Triest to miasto, o którym większość osób słyszała, ale niewielu wie, gdzie szukać. W 2001 roku Jan Morris, jedna z najwybitniejszych angielskich pisarek podróżniczych XX wieku opublikowała książkę, którą nazwała swoją ostatnią. Nie poświęciła jej Londynowi ani Wenecji, nie był to Nowy Jork ani Indie, choć o wszystkich tych miejscach pisała wcześniej z maestrią. Napisała o Trieście, mieście, które – jak sama mówiła – nawiedzało ją przez pół wieku jak nierozwiązana zagadka.
Jej
„Triest, czyli nigdzie” to nie przewodnik i nie reportaż w klasycznym sensie – to impresja, introspekcja, miłość z dystansu. I być może najlepszy klucz, jaki istnieje, do miasta, które żadnemu innemu kluczowi się nie poddaje.
Kiedy milkną rozmowy
Zdarza się, iż w środku rozmowy zapada nagle cisza. Nie niezręczna, ale inna – gęsta, zawieszona, jakby ktoś niewidzialny właśnie przechodził przez pokój. Walijczycy mówią, iż to anioł. Mówią też, iż zdarza się to na dziesięć minut przed każdą pełną godziną.
Jan Morris twierdziła, iż kiedy milkną rozmowy, myśli o Trieście. Nie dlatego, iż to miasto niezwykłe w oczywistym sensie tego słowa. Sama przyznawała, iż brakuje mu niezapomnianych zabytków, powszechnie znanych osobistości, wyjątkowej kuchni. Że jest średniej wielkości włoskim portem o niepewnej tożsamości etnicznej i poplątanej historii, który zamożny bywał jedynie sporadycznie.
Jeszcze w 1999 roku 70% Włochów nie uznawało Triestu za część swojego kraju.
J. Morris
A jednak to właśnie ten obraz powracał – zatoka w południe, holownik mącący wodę, samotny wędkarz, którego spławik ani drgnie. Nie ekscytacja ale coś spokojniejszego i zarazem trudniejszego do opisania. Morris nazywała to „efektem Triestu”, poczuciem, jakby na jedno mgnienie poetyckiego oka człowiek został wyrwany z czasu i ciśnięty zupełnie donikąd.
Wiedeński dramaturg Hermann Bahr, gdy przybył do Triestu w 1909 roku, powiedział, iż czuje się zawieszony w nierzeczywistości – jakby trafił „po prostu nigdzie”. To słowo wróciło sto lat później w tytule książki Morris. Nie jako prowokacja ale diagnoza
Triest – cypel na końcu mapy
Triest zawsze wypada gdzieś na granicy. W zagięciu mapy, w rogu strony, jakby kartograf zostawił go na ostatnią chwilę i nie był już pewien, gdzie go umieścić. Od wschodu – Słowenia, osiem kilometrów od centrum miasta. Od południa – Chorwacja, szesnaście. Za plecami, zamiast zaplecza – Kras: ogromny wapienno-kamienny płaskowyż, który geolodzy opisują słowem dźwiękonaśladowczym, bo w każdym języku brzmi tak samo twardo, sucho, z oporem. Włosi mówią carso, Słoweńcy kras, Chorwaci krš. Brzmi jak coś, o co można się potknąć.
Ostatni powiew od Włoch kona na tem wybrzeżu, gdzie się już dzikość zaczyna.
Chateaubriand, 1806
Ta dzikość nie minęła. Bora – wiatr schodzący z krasu – potrafi przewrócić samochód i zepchnąć człowieka w morze. Sir Richard Francis Burton, angielski dyplomata i awanturnik odbywający tu lata wygnania, wyskoczył pewnego razu przez okno powozu na drugą stronę, żeby nie wylądować w zatoce. Stangretowi nie zostawił wyboru.
Graniczność tego miejsca – jako kondycja, nie jako przypadek geograficzny – jest wpisana w samo istnienie miasta. Triest zbudowano na styku Śródziemia i Bałkanów, katolicyzmu i prawosławia, włoszczyzny i słowiańszczyzny, imperialnych ambicji i portowego pragmatyzmu. Nigdy do końca nie wiedziało, skąd jest. I ta niepewność stała się jego najtrwalszą cechą charakteru.
