Karaczaj nie wybuchł jak Czarnobyl i nie trafił na czołówki gazet. Zmieniał się po cichu. Z miejsca, w którym chmury odbijały się w czystej wodzie, stał się punktem na Ziemi o toksyczności tak wysokiej, iż nie przetrwała tam żadna forma życia. Kiedy wysychał, wiatr roznosił radioaktywny pył na setki kilometrów. I choć brzmi to jak sceneria z postapokaliptycznego filmu, to realna konsekwencja zimnowojennego wyścigu zbrojeń. Jak zwykłe jezioro mogło przejść tak brutalną metamorfozę? Tu zaczyna się historia, która odsłania kulisy radzieckiego programu atomowego i pokazuje, do czego prowadzi pomysł, by naturę traktować jak magazyn na odpady, których nie da się okiełznać.
REKLAMA
Zobacz wideo Pojechałam pierwszy raz i przepadłam. Pokażę wam Maltę, jakiej nie znacie
Jakie jest najbardziej radioaktywne jezioro na świecie? Niechlubny rekordzista znajduje się w Rosji
Przed erą atomu Karaczaj był zwykłym, niczym nieporywającym zbiornikiem skrytym wśród uralskich lasów. Stanowił naturalne zaplecze dla zamkniętego Oziorska, miasta stworzonego po to, by podtrzymywać działanie kombinatu nuklearnego Mayak. To tam, pod presją powojennego wyścigu mocarstw, ruszyły pierwsze reaktory do produkcji plutonu. Nikt nie zajmował się środowiskiem, bo liczyła się szybkość, a odpady z linii technologicznych traktowano jak coś, co można po prostu odprowadzić.
Zanieczyszczona woda chłodząca i pozostałości po ekstrakcji izotopów trafiały wprost do rzeki Tieczy, płynącej dalej przez wsie, które nie miały pojęcia, jaką falę skażenia niesie nurt. Dopiero pomiary z 1951 roku ujawniły, iż poziom promieniowania wykracza poza wszystko, co dopuszczała ówczesna nauka. Najbardziej toksyczne odpady skierowano więc do Karaczaju, traktując go jak wygodny, ukryty na uboczu "magazyn".
Pierwsze lata zrzutów sprawiły, iż jezioro zaczęło emanować dawkami, które porównywano do pracy na otwartym reaktorze. Woda i osady pochłaniały kolejne porcje strontu, cezu i izotopów plutonu, zmieniając Karaczaj w miejsce, które zabijało choćby z brzegu. Skażenie zaczęło przenikać w głąb ziemi, a przyroda, dotąd odporna na kaprysy człowieka, gwałtownie zniknęła z okolicy. Świat nie miał o tym pojęcia, bo Ozersk pozostawał zamknięty i wykreślony z map. Ludzie mieszkający niedaleko odczuwali skutki promieniowania, jednak nie zawsze wiedzieli, skąd bierze się ich choroba. Karaczaj stawał się więc symbolem epoki, w której tajność zwyciężała nad zdrowym rozsądkiem.
Jezioro Karaczaj w Rosji to jedno z najbardziej radioaktywnych miejsc na świecieFot. Wikipedia/NASA, Jan Rieke/Domena publiczna
Jakie promieniowanie znajdziemy w Karaczaju? Wystarczy godzina i po człowieku
W latach 90. amerykańscy badacze odwiedzili Mayak i zmierzyli promieniowanie gleby wokół Karaczaju. Wyniki były tak wysokie, iż brzmiały jak pomyłka, choć o błędach nie było mowy. Okolica dawała 740 tysięcy megabekereli na kilogram gleby, a samo stanie na brzegu jeziora oznaczało 5,6 siwerta na godzinę. To ilość, która może zabić człowieka w niecałe 60 minut. Akwen bił na głowę reaktory z niesprawnymi osłonami i śmiało mógłby wejść do podręczników fizyki jako przykład ekstremalnego skażenia.
Drastyczne wartości pochodziły zarówno z wody, jak i z grubych warstw mułu na dnie. Każdy podmuch wiatru niósł cząsteczki radioaktywnego pyłu, a podczas suszy w 1967 roku fragmenty osuszonych brzegów porwała wichura. Radioaktywne cząsteczki rozeszły się po okolicznych miasteczkach, zwiększając liczbę zachorowań na białaczkę i nowotwory. Oficjalne dane dotyczące liczby ofiar przez cały czas są sporne, bo lata pracy w tajnym kompleksie nie sprzyjały dokumentacji. Mimo to badacze są zgodni, iż skażenie dotknęło wiele rodzin żyjących w rejonie Czelabińska. Z czasem wskazania były tak ekstremalne, iż Karaczaj trafił do Księgi rekordów Guinnessa jako najbardziej radioaktywne jezioro na Ziemi. Rekord, którego nikt nie chce pobić.
Zasypane, ale niezapomniane. Wciąż stanowi zagrożenie
W połowie lat dziewięćdziesiątych zaczęto zasypywać jezioro kamieniami i betonem. Była to próba zamknięcia emitującego promieniowanie zbiornika w formie kapsuły, która nie wypuści osadów do środowiska. Prace trwały do 2015 roku i formalnie zakończyły historię Karaczaju jako otwartego jeziora. Teren został przykryty warstwą betonu, który ma powstrzymać migrację izotopów do wód podziemnych. Choć oficjalnie problem zniknął z powierzchni ziemi, naukowcy są ostrożni, bo radioaktywne izotopy potrzebują czasu, żeby utracić aktywność. Rosyjskie raporty po rozpadzie ZSRR zakładały, iż wody w rzece Tieczy mogą odzyskać bezpieczeństwo dopiero za około 170 lat, co pokazuje skalę problemu, której nie rozwiązuje samo zasypanie Karaczaju.
Mimo działań naprawczych okolica wciąż nie wróciła do normalności. Dawne zarośla i mokradła wokół zbiornika zniknęły, a natura trzyma się od tego miejsca na dystans. Lokalni mieszkańcy wiedzą, iż Karaczaj pozostanie białą plamą na mapie przez długie pokolenia, bo choćby zasypanie go betonem nie wymazało historii ukrytej pod powierzchnią. To przykład, jak daleko potrafiła zaprowadzić człowieka nuklearna ambicja i jak długo trwa powrót do równowagi po takich eksperymentach. O tym, co stanie się w przyszłości, zdecyduje skuteczność betonowej kopuły i to, jak głęboko radioaktywne izotopy wędrują w podziemnych ciekach. Naukowcy wciąż badają ten obszar, bo mimo zakończenia prac, Karaczaj wciąż stanowi zagrożenie dla człowieka. Czy ciekawią cię radioaktywne miejsca? Zapraszamy do udziału w sondzie i do komentowania.






