Nazywam się Marek Wons i mam czterdzieści dziewięć lat. Prowadzę firmę ochroniarską w Katowicach, a tamtej nocy byłem jednym z trzech mężczyzn, których wpuściła do siebie kobieta, o jakiej dziś opowiada cała wieś pod Dębową Górą.
Zacznę od tego, kim naprawdę jest mój szef, bo inaczej nic z tego nie będzie miało sensu. Ryszard Kowal zbił fortunę na sieci hurtowni budowlanych, ma pięćdziesiąt sześć lat i od trzech miesięcy ktoś chce go zabić. Nie przesadzam. Jego wspólnik, niejaki Andrzej Buła, sfałszował dokumenty spółki i wyprowadził dwa miliony złotych na konta w Czechach. Kiedy Ryszard to odkrył i zagroził prokuraturą, Buła wynajął ludzi, którzy mieli go zniknąć. Dosłownie tak to sformułował jeden z informatorów — zniknąć.
Tydzień wcześniej ktoś strzelił z pistoletu do przedniej szyby biura Ryszarda w Katowicach, w środku dnia, kiedy sekretarka akurat wyszła po kawę. Kula utkwiła w oparciu jego fotela. Od tamtej pory nie spałem dłużej niż trzy godziny z rzędu, a telefon Ryszarda co jakiś czas dzwonił z zastrzeżonego numeru — ktoś odkładał słuchawkę, nie mówiąc ani słowa. Wiedzieliśmy, iż to gra na nerwach, ale działała.
Tamtej nocy w listopadzie mieliśmy jechać do bezpiecznego mieszkania w Krakowie, ale nasz samochód, czarne audi, złapał gumę dwadzieścia kilometrów przed granicą powiatu, na wąskiej drodze między polami rzepaku. Deszcz walił jak z cebra. Drugi kierowca, Tomek, próbował dodzwonić się po pomoc drogową, ale telefon w tej okolicy łapał jedną kreskę. Zostaliśmy sami, trzej zmoknięci faceci w skórzanych kurtkach, z torbą, w której Ryszard woził dokumenty i trochę gotówki na wszelki wypadek.
Musiałem przyznać, iż wyglądaliśmy fatalnie. Ja mam tatuaż na całym przedramieniu — pamiątka po dwudziestu latach służby w jednostce specjalnej, nie mam się czego wstydzić, ale w ciemności, przy błysku pioruna, taki wzór na skórze budzi grozę, nie zaufanie. Tomek jest metr dziewięćdziesiąt pięć i waży ze sto dwadzieścia kilo. Ryszard, mimo garnituru wartego tyle co samochód niejednej rodziny, ubrał się tamtej nocy w stary polar i wyglądał jak ktoś, kto właśnie wyszedł z zakładu karnego.
Zapukaliśmy do czterech domów po drodze. W pierwszym zgasło światło, zanim skończyłem mówić. W drugim jakaś kobieta krzyknęła przez drzwi, iż dzwoni na policję. W trzecim usłyszeliśmy szczekanie psa i nic więcej. Byłem gotów wracać do samochodu i czekać do rana w deszczu, kiedy Tomek wskazał na ostatni dom przy drodze — drewniany, z odrapanym gankiem, jedno okno świeciło się na piętrze.
To był dom Anny Sobczyk, chociaż jej imię poznałem dopiero później. Tamtej nocy widziałem tylko zarys twarzy w szparze uchylonej firanki i słyszałem, jak przekręca zasuwę, zanim w ogóle otworzyła drzwi.
Miała trzydzieści cztery lata. Mąż zginął półtora roku wcześniej — spadł z rusztowania przy budowie w Opolu i nie przeżył upadku.
— Proszę się nie bać — powiedziałem, starając się, żeby głos brzmiał jak najspokojniej, choć byłem przemoczony do suchej nitki i zdenerwowany bardziej, niż chciałem przyznać. — Potrzebujemy dachu nad głową tylko do rana. Cała wieś nas odesłała. Państwa dom był ostatni.
Milczała długo. Zauważyłem, iż trzyma rękę na framudze, gotowa zatrzasnąć drzwi w każdej chwili. Miała rację, iż się bała — trzech obcych, w środku nocy, jeden z torbą, której zawartości nie mogła znać. Gdybym był na jej miejscu, też bym się wahał.
W końcu odsunęła się na bok.
— Bez żadnych numerów — powiedziała cicho. — Przenocujecie i rano wychodzicie.
— Obiecuję — odparłem.
