Podczas jednej z wypraw po opuszczonych miejscach na północy Warszawy, natrafiłem na dom, który od razu przykuł moją uwagę. Wyglądał na dawno zapomniany, a roślinność niemal całkowicie go pochłonęła. Dopiero wnętrze domu zaczęło zdradzać, kim był jego dawny właściciel i jak wyglądało jego życie. To miejsce było dla niego nie tylko domem, ale także przestrzenią do pracy i codziennego życia. Pozostały tu ślady życia człowieka, który nie tylko tu mieszkał, ale i tworzył.
Odwiedzając różnego rodzaju miejsca zatrzymane w czasie, na północy Warszawy trafiłem na dom, który od bardzo dawna musiał być opuszczony. Już na pierwszy rzut oka było widać, iż nikt tu nie mieszka. Budynek sprawiał wrażenie zapomnianego przez ludzi, ale nie przez naturę. Zacząłem się zastanawiać, jak dawno ktoś musiał opuścić to miejsce, skoro roślinność tak mocno je pochłonęła. Krzewy i pnącza oplatały ściany, a wyrosłe tuż obok drzewa niemal całkowicie zasłaniały dom, jakby próbowały ukryć go przed światem. Wszystko wskazywało na to, iż od lat nikt nie ingerował w to, co działo się wokół.


Mieszkał tu ktoś, kto z zawodu był grawerem, wnioskuję to po wizytówkach i różnych dokumentach porozrzucanych na biurku gabinecie, jak i rzeczach w jego pracowni. To miejsce było dla niego nie tylko domem, ale także przestrzenią do pracy i codziennego życia. Wszystko wskazywało na to, iż przez wiele lat funkcjonowało tu jedno i drugie.


Gdy odwiedziłem ten dom, był już mocno zniszczony i rozszabrowany. W niektórych pomieszczeniach panowała bardzo duża wilgoć, przez co tynk odpadał z sufitu i ścian. Panował tu też spory bałagan, a ślady czyjejś obecności nie miały nic wspólnego z dawnym porządkiem. Ktoś najwyraźniej szukał tu wartościowych przedmiotów, nie zwracając uwagi ani na historię miejsca, ani na człowieka, który je stworzył i wypełnił swoim życiem.



Tak to już jest z opuszczonymi miejscami, bardzo gwałtownie stają się celem szabrowników i wandali. Ten dom nie był wyjątkiem, ale kolejnym przykładem tego, jak łatwo zapomina się o przeszłości, gdy znika jej właściciel.



Gdy wszedłem do dalszej części domu, trafiłem do pracowni grawernika. Od razu uderzył mnie charakterystyczny zapach drewna, starych desek i trocin, które dosłownie leżały wszędzie. Na podłodze, półkach i blatach porozrzucane były manualnie rzeźbione przedmioty: łyżki, deski do krojenia o różnych kształtach i rozmiarach oraz drobne ozdobne elementy. Każdy z nich nosił wyraźne ślady cierpliwej, powtarzalnej pracy, wymagającej skupienia i czasu.



W pracowni stało kilka stołów, przy których właściciel musiał spędzać długie godziny, a na ich powierzchniach leżały niedokończone prace. Między nimi znajdowały się porozrzucane narzędzia, kawałki papieru ściernego i różne pomocnicze akcesoria, których używał na co dzień.



Pod spodem jeszcze kilka zdjęć z domu grawernika.








Chciałbym w tym miejscu podziękować osobom, które mnie wspierają za pośrednictwem Wirtualnej kawki. Dzięki Wam i waszym drobnym wpłatom, powstają takie fotorelacje! Od kilkunastu lat staram się odwiedzać i fotografować miejsca mniej znane i opuszczone. o ile ktoś chciałby dołożyć cegiełkę do moich podróży i wesprzeć mnie w tym co robię, zapraszam do postawienia mi >Wirtualnej Kawki<. Wszystkie zebrane kwoty przeznaczam na paliwo, dzięki temu mam możliwość realizowania swoich dalszych podróży.




Moją pasją są podróże i fotografowanie miejsc mniej znanych, zapomnianych, niedostępnych i opuszczonych. Staram się wyszukiwać miejsca, według mnie warte uwagi, mające swój klimat i urok. Myślę, iż stworzyła się wokół tego co robię jakaś mała, fajna społeczność. Nigdy nie myślałem, iż to zrobię, ale doszedłem do wniosku, iż stworzę swój Patronite. Wspierając mnie na nim, sprawisz, iż będę mógł rozwinąć mojego bloga, wyjeżdżać częściej i dalej i z tego tworzyć fajne relacje. W ten sposób także Wam podpowiadać jakieś interesujące miejsce na wyprawy. Kto wie, może to kiedyś przerodzi się w moją jedyną pracę… Bardzo dziękuję Krzysztofowi, Kamili, Andrzejowi, Patrycji, Tadeuszowi, Pawłowi, Karolinie, Magdalenie, Małgorzacie, Władysławowi, Alexowi i Magdzie, którzy wsparli moje działania i zostali moimi pierwszymi patronami.






