Sztorm, całkiem adekwatnie nazwany ze styczniowy stanem ducha – Chandra, przetoczył się przez wyspę i podtopił parę miasteczek i całkiem dużo dróg. Zatopił garaż mojego klienta, wraz z samochodem, więc wczoraj sesja odwołana, oraz prawdopodobnie obluzował nam dachówkę, albo dokończył robotę jego sióstr i braci i wieczorem zauważyliśmy niestety plamę na suficie, cholera by to wzięła, będziemy musieli wołać dekarza.
Wciągnęłam się znowu w literaturę fachową, tym razem Psychic Equilibrium and Psychic Change Betty Joseph. Bardzo dobre, ale ciągle jeszcze mnie wprawia w osłupienie język, którego używają ci starzy psychoanalitycy, oczywiście wiem, iż są to do pewnego stopnia metafory na opisanie rzeczy, które są trudno opisywalne, bo przecież ‚seksualność dziecięca’ to nie to samo, co rozumie się pod hasłem ‚seksualność’, ale nie wyobrażam sobie powiedzenia klientowi ‚sen sugeruje, iż boi się pan przerwy światecznej, kiedy będę dla pana zamkniętym barem, więc od razu angażuje się pan w seksualne relacje z mężczyznami, których postrzega pan jako bar otwarty, pełen możliwości masturbacji i seksualnej gratyfikacji’, a to pozostało delikatna interpretacja i mały pikuś w porównaniu z innymi tekstami;D
Wczoraj byłam już w drodzie, kiedy dostałam wiadomość, iż klient nie da rady przyjechać i mignęła mi myśl, żeby sobie pojechać do parku, bo skoro i tak już jestem w samochodzie, to czemu nie, potem zgasiłam tę myśl drugą myślą, iż to bez sensu, iż pojadę do parku i co? posiedzę sobie w samochodzie? no super fajnie, stracę godzinę albo więcej, wypalę niepotrzebnie benzyny, co za głupi pomysl, mójboze, a to przecież nie lot na Jamajkę, tylko pojechanie na godzinkę do parku! Na szczęście na rozstaju dróg moja spontaniczna część osobowości przejęła kontrolę nad kierownicą i skręciła w prawo, do największego miejskiego parku Europy, zamiast w lewo, do domu.
I tak znalazłam się w samym środku zieloności, pod słynnym krzyżem papieskim, gdzie swego czasu milion Irlandczyków witało papę Johna Paula 2nd. (To, iż John Paul to jedne z najbardziej popularnych imion w moim pokoleniu to oczywiste, ale ostatnio spotkaliśmy pana fizjoterapeutę w szpitalu, 100% Irish, o imieniu Karol:).
Po drodze na przemian lało jak z cebra i wychodziło słońce, w aucie słuchałam sobie wywiadu z bardzo ciekawym gościem, czasem się trafi na taką rozmowę, po której się w głowie dużo układa. Leon Hoffman, psychiatra dziecięcy i pscychoanalityk pokazuje, jak można rozumieć Freudowskie obrony na poziomie neurobiologicznym i jak się pracuje z dziećmi w kontekście takiego rozumienia. Bardzo fajnie opowiada o regulacji emocjonalnej, która może być ‚explicit’, czyli na poziomie świadomości, albo ‚implicit’, czyli jakby przed-świadoma, na poziomie nieświadomości. Na przykład kiedy łamiemy nogę i przez chwilę wydaje się nam, iż wszystko się wali, ale mówimy sobie tak ‚to tylko noga, zrośnie się za trzy miesiące, za to będę mogła sobie leżeć w łóżeczku i czytać książki, będę mogła słuchać sobie ciekawych rzeczy, damy radę!’ (re-appraisal), albo mówimy sobie tak ‚nic się nie stało, wszystko będzie dobrze, nie ma co się tak przejmować, uspokój się!’ (suppression) – to są to przykłady dwóch sposobów na świadomą, czyli ‚explicit’ regulację. Ale człowiek ma jeszcze wbudowany bardziej ‚prymitywny’ mechanizm regulacji na poziomie neurologicznym, poza świadomością, kiedy od razu włącza się nam np. fight or flight , albo jakiś inny impuls, który zaczyna działać zanim zdążymy o nim pomyśleć. I te właśnie ‚implicit’ reakcje to są mniej więcej Freudowskie obrony, których nie jesteśmy świadomi, mówi Hoffmann. Bardzo ciekawie o tym opowiada, jak na przykład podczas terapii, kiedy dziecko zaczyna być konfrontowane z bolesnymi uczuciami, nagle chce mu się siusiu i idzie do toalety, albo zaczyna pluć na terapeutę. Właśnie o tym fight or flight pisałam w kontekście JD Vanca w poście poniżej, bo choć każdy z nas tak się zachowuje od czasu do czasu, kiedy zwala się na nas za dużo, niektórzy mają jedną nóżkę bardziej – a to jest duży problem, kiedy to jest nasza defaultowa reakcja na każdy stres czy bolesną sytuację i kiedy nie potrafimy z tego wyjść.
W parku sobie posiedziałam, posłuchałam, porobiłam na drutach, pogadałam z bratem, a potem choćby poszłam na spacer. Było cudownie.
Muszę częsciej słuchać tej spontanicznej części Innegogłosu.
(I teraz pytanie – co jest defaultową, ‚implicit’ reakcją – spontaniczne szaleństwo czy nudziarskie marudzenie, które utrąca wszelkie fajne pomysły?).