W kuchni pachniało zupą ogórkową, którą odgrzała nam bez słowa skargi, chociaż było wpół do drugiej w nocy. Na oknie stała doniczka z pelargonią, a na ścianie kalendarz z fotografią jeziora Solina — chyba prezent od kogoś z rodziny, bo miesiąc był już od dawna nieaktualny, ale kalendarza nikt nie zdjął. Zjedliśmy w milczeniu, bo żaden z nas nie umiał znaleźć słów, które nie zdradziłyby, kim naprawdę jesteśmy i przed czym uciekamy. Powiedzieliśmy tylko, iż będziemy spać w salonie i jej nie przeszkodzimy.
Nie spałem tej nocy ani chwili — pilnowałem, żeby ktoś zawsze czuwał, taka praca. Siedziałem przy oknie w salonie z ręką blisko broni pod kurtką, obserwując drogę przez szparę w zasłonach. Słyszałem, jak Anna kilka razy przewracała się na piętrze, jak skrzypiały deski pod jej krokami, kiedy podchodziła sprawdzić, czy zamek u jej drzwi trzyma.
Około czwartej nad ranem zobaczyłem światła. Reflektory samochodu wolno sunęły drogą, gasły i zapalały się znowu, jakby kierowca szukał czegoś albo kogoś. Obudziłem Tomka jednym dotknięciem ramienia, bez słowa. Ryszard usiadł na kanapie, blady, i sam wyciągnął rękę po telefon, gotów dzwonić na policję, jeżeli auto skręci w stronę bramy. Serce mi łomotało jak po biegu. Samochód zwolnił naprzeciwko domu, reflektory omiotły firankę w oknie salonu — a potem pojechał dalej, w stronę wsi. Okazało się później, iż to był miejscowy rolnik wracający z drugiej zmiany w mleczarni, ale tamtej nocy żaden z nas nie zmrużył już oka.
Nad ranem, kiedy przestało padać, obudziłem Ryszarda i Tomka. Trzeba było jechać, zanim wieś się obudzi i zacznie zadawać pytania. Ryszard wyjął z torby plik banknotów i położył go na stole obok karteczki, którą napisał własnym pismem: „Dziękuję, iż zaufała Pani ludziom, kiedy wszyscy inni zatrzasnęli nam drzwi przed nosem." Dopiero w samochodzie, kiedy odjeżdżaliśmy, powiedział mi, iż zostawił sto dwadzieścia tysięcy złotych.
Wychodząc, zamknęliśmy za sobą drzwi wejściowe, tak jak się zamyka drzwi u siebie, wychodząc z domu. Kiedy silnik audi zawarczał na podjeździe, usłyszałem jeszcze, jak w środku szczęka zasuwa — Anna sama się zabezpieczyła, gdy tylko zorientowała się, iż odjeżdżamy.
Dwa dni później zadzwonił do mnie Tomek, żeby powiedzieć, iż pod biurem Ryszarda w Katowicach ktoś kręcił się w nocy i próbował sforsować zamek w drzwiach magazynu z dokumentacją spółki. Nagranie z monitoringu pokazywało mężczyznę w kapturze, twarzy nie dało się rozpoznać, ale rejestracja auta, którym przyjechał, doprowadziła policję prosto do jednego z ludzi Buły. Tamten, przyparty do muru, zaczął sypać — kto zlecił, ile zapłacono, gdzie miały trafić pieniądze z Czech. Dziesięć dni po naszej nocy w Dębowej Górze prokuratura w Katowicach wydała nakaz aresztowania Andrzeja Buły. Złapano go na przejściu granicznym, kiedy próbował wyjechać do Niemiec z fałszywym paszportem w kieszeni marynarki. Dopiero wtedy Ryszard pierwszy raz od trzech miesięcy przespał całą noc bez telefonu ochrony pod drzwiami.
Ale nie zapomniał o tym domu pod Dębową Górą. Pojechałem z nim, kiedy wrócił tam osobiście, tym razem już swoim srebrnym mercedesem, w garniturze, którego nie musiał się wstydzić.
Anna otworzyła drzwi i przez chwilę w ogóle nas nie poznała — dopiero kiedy Ryszard powiedział „to ja, ten z polarem", zasłoniła usta dłonią.
Firma budowlana, którą wynajął, przez miesiąc remontowała jej dom: nowy dach, ocieplenie, łazienka, której wcześniej praktycznie nie było, tylko prysznic w przybudówce. Ryszard spłacił jej kredyt hipoteczny w banku w Opolu — zostało jej do spłaty sto siedemdziesiąt cztery tysiące złotych po śmierci męża — i założył dla niej lokatę, z której miała żyć bez obaw o kolejny miesiąc.
We wsi długo o tym gadali, zwłaszcza ci, którzy dwa tygodnie wcześniej zgasili światło i udawali, iż nikogo nie ma w domu. Ja sam wracam tam czasem, kiedy jadę do Krakowa tą samą drogą — sprawdzam, czy pelargonia na oknie wciąż żyje. Zawsze żyje.