Imperium i jego duchy
Przez jedno stulecie Triest był wielki. Habsburgowie ogłosili go wolnym portem w 1719 roku. Przez następne stulecie rósł w siłę, aż stał się główną przystanią cesarstwa i jednym z największych okien Europy na świat. Karol Marks pisał o mieście jako o zbiegowisku „wszelakich spekulantów”: Włochów, Niemców, Ormian, Żydów, Greków, Słowian. Miasto bez ciężkiej przeszłości, które z braku pamięci robiło atut. Szybkie jak Kalifornia w gorączce złota, jak Hongkong w pierwszych latach.
Dzisiaj, gdy stoi się na wzgórzu w Opicinie i patrzy w dół na zatokę, widzi się to, czego już nie ma.
Nabrzeże, przy którym niegdyś cumowały statki ze wszystkich portów świata, stoi puste. Canal Grande, wykopany na rozkaz cesarzowej Marii Teresy, kołysze kilka zbutwiałych łódek, wszystkie wymagają odmalowania. Wielkie siedziby banków i towarzystw ubezpieczeniowych stoją przy ulicach jak zabalsamowane truchła. Piazza Unità d’Italia, rzekomo największy plac we Włoszech wychodzący na morze – jest monumentalna i cicha jednocześnie.
O Piazza Unità d’Italia: imponująca, choć nieco krzykliwa.
Przewodnik Cook’s z 1925 roku
Kilka kilometrów na północ od centrum, na ostrym cyplu, stoi zameczek Miramar. Kazał go zbudować arcyksiążę Maksymilian – młodszy brat Franciszka Józefa, dowódca cesarskiej floty – po tym, jak podczas sztormu skrył się za pobliskim przylądkiem i zakochał się w tym miejscu. Skończył rozstrzelany w Meksyku, gdzie skusiły go sny o własnym cesarstwie. Na Miramar powrócił tylko w legendzie: tuż przed śmiercią nakazał wysłać sobie z zamku dwa tysiące słowików. Morris widziała je oczyma wyobraźni, jak wypuszczone z klatek, z łopotem skrzydeł mkną na zachód, nad otwarte morze, w stronę czegoś, czego nie ma.
Imperia żyją i umierają. Kiedy giną, w zapomnienie odchodzą również funkcje, które powołały do życia. Triest stworzono jako port konkretnego cesarstwa i gdy to cesarstwo rozpadło się w 1918 roku, miasto straciło sens istnienia. Nie powoli, jak inne europejskie porty, które starzały się w swoim czasie, przerabiając doki na modne apartamenty i muzea. Nagle. Rana, jak pisze Morris, była śmiertelna.
Triest – miasto słowa
W mieście, które traciło sens, rozkwitła literatura. Może dlatego, iż Triest rozumiał wygnańców, sam był jednym z nich.
James Joyce przyjechał tu w 1904 roku, dwudziestokilkuletni, bez grosza, z Norą Barnacle u boku i manuskryptem w walizce. Mieszkał przez kilkanaście lat w kolejnych klitkach, uczył angielskiego za grosze, chodził po mieście długimi nocnymi spacerami dopracowując zdania, które miały zmienić literaturę XX wieku. W Trieście napisał Portret artysty z czasów młodości, tu pracował nad Ulissesem, tu odkrył Itala Sveva, nieśmiałego biznesmena prowadzącego podwójne życie: za dnia w firmie lakierów, wieczorami przy powieściach, których nikt nie chciał drukować.
Ach trieście – trieście żalcia przeżuły me księgi.
Joyce
Svevo – adekwatnie Ettore Schmitz – nosił w pseudonimie całą niemożność tożsamości tego miejsca. Italo Svevo znaczy: włoski Szwab. Żyd, austro-włoski mieszczanin, człowiek biznesu i artysta, we wszystkich wcieleniach trochę nie na miejscu, trochę obok. Wielką triesteńską powieść Zeno Cosini opublikował własnym sumptem, po pięćdziesiątce. Dopiero Joyce – przyjaciel i nauczyciel angielskiego – pchnął jego rękopis do Paryża i wymusił na krytyce uznanie. Morris pisze, iż kiedy Joyce przeczytał maszynopis, od razu rozpoznał w nim dzieło innego artysty żyjącego na wygnaniu – tyle iż metaforycznym: otoczonego morzem księgowych i urzędników.
