Truskawki dla Ludmiły, pot dla mnie: dlaczego po ośmiu latach powiedziałam „nie” na Zaświatowej

twojacena.pl 6 dni temu

O ósmej rano w sobotę zadzwoniła Grażyna. Po głosie było słychać, iż stoi w ogrodzie już od godziny, a o mnie przypomniała sobie dopiero teraz.

– Regina, no co ty, przyjedziesz? Mam kompletnie zapuszczone maliny. I ogórki przerosły, jak jutro nie zbiorę, będę musiała wyrzucić.

Słuchałam i milczałam. Ostatni raz byłam u niej na działce w Zaświatowej pod Kaliszem w piątek wieczorem, a wyjechałam w niedzielę zmęczona, z odparzonymi stopami, które jeszcze tydzień bolały mnie w służbowych butach.

Pracuję jako kierowniczka administracyjna w spółdzielni mieszkaniowej. Brzmi nudno, ale po dwudziestu trzech latach nauczyłam się od razu rozpoznawać, kiedy z człowieka wyłazi czyste „zrób to za mnie". W pracy nazywa się to delegowaniem zadań. Z przyjaciółką nazywa się to inaczej, tylko długo nie chciałam znaleźć tego słowa. Ciągle wydawało mi się, iż to ja coś sobie ubzdurałam.

Poznałam Grażynę osiem lat temu na kursie księgowości w Kaliszu, prowadzonym w budynku starej szkoły przy ulicy Górnośląskiej, gdzie w przerwach parzyliśmy kawę w plastikowych kubkach z automatu i rozmawialiśmy o wszystkim, tylko nie o księgowości. Zaprzyjaźniłyśmy się gwałtownie – ona samotna, ja po rozwodzie, obie bez większych zobowiązań rodzinnych. Pierwszy raz pojechałam do niej na działkę z szarlotką i butelką oranżady, myślałam, iż posiedzimy na tarasie, pogadamy. Grażyna wyszła w roboczym kombinezonie, wcisnęła mi stare rękawice i powiedziała, iż pielenie to lepszy odpoczynek niż leżenie na kanapie. Wtedy jeszcze się z tego śmiałam i wzięłam motykę. Za dzień przeszłyśmy trzy rządki, a wieczorem Grażyna pochwaliła mnie tak, jak chwali się kogoś za wyczyn.

– Ale tempo! Sama bym się do poniedziałku mordowała.

Poczułam wtedy coś jakby dumę. I niepotrzebnie.

Potem wyjazdy stały się regularne. Maj – przekopać i posadzić. Czerwiec – opielić i podwiązać. Lipiec – zebrać porzeczki, zrobić kompot. Sierpień – ogórki, cukinia, buraki. Wrzesień – wykopać ziemniaki, przebrać cebulę. Przyjeżdżałam na dziewiątą, o dziesiątej już stałam na kolanach między rządkami, a o drugiej po południu zaczynały mi strzelać w krzyżu. Grażyna w tym czasie zwykle siedziała w wiklinowym fotelu pod czereśnią, czytała kryminał i rzucała raz na jakiś czas:

– Regina, odpocznij, bo się zajedziesz.

I szłam odpocząć – na dziesięć minut, z kubkiem wody. A potem znów do rządków.

Ona nie siedziała całkiem bezczynnie. Zawsze znajdowała coś lekkiego. Przebrać nasiona. Zamieść ścieżkę. Przynieść wodę. Nakarmić kota. Ale między tym udawało jej się poleżeć w hamaku, poplotkować przez telefon ze starszą siostrą z Konina i dwa razy zaparzyć herbatę. Ja w tym czasie wyciągałam z ziemi korzenie perzu, przypominające biały drut, i myślałam, iż w poniedziałek do pracy, a mnie krzyż nie chce się wyprostować.

Kiedyś, jakieś trzy lata temu, odważyłam się i nie przyjechałam. Miałam realny powód: w pracy była inwentaryzacja, wyszłam w sobotę dopiero o czwartej po południu i padałam z nóg. Grażyna zadzwoniła w niedzielę rano. Powiedziałam wprost, iż nie mogę, jestem wykończona. Westchnęła i rzuciła:

– No dobra, to sama coś wymyślę, i tak się gorzej czuję, ale co zrobić.

I pojechałam. Bo te słowa o złym samopoczuciu brzmiały jak wyrok.

Przyjechałam – leżała na kanapie z książką, wyglądała na zmęczoną, a na stole czekała karteczka: „Pomidory podlać do ósmej rano". To było wieczorem. Wzięłam wąż i poszłam.

Teraz, kiedy odkładam telefon po kolejnym jej dzwonku, przypominam sobie nie tylko te pomidory. Przypominam sobie, jak w końcu lipca zeszłego roku zbierałyśmy czarne porzeczki. Stałam w słońcu, obsiadana przez meszki, z plastikowym wiaderkiem na szyi, i we cztery ręce z sąsiadką Grażyny, nieznaną mi kobietą, obrywałam krzaki. Grażyna w tym czasie siedziała w domu, bo zrobiło się jej duszno. Po godzinie wyszła z telefonem i zrobiła nam zdjęcie na tle krzaków.

– To na pamiątkę – zaśmiała się.

I zrozumiałam, iż jest dumna z tego zdjęcia. Nie ze mnie, a z tego, jak sprytnie wszystko zorganizowała.

Mąż Grażyny, Wiesław, człowiek niegłupi i mało rozmowny, powiedział mi kiedyś bez cienia złej myśli, popijając piwo na tarasie:

– Dobrze, iż jesteś. Grażynka z tobą przynajmniej wszystko w domu i w ogrodzie zdąży.

