Dałam radę przez dziesięć godzin. Nawiązałam kilka przelotnych znajomości po sąsiadach na krzesełkach i wiem, iż były tam osoby, które już siedziały po dwadzieścia dwie godziny. Może i bym dosiedziała do dwunastu, ale mnie rodzina wyrwała z tego zatrzymania. O czym mowa? O „The second woman” Na czym polega ten projekt? No to może od początku.
Szumnie nazwano go przedstawieniem dwudziestoczterogodzinnym. W praktyce, co dwie godziny, główna aktorka miała przerwę dwudziestopięciominutową. Czyli tych przerw było jedenaście. To daje wynik dwieście siedemdziesiąt pięć minut. Idźmy dalej… wychodzi cztery godziny i trzydzieści pięć minut do odjęcia, to znaczy, iż zostaje dziewiętnaście godzin i dwadzieścia pięć minut. Tysiąc sto sześćdziesiąt pięć minut na grę. Podzielmy to na sto – bo dotyczy to stu mężczyzn odwiedzających aktorkę. Otrzymujemy wynik jedenaście i trochę więcej niż pół minuty na gościa. I tak jeden epizod to około ośmiu minut gry scenicznej czyli trzy i ponad pół minuty pozostają na sprawy techniczne. Trzy minuty sześćdziesiąt pięć setnych razy sto, daje nam trzysta sześćdziesiąt pięć minut… gry technicznej, ale gry aktorskiej jednak. Odegranie sceny to średnio osiem minut, trzy sześćdziesiąt pięć minuty to sprzątanie po scenie. Sprzątanie, to wyrzucanie śmieci typu torebki po jedzeniu, szklanki po napojach, a także wymiana oglądających. Sprząta pani Magda Cielecka. To znaczy, iż jeden/jedni widz na sali wychodzi do toalety, po kawę, cokolwiek… drugi/drudzy wchodzi. To ten moment, kiedy nikomu to nie przeszkadza.
Tyle wstępu. Teraz konkret.
Przedstawienie to polega na ciągłym odtwarzaniu jednej sceny przez kolejne sto razy, za każdym razem z innym partnerem, wyłonionym rzekomo podczas castingu. Ja nie wiem jak taki casting wygląda, iż dostają się tam osoby skądinąd znane, i oczywiście też takie, jak pan z uciętą ręką, drugi na wózku, trzeci z orientacją inną, czwarty – kobieta. No ale… zostawiam to bez komentarza.
Za każdym razem padały słowa powtarzalne, coś jak filary przedstawienia. Na początku „Co tam?” potem „napijesz się czegoś” „zjedzmy coś”, „muszę ci coś powiedzieć”, „nie zasługuję na ciebie”, „nie mów tak”, „nie uważałeś mnie za inteligentną”, „nie jestem wystarczająca”. „nie powiedziałem tego”, „nie musiałeś” no i jeszcze kilka zwrotów.
Każdy mężczyzna kłamał inaczej. No, bo iż to kłamstwo, to wiadomo. Każdy inaczej patrzał, inne stosował triki, iż stosowane na paniach, to też wiadomo, bo skądś takie metody mają… to się nazywa flirtem, no przynajmniej tak to wygląda. Niektórzy osiągnęli w tym naprawdę wysoki poziom, byłam pod wrażeniem. Dopracowane spojrzenia, które miały grać poza słowami, gesty, drobne zasady dobrego wychowania. Jedni nalewali do szklaneczek potem przynosili obie na stół, drudzy najpierw podawali pani, potem nalewali sobie, byli tacy co całą flaszkę zabrali na stół. Komentowali, nie mówili nic… każdy inaczej. Inaczej też reagowali na obrzucenie makaronem, które to następowało po tym jak aktorka wyznała miłość temu czy owemu partnerowi scenicznemu. Było kilku nerwusów, kilku nieśmiałych, kilku oddających makaronem tam skąd wybył, czyli w stronę aktorki… misz masz. I inaczej każdy z nich tańczył. Jedni nieporadnie, drudzy wolno, trzeci szybko, czwarci zmysłowo, piąci w kółeczko okręcali… no misz masz ponownie. Najmniej udane były sceny podsumowujące czyli wykłamanie miłości typu „zawsze cię kochałem”, dlatego lepiej im wychodziło „nigdy cię nie kochałem”. Co akurat jest zrozumiałe, bo jak można kochać kogoś, kogo się widzi po raz pierwszy i to przez około osiem minut.