Umberto Saba chodził tymi samymi ulicami, ale patrzył inaczej. Widział Via del Lazzaretto Vecchio jako odbicie własnej duszy, Molo San Carlo jako miejsce, gdzie śnił, iż dni są „niemalże radosne” – z tym jednym zastrzeżeniem, tym jednym cudzysłowem, który wszystko przewartościowuje. Saba wiedział, iż szczęście w Trieście jest zawsze warunkowe.
Melancholia jako klimat
Arystoteles twierdził, iż każdy interesujący człowiek nosi w sobie nutę melancholii. To samo dotyczy miast. I w tej kategorii Triest nie ma sobie równych.
Nie chodzi o czarną rozpacz. Chodzi o coś subtelniejszego, co Morris szuka w walijskim słowie hiraeth – tęsknocie bez konkretnego adresu, słodko-gorzkiej i nieuleczalnej. Marcel Proust, który Triestu nigdy nie odwiedził, kazał narratorowi mówić o nim jako o „rozkosznym kraju, gdzie mieszkańcy są pełni zadumy, zachody słońca złote, dzwony smutne”. Ricarda Huch pisała, iż melancholia Triestu dotknęła ją silniej niż jego piękno – i iż dopiero z domu zrozumiała, co w niej zostało.
Morze wokół Triestu rzadko bywa radosne. Zimą przypomina Morze Czarne. Latem zastyga w nienaturalnym bezruchu: niebo zlewa się z falami, statki zamierają na horyzoncie, nie wiadomo, gdzie kończy się woda. Wskaźnik samobójstw jest tu notorycznie wysoki. Bora może przyjść w każdej chwili i zmieść to, co człowiek sobie poukładał.
To miasto nauczyło się żyć z nietrwałością, bo też nigdy nie miało innego wyjścia.
Nigdzie
Po II wojnie światowej Churchill ostrzegał świat, iż żelazna kurtyna zapadła „od Szczecina po Triest”. Miasto znalazło się po raz kolejny w centrum historii – tym razem jako kość niezgody między zwycięzcami. Przez kilka lat stacjonowały tu dwie rywalizujące armie. Na krótko stało się Wolnym Terytorium pod egidą ONZ: eksperyment, który nie wypalił, bo wielkie mocarstwa nie mogły uzgodnić choćby gubernatora. W 1954 roku portową część przyznano Włochom, otaczające tereny – Jugosławii.
Z usposobienia nie pasuje zupełnie nigdzie.
J. Morris
Właśnie w tej niemożności przynależności kryje się coś, co nazwała „triesteńskością”: postawa tolerancyjna i niepozbawiona ironii, gotowość przyjęcia tych, którzy nie wiedzą skąd są, albo którzy wolą nie wiedzieć. Wygnańcy, odszczepieńcy, artyści, outsiderzy – wszyscy tu pasowali. Sama Morris pisała o sobie jako o outsiderce, kobiecie, która przez całe życie istniała na granicy i to właśnie w Trieście czuła, iż rozumie, co znaczy nie pasować nigdzie i znaleźć przez to swoje miejsce.
Widziała kiedyś na kontenerze na śmieci graffiti: JEBĆ NARODY. Uznała to za budujące.
Dryfując pod Miramarem
Jan Morris napisała o Trieście jako o swoim lustrze. Borges twierdził, iż artysta, który pragnie namalować świat, odkrywa ostatecznie, iż narysował własną twarz. Morris odkryła to samo w mieście, które przez pół wieku ją nawiedzało: w Trieście, pisała, najintensywniej wspominała zmarnowane chwile, niewykorzystane szanse, utraconych przyjaciół. Ale nie bez pociechy.
Triest nauczył ją czegoś jeszcze, iż nietrwałość nie jest wyłącznie stratą. Miasto, które przetrwało upadek cesarstwa, dwie okupacje, zimną wojnę i własną irrelewancję, przez cały czas stoi. przez cały czas ma kawiarnię, w której kawa jest podobno najlepsza na świecie, wędkarza przy nabrzeżu i zameczek na cyplu, z którego słowiki dawno odleciały, ale którego wciąż można szukać wzrokiem o zmierzchu.
Kiedy zegar znów ruszy, a anioł wróci do nieba, chciałaby dryfować na łodzi pod Miramarem i patrzeć, jak zatoka rozmywa granicę między tym, co było, a tym, czego już nie ma.
Triest czeka. Jak zawsze czekał.