Wtedy zmilczałam. Potem długo nie mogłam zrozumieć, co mnie w tym ukłuło. A ukłuło to, iż powiedział to tonem, jakim mówi się o pożytecznym sprzęcie w gospodarstwie. Jak o glebogryzarce, którą wypożycza się na weekend.

Ostatnią kroplą był koniec sierpnia tego roku. Przyjechałam w piątek po pracy, żeby pomóc z przetworami na zimę. Grażyna spotkała mnie w lekkiej sukience, z umytą głową i świeżym manicure. Na kuchni stały trzy skrzynki ogórków, worek papryki i dwadzieścia słoików.

Objęła mnie w progu i powiedziała:

– Nie wiesz, jak się zmordowałam w tym tygodniu. Zróbmy to szybko, a wieczorem zrobię ci sałatkę.

Przebrałam się i stałam przy kuchence. Grażyna usiadła na taborecie z laptopem i włączyła jakiś serial. Czasem wstawała, podchodziła, zaglądała do garnka i mówiła:

– Ojej, jak pachnie! Tylko nie zapomnij o occie, u mnie w zeszłym roku wszystkie słoiki wybuchły.

I wracała do serialu. O dziesiątej wieczorem umyłam ostatni słoik. Sałatkę zrobiłam sobie sama, gwałtownie pokrojone warzywa, bo ona już spała w fotelu pod kocem. Zjadłam w kuchni w ciszy i poszłam spać.

W tę niedzielę wyjechałam o szóstej rano, kiedy Grażyna jeszcze spała. Zostawiłam karteczkę, iż wezwali mnie pilnie do pracy. Nie wezwali, oczywiście, ale już nie mogłam słuchać jej głosu. W drodze płakałam. Nie choćby z obrazy, a ze złości na samą siebie. Miałam pięćdziesiąt sześć lat, przepracowałam dwadzieścia trzy lata z ludźmi, umiałam odmawiać podwładnym, wykonawcom remontów, krewnym, a tu latami nie umiałam wypowiedzieć zwykłego zdania: „Nie będę już dla ciebie pracować".

Zimą Grażyna zadzwoniła i zaprosiła na sylwestrowe ognisko. Odmówiłam. Powiedziałam, iż jestem zmęczona, chcę być sama. Zdziwiła się, ale nie naciskała.

Potem zadzwoniła w marcu:

– Regina, trzeba by szklarnię uporządkować.

Odpowiedziałam, iż mam pełno swoich spraw.

Nie zrozumiała:

– Jakich spraw? W sobotę masz wolne.

Powiedziałam, iż wolne, ale chcę spędzić dzień u siebie. Zaśmiała się i rzuciła:

– No jesteś domatorka.

I odłożyła telefon.

W maju zadzwoniła znowu.

– Regina, coś ty zniknęła? Bez ciebie jestem jak bez rąk. Trzeba posadzić ziemniaki, sama nie dam rady…

Odłożyłam wtedy telefon i przez chwilę patrzyłam na czajnik, który akurat zaczynał gwizdać. I dopiero teraz, w te wrześniowe soboty, kiedy telefon znów milczał od trzech tygodni, zrozumiałam, iż muszę zrobić coś więcej niż odmawiać po telefonie.

We wtorek pojechałam do notariusza przy ulicy Śródmiejskiej w Kaliszu, tego samego, u którego pięć lat wcześniej robiłam pełnomocnictwo do odbioru przesyłek w pracy podczas mojego urlopu. Chodziło o coś innego – o działkę o powierzchni ośmiu arów w Żabinku, którą kupiłam jeszcze z byłym mężem, a po rozwodzie zostawiłam bez użytku, bo nie miałam czasu jej obrabiać. Grażyna od dwóch lat prosiła, żebym „na razie" pozwoliła jej sadzić tam warzywa, bo jej ziemia była za mała. Zgodziłam się bez papierów, po znajomości. Teraz podpisałam u notariusza dokument wypowiedzenia tej nieformalnej umowy użyczenia i zleciłam sprzedaż działki przez biuro nieruchomości – za sto dwadzieścia tysięcy złotych, cena rynkowa dla tej okolicy.

Zadzwoniła w czwartek wieczorem, głosem, jaki słyszałam u niej tylko wtedy, kiedy coś się jej wymykało z rąk.

– Regina, tu jacyś ludzie z agencji przyjechali mierzyć Żabinek. Powiedzieli, iż sprzedajesz. Co to ma znaczyć?

– To znaczy, iż sprzedaję działkę, Grażyno. Jest moja.

– Ale ja tam mam pomidory, paprykę, cały rząd fasoli! Kto mi to teraz…

– Powinnaś to zebrać do końca miesiąca. Napiszę ci dokładny termin smsem.

Zamilkła na chwilę, potem powiedziała cicho, już bez tej pewności w głosie:

– Osiem lat byłyśmy przyjaciółkami. Ja myślałam, że…

– Ja też tak myślałam, Grażyno. Przez osiem lat.

Odłożyłam telefon i postawiłam czajnik. Za oknem sąsiadka wietrzyła pościel na balkonie, a z telewizora w pokoju dobiegał sobotni serial, który akurat lubię oglądać sama, z herbatą, bez pośpiechu. Nie zadzwoniła więcej. W październiku dostałam przelew od agencji – sto siedemnaście tysięcy złotych po odliczeniu prowizji – i tego samego dnia zapisałam się na kurs akwarelowy w Kaliskim Domu Kultury, na sobotnie przedpołudnia, te same godziny, w które osiem lat zbierałam czyjeś ogórki.

Idź do oryginalnego materiału