A co to wszystko według mnie… no, jak to odebrałam? Sto razy jedna scena, tzn ja mniej, bo coś około czterdziestu, tak myślę. Związek zatacza koło, jak było na początku, tak i na końcu się staje. Nikt nie pamięta o co adekwatnie poszło, dlaczego dochodzimy do ściany? Przy tej ścianie, jesteśmy sobie tak obcy, jak na początku. Każdy ze swoją bajką, swoją książeczką, trochę pofatygowaną, ale jednak. Kłótnie, ostateczne rozstania następują w momencie takiego oddalenia, jakie było przed zbliżeniem. Nie ma tu żadnego problemu w wejście w rolę. „Przepraszam, chociaż nie wiem za co” – tak często zaczynali owi panowie. Potem „napijmy się” no i piją, jedzą… raz pałeczkami, raz widelcem… każda scena to ten makaron… suchy, nieciekawy… ostatecznie lądujący wśród słów na podłodze, głowie, kroczu, stole…wyrzucony przez panią Magdalenę Cielecką w stronę partnera w przypływie czegoś niezrozumiałego. Ale czy to było takie skomplikowane/niezrozumiałe? Kiedy kobieta pyta o swoją atrakcyjność… no pewnie… kiedy pyta o inteligencję… no piękna jesteś… kiedy pyta o wystarczającość… no jesteś wystarczająca, arcy czy jakieś inne wystarczania. „No i cię kocham” – mówi ona, a po tej kwestii panowie zwykle powtarzali „no i mnie kochasz” znudzeni nad wyraz tym zwrotem… i wtedy dostawali makaronem. Makaron na uszy, oni jej, ona im, nawijany makaron, bo skoro doszli do ściany, to może nie było żadnej drogi od początku do końca, zaledwie sen o miłości… ba, choćby o kochaniu. Makaron przynoszony jej wciąż w taki sam sposób, przez przeróżne osoby… z tej samej knajpy, zwanej życiem, istotą ludzką…
Tańczą, dalej tańczą. Przez chwilę, potem jemu coraz trudniej ją utrzymać, a jej coraz trudniej utrzymać się w ogóle, zsuwa się do parteru. Tu niektórzy panowie wykazali się iście wielką siłą próbując ją nosić, ale jakby się nie starali… to przecież dwoje musi chcieć, bo jak nie, to… nic… nie ma takiej siły, jedna osoba nie poniesie związku, tańca, czułości… niedopasowania… problemów drugiej osoby… samotności… nikt nie szarpnie aż tak… wysypie się… wypali… pozostanie przeciągłe spojrzenie niedowierzania, powtarzalności, podsumowania tego, co między nimi… jakby krzyk – tylko tyle?!… ktoś odprowadza tym spojrzeniem do drzwi. To choćby nie smutek, to co pozostaje. To pustka.
A te pieniądze dawane panom na odchodne ze słowami „idź już”. Kobieta zapłaci… zapłaciła… chcąc uregulować koszty… ? Tu czasami było zabawnie, niektórzy panowie pytali „tylko tyle?”, inni a” to za jedzenie?”, „za przejazd?”, „na ubera?”. Czy to miało znaczenie, czy ktoś zabrał, czy oddał jej te pieniądze? Koszty są kosztami, ona je poniesie. Panowie pójdą dalej, często bez większych refleksji, bez zobowiązań, bez spin, dramatów… Czasami przynajmniej próbują sprawić, żeby nie była stratna… czego stratna? Może zaufania… za każdym razem… i znów.
Ale się rozpisałam… Chyba jednak warto było iść tam, na te dziesięć godzin. Szczególnie, iż klimatyzacja spisała się na medal, a w domu bym się męczyła w takim upale czterdzieści na plusie, czy ile tam dziś było. Jedyne po tym wszystkim… zresztą już od jakiegoś czasu nad tym myślę… słowa. Po co ludzie mówią słowa miłości? To nie zaklęcia, to narkotyk… często nie idzie za nim nic konkretnego, często wypowiadane są w celu uzyskania czegoś, czego wypowiadający i tak w końcowym rozrachunku nie umie docenić… słowa jak wytrychy, złodziejskie słowa, kłamstwa… jednak kłamstwa słodkie, niezdrowe… po czasie powodują nieodwracalne szkody na organizmie. Po co nam słowo kocham? Po wyższe loty? Po lepszy środkowy etap znajomości? Ten, który się potem wymazuje, po zastanawianie się… niepotrzebne, to niepotrzebne, całkiem niepotrzebne. Kocham przestało znaczyć cokolwiek, zdewaluowało się do ściągnięcia bielizny, a potem przychodzi taki wiek, iż ta bielizna to tak już nie kręci i to kocham ubiera się we wszystkie szaliki i czapki i kozaki i siedzi na słońcu, ale blade i mizerne jakieś… i rozumie, iż nie to je ogrzało, co miało ogrzać. Stracony czas, nieodpowiednia osoba… a czy jest jakaś odpowiednia?… żal do siebie, do świata być może… szpilki i czerwona sukienka noszone po domu nic to… szkoda zachodu, szkoda nóg, szkoda… człowieka… szkoda.