O autorce
Jan Morris urodziła się 2 października 1926 roku w Clevedon w Walii jako James Humphrey Morris. W 1953 roku, jako korespondent wojenny, towarzyszyła ekspedycji Edmunda Hillary’ego na Everest i jako pierwsza przekazała światu wiadomość o zdobyciu szczytu. Przez kolejne dekady budowała reputację jednej z najwybitniejszych angielskich pisarek podróżniczych – autorki trylogii o imperium brytyjskim, książek o Wenecji, Oksfordzie, Hongkongu, Nowym Jorku.
Po raz pierwszy przyjechała do Triestu pod koniec II wojny światowej – jako młody żołnierz brytyjski, jeszcze jako James Morris. Na Piazza Unità łopotały wtedy flagi Zjednoczonego Królestwa, przy kejach stały okręty Królewskiej Marynarki Wojennej, a miasto było zubożałe, wynędzniałe i zawieszone między dwoma armiami, które właśnie przestały być sojusznikami. To zderzenie – imperialnej potęgi i miejskiego smutku – odcisnęło się na niej na zawsze. Wracała do Triestu wielokrotnie przez pół wieku. Za każdym razem miasto wyglądało tak samo jak wtedy.
W 1972 roku dokonała korekty płci. Miała czterdzieści sześć lat i była już sławna.
Triest pisała jako osoba, która przez całe życie istniała na granicy – między płciami, między epokami, między tym, czym była, a tym, czym chciała być. Może dlatego to właśnie to miasto tak uparcie do niej wracało. Triest też nigdy nie wiedział, do czego należ, a przetrwał.
Jan Morris zmarła 20 listopada 2020 roku w Pwllheli, w Walii, w wieku dziewięćdziesięciu czterech lat. Do końca mieszkała z Elizabeth – kobietą, z którą wzięła ślub dwukrotnie: najpierw w 1949 roku, gdy była jeszcze Jamesem, i ponownie w 2008, gdy Walia zalegalizowała związki partnerskie. „Triest, czyli nigdzie” zadedykowała właśnie jej.
Triest śladami Morris, Joyce'a, Sveva i Saby
Dla tych, którzy chcą przejść tę samą trasę co Morris, Joyce, Svevo i Saba – kilka adresów, które warto mieć w zanadrzu.
Zacznij od góry – Opicina. To wzgórze nad miastem, gdzie stoi Obelisk z 1830 roku. Morris opisuje go jako bramę do Triestu – widok, który witał podróżnych jadących przez Kras. Stąd widać zatokę, Miramar i całą logikę miasta rozłożoną w dole.
Piazza Unità d’Italia to serce habsburskiego Triestu. Morris tu stała jako młody żołnierz w 1945 roku, gdy łopotały brytyjskie flagi. Caffè degli Specchi – Kawiarnia Luster – działa od czasów cesarstwa. Zamów tu kawę, zostań długo.
Canal Grande i Borgo Teresiano czyli dzielnica wybudowana na rozkaz Marii Teresy. Kanał, neoklasyczne kamienice, targ przy wodzie. Tu jest też kościół Sant’Antonio Nuovo i most, z którego Saba obserwował miasto.
Muzeum Revoltelli to pałac najbogatszego kupca triesteńskiego, opisany przez Morris szczegółowo. Dziś galeria sztuki. Camera obscura wciąż tam jest.
Zamek Miramar leży kilka kilometrów na północ od centrum, na cyplu nad zatoką. Arcyksiążę Maksymilian, słowiki, sala tronowa, przez którą przecieka deszcz. Morris wracała tu wielokrotnie.
Śladami Joyce’a dojdziesz do miejsc, gdzie mieszkał przy Via San Nicolò i uczył w Berlitz School przy Piazza Cavana. W 2004 roku odsłonięto jego pomnik przy Canal Grande – stoi, jak stał: z laską, lekko pochylony, jakby szedł gdzieś o świcie. Muzeum Joyce’a mieści się przy Via Madonna del Mare. Warto też zajrzeć na plażę Barcola – tu Morris wyobrażała sobie scenę z Ulissesa, którą Joyce mógł pisać patrząc na te kamieniste brzegi.
Ślady Sveva czyli Ettore Schmitza znanego jako Italo Svevo, zaczynają się w miejscach, gdzie pracował, w firmie ubezpieczeniowej przy Via Battisti, potem w fabryce farb w dzielnicy Servola. Jego dom przy Via dell’Acquedotto jest oznaczony tablicą. Muzeum Sveva mieści się w Palazzo Revoltella.
