Wyobraź sobie sytuację: mieszkasz w bloku sam, sumiennie segregujesz odpady, rano bierzesz szybki prysznic, a wieczorem zmywasz kilka naczyń. Co miesiąc płacisz stałą stawkę za wywóz śmieci. Drzwi obok, w identycznym metrażowo lokalu, oficjalnie zgłoszona jest jedna osoba. W rzeczywistości jednak mieszkanie jest wynajmowane czterem obcokrajowcom albo mieszka tam liczna, niezameldowana rodzina. Produkują cztery razy więcej odpadów, ale do gminnej kasy zrzucają się dokładnie taką samą kwotą jak Ty. Resztę kosztów ich śmieci pokrywasz Ty i Twoi sąsiedzi. Brzmi znajomo? To codzienność u nas, gdzie opłaty rozlicza się tradycyjnymi metodami (od zadeklarowanej głowy lub od metrażu). System ten stał się dziurawy jak durszlak, a zjawisko "śmieciowych martwych dusz" drenuje portfele uczciwych mieszkańców. Czy istnieje alternatywa? Niektóre polskie miasta uznały, iż klucz do sprawiedliwości kryje się... w kranie.
Gminy łatają dziury wodą. O co w tym chodzi?
Około 30 samorządów w Polsce - w tym duże ośrodki jak Łódź, Szczecin czy Lublin, a także podwarszawskie Marki i Ząbki - zrezygnowało z wiary w papierowe deklaracje lokatorów co do liczby osób zamieszkujących w domu, czy mieszkaniu. Powiązały one rachunek za wywóz odpadów bezpośrednio z ilością zużytej wody (np. 10–13 zł za każdy metr sześcienny).
Argumentacja tych gmin opiera się na twardej logice i statystyce. Urzędnicy i zwolennicy tego rozwiązania wskazują na proste zależności:
Licznik nie kłamie: Człowiek może się nie