej nie powiedziała – iż piła już na studiach, iż bała się, iż jestem jak jej ojciec, i iż dlatego chowała butelki, nie przede mną, tylko przed sobą.
Po wyjściu z ośrodka nie było lekko. Pierwszej nocy w domu obudziłem się o czwartej rano i jej nie było w łóżku. Znalazłem ją w kuchni, siedzącą na podłodze pod szafką, dokładnie tam, gdzie ją wtedy znalazłem, z rękami wciśniętymi między kolana.
– Nie mogę tu spać – powiedziała. – Czuję ten zapach.
Sprzedaliśmy mieszkanie przy Grunwaldzkiej za trzysta osiemdziesiąt tysięcy złotych, kupiliśmy mniejsze na Wyżynach, bliżej jej terapeutki. Różnica, jakieś sto dwadzieścia tysięcy, poszła na spłatę długów w trzech bankach, o których dowiedziałem się dopiero z listów windykacyjnych.
Dzisiaj Patrycja nie piła już trzy lata i cztery miesiące. Wróciła do księgowości, na pół etatu, w mniejszej firmie. Ja przez cały czas jestem elektrykiem. We wtorki wieczorem chodzimy na grupę wsparcia dla par w parafii świętego Wincentego, siadamy zawsze w tym samym rzędzie krzeseł, przy oknie.
W tym miesiącu, gdy minęły trzy lata trzeźwości, Patrycja położyła przede mną na stole teczkę.
– Podpisałam u notariusza – powiedziała. – Połowa mieszkania jest teraz na ciebie.
– Nie musiałaś.
– Wiem, iż nie musiałam. Chcę, żebyś wiedział, iż zostajesz z wyboru. Że choćby jakbyś chciał kiedyś odejść, masz gdzie mieszkać. Że to nie jest tak, iż trzymam cię za gardło mieszkaniem.
Wziąłem teczkę, złożyłem, schowałem do szuflady biurka, między inne papiery, których i tak nigdy nie przeglądam.
Wczoraj wróciłem z roboty koło osiemnastej. W kuchni paliło się światło. Patrycja stała przy blacie w starym swetrze, z rękawami podwiniętymi do łokci, i kroiła marchewkę do garnka z zupą. Nóż stukał miarowo o deskę.
– Głodny? – spytała, nie odwracając się. – Bo ja umieram z głodu.