Umberto Saba prowadził przez dekady antykwariat przy Via San Nicolò 30 – Libreria Antiquaria Umberto Saba. Sklep istnieje do dziś, pod tą samą nazwą, w tym samym miejscu. To jedno z tych miejsc, gdzie czas stanął.
Risiera di San Sabba, dawna fabryka ryżu, jedyny obóz zagłady na ziemi włoskiej. Morris poświęciła temu miejscu osobny rozdział. Niedaleko stamtąd stoi też pomnik ofiar, przy brzegu, gdzie Joyce obserwował wyścigi wioślarzy.
Na koniec – Molo Audace. Długie molo wychodzące w zatokę. Morris pisze, iż właśnie tu chciałaby stać razem ze wszystkimi wygnańcami i artystami Triestu, patrząc na zachód słońca. Idź tam wieczorem. Zostań.
„Triest, czyli nigdzie" Jan Morris – moja ocena
Morris nie pisze przewodnika ani choćby klasycznego reportażu, pisze intymny esej o mieście, które przez pół wieku nosiła w sobie jak nierozwiązaną zagadkę. To, co uderza najbardziej, to osobisty do bólu ton, momentami niemal wyznaniowy. Morris nie ukrywa, iż Triest jest dla niej lustrem.
Jedno zastrzeżenie, które warto powiedzieć wprost: jeżeli szukasz praktycznego przewodnika z adresami hoteli, listą restauracji i godzinami otwarcia muzeów, ta książka całkowicie się do tego nie nadaje. Sama Morris sygnalizuje: zgubienie się i wałęsanie bez celu jest jej zdaniem najlepszym sposobem na poznanie Triestu. To nie jest także kompendium wiedzy o dzisiejszym mieście, ale klucz do zrozumienia jego specyficznej, nieco przyciężkiej i melancholijnej duszy.
Morris dostrzega próby odmłodzenia Triestu, ale w jej oczach miasto pozostaje głęboko uwięzione w przeszłości. I paradoksalnie właśnie to sprawia, iż książka jest nieocenionym przewodnikiem duchowym i atmosferycznym. Po jej lekturze wiadomo, dlaczego w historycznych kawiarniach – Caffè San Marco, Tommaseo – panuje spacyficzny nastrój, z czego wynika wszechobecna mieszanka nazwisk na pomnikach, jak niszczycielski potrafi być wiatr bora i dlaczego na zamek Miramare patrzy się z nieodpartym smutkiem.
Polecam ją każdemu, kto kocha Włochy, choć Triest Włochami jest tylko nominalnie. Polecam ją miłośnikom literatury podróżniczej i eseju. I bezwzględnie polecam tym, którzy planują tam pojechać, najlepiej zabrać ją ze sobą i czytać na miejscu, przy kawie, której triesteńczycy nie zamieniliby na żadną inną.
Książka jest znakomita. Porywa od pierwszej strony.
Italia poza szlakiem
„Triest, czyli nigdzie” Jan Morris (tytuł oryginału: „Trieste and the Meaning of Nowhere”, 2001). Wydanie polskie: Wydawnictwo Czarne, 2026, tłum. Jarek Westermark.
Planując swoją podróż
Znajdź hotel lub apartament na wakacje dzięki booking.com.
Pamiętaj, aby zawsze mieć wykupione ubezpieczenie turystyczne. Ja korzystam z najlepszej na rynku porównywarki rankomat.pl.
jeżeli potrzebujesz samochodu we Włoszech, skorzystaj z discovercars.com.
Zarezerwuj bilet wstępu do muzeum przez Get Your Guide.
Potrzebujesz biletów na prom? Znajdziesz je na Direct Ferries.
Gdy kupujesz coś za pośrednictwem moich linków, zarabiam niewielką kwotę. Ty przez cały czas płacisz tyle samo, ze mną dzieli się sprzedawca. Dziękuję za twoje znaczące wsparcie.
Włoska poczta
Nieprzypadkowe miejsca, prawdziwe smaki i sprawdzone wskazówki. Co tydzień w Twojej skrzynce. Dołącz do tysięcy czytelników, którzy planują Włochy mądrzej.
Jeśli potrzebujesz pomocy w znalezieniu praktycznych informacji, dołącz do grupy na FB
Moje wielkie włoskie podróże.
Zajrzyj na
. Tam pokazuję małe fragmenty włoskiego życia.
La vita è bella! Życie jest piękne!



