żart, sobie na 40. urodziny, a`la The Curse of Millhaven
dosyć wcześnie przylgnęła do niego ta, jakże
adekwatna, ksywka. już we wczesnej podstawówce
dostrzeżono, iż jest pośród rówieśników niczym
pojazd ze Zwickau na tle współczesnych aut.
zaiste jest takim pociesznym i wyłupiastookim
wyrobem z tworzywa sztucznego, ospałym i budzącym
współczucie, uśmiech politowania, niedopieczonym,
średnio dogotowanym ludkiem o bladej skórze,
czole wiecznie zroszonym potem, o krzywych zębach.
bije od niego umysłowa nieporadność
i skrajne niewydarzenie,
choć, co może dziwić, bo nie jest on typem
geeka, uczył się najlepiej w klasie.
typowy beciak, safanduła, przegryw, który, gdyby
urodził się w Stanach Zjednoczonych, pewnie,
nie wytrzymując szykan, dałby upust przez lata
tłamszonym uczuciom i odwiedził szkołę z bronią,
stał się jednym z naśladowców Erica Harrisa
i Dylana Klebolda. ale tu jest Polska, tutaj
mógłby co najwyżej wparować z wiatrówką,
albo, co bardziej prawdopodobne,
strzelić – ale samobója w ciemnym
kącie pokoju, lesie, czy brudnej piwnicy.
frustracja rosła, balon incelstwa pęczniał,
podobnie, jak sam Trabanciuch. aż wreszcie
trzasnęła żyłka pod kopułą i poszedł nasz
bohater na dyskotekę. bez koszulki, świecić
skórą koloru przejrzałej margaryny,
półtuszami litego sadła
i broczyć krwią. bo pociął się na środku densfloru
okrutnie, przemyconym w nogawce nożem
myśliwskim, pokroił z wprawą godną rzeźnika,
z sadystyczną zapamiętałością.
pisk dziewczyn, krople, strugi, wulgaryzmy,
koniec tańca. obezwładnienie, karetka, szwy.
i szpital, gdzie przebywa do dziś nasz bohater,
którego bagienny ognik zapełgał raz, na chwilę
(wystarczyło!).
tabletki ponoć pomagają, olej miesza się
z benzyną we adekwatnych proporcjach,
prawie nie widać pęknięć duroplastu.
tylko te myśli jak papier ścierny, w których
Ferrari zderza się czołowo z Porsche,
nie chcą minąć.














