Teściowej sprezentowałem taki prezent, iż aż jej się słabo zrobi! I zawsze, kiedy na niego spojrzy, będzie się trzęsła! Ale co z tego nie pozbędzie się go, nie wyrzuci. Będzie trzymać na widoku i pilnować! O, tak to właśnie będzie. W końcu karma wraca! Ta moja okropna Jadwiga Nowak! Przez piętnaście lat, odkąd z Agnieszką jesteśmy małżeństwem, ani razu nie powiedziała mi miłego słowa. Wiecznie niezadowolona. Inne chociaż czasem coś mrukną pod nosem, a ona nic tylko patrzy na mnie swoimi wielkimi, czarnymi oczami. Staram się do niej nie jeździć, wpadam w odwiedziny na pięć minut raz na rok opowiadałem mojego żonie Magdzie.
Ta kiwnęła głową ze zrozumieniem i współczuciem, bo sama za swoją teściową, Zofią, także nie przepadała.
Zrobiliśmy sobie taki trochę „męski wieczór” w środku dnia u nas przyjęło się, iż raz na dwa tygodnie spotykamy się z kumplami z dzieciństwa w każdą sobotę.
Ja, Robert, prowadzę zakład fryzjerski i zawsze trochę odświeżam wszystkim wizerunek. Dzisiaj jednak wpadłem tylko na chwilę, bo już klienci czekali. Magda, która pracuje w restauracji jako kucharka, zwykle przynosi górę pyszności, jak to mówi mój syn Tomek.
Trzecia osoba z paczki Iwona pracuje jako pielęgniarka i ostatnio zmieniła miejsce pracy. Chłopaki jeszcze nie wiedzieli, gdzie konkretnie chcieli podpytać, ale zeszło na temat teściowych.
Nie mogę jej znieść! Dla mnie ona nie istnieje. Gdyby jej tylko nie było, to zacząłem znowu.
I wtedy cicho słuchająca dotąd Iwona wtrąciła się.
I co dalej, Robercie? Myślisz, iż od razu poczułbyś ulgę? powiedziała z przekąsem.
Może chyba tak wydusiłem, nagle tracąc zapał.
Przypomniałem sobie poranek. Jak niosłem prezent, zapakowany w elegancki papier, uśmiechając się złośliwie. Wreczałem teściowej Jadwidze, a ona, jak dziecko, zaraz rozpakowywała, aż podskakiwała z ciekawości. Tylko, iż ja uprzedziłem: otworzyć masz po moim wyjściu. Tak czy siak zepsułem jej święto!
Chłopaki, pytaliście, gdzie teraz pracuję? zagadnęła Iwona.
W prywatnej klinice? zażartowałem.
To teraz już będziesz zarabiać kopy pieniędzy! zaśmiała się Magda.
W hospicjum odpowiedziała spokojnie Iwona.
Zapadła cisza.
Ty Ale po co? Magda aż się zachłysnęła.
Przecież tam sami ciężko chorzy Nie boisz się? A pieniądze? pokręciłem głową.
Dajcie spokój z tym pieniądze, pieniądze! Robercie, przepraszam, ale chcę ci coś powiedzieć: Jesteś durniem szepnęła z goryczą Iwona.
Kto? Moja teściowa? parsknąłem.
Ty, Robercie! To co ty mówisz i robisz, to podłość. Nie znam dobrze twojej Jadwigi. Powiadasz, nie powiedziała ci ani dobrego słowa? A kto sprzedał swe mieszkanie w centrum Poznania i przeprowadził się na obrzeża, by dołożyć wam na większe lokum? Twoja teściowa bez szemrania, bez kłótni.
Kiedy wasz Tomek ciężko zachorował, kto woził go do najlepszego specjalisty w Warszawie? Tamten lekarz był synem przyjaciółki twojej teściowej z młodości. I to on uratował twojego chłopaka. Inni rodzice nie mieli tyle szczęścia. A pamiętasz ten zjazd absolwentów, jak zabalowałeś tak, iż obudziłeś się u starego kolegi? Między wami nic się nie wydarzyło, ale Agnieszka by tego nie wybaczyła, znając jej zasady. Kto wtedy cię uratował? Jadwiga Nowak powiedziała, iż byłeś u niej tamtej nocy. Robercie, gryziesz rękę, która cię karmi!
Ile razy przychodziliśmy do was, aż się cieszyłem z ogórków, powideł, dżemów i leczo, które na wasz stół zawsze dawała teściowa. Przecież ty pomidora od ogórka nie odróżnisz! Ona to wszystko dla was robiła. Są ludzie małomówni nie potrafią mówić pięknie, czasem się wstydzą, ale czyny mają świadczące o miłości! A inni tylko ładnie gadają, a skutek żaden! wypaliła Iwona.
Dzięki bardzo, przyjacielu. Myślałem, iż mnie poprzesz, a tu takie rzeczy. I jeszcze wyzywasz! wykrzyknąłem.
Coś się we mnie wtedy poruszyło. Jeszcze rano tliła się we mnie radość, złośliwość, planowanie i realizowanie zemsty. Teraz coś mnie w środku wierciło wyrzuty sumienia odebrały mi całą satysfakcję.
Magda w milczeniu zjadła kolejne pięć pierogów z kapustą (ona zawsze objada się w nerwach) i tym razem mi nie przytakiwała.
Powinienem się obrazić, trzasnąć drzwiami i wyjść, najlepiej rzucając się jeszcze w słowach z Iwoną. choćby miałem taki plan. Ale to coś w środku nie dawało mi odejść, jakby mnie przykuło do krzesła.
Zapomnieliście chyba, iż nie mam już mamy, prawda? Żyję z tym piętnaście lat. Tak jak ty, Robercie. Tylko ty narzekasz na teściową, która jednak cię kocha ja każdego dnia tęsknię i cierpię. Często jeszcze wykręcam jej numer, trzymam ten telefon. Doładowuję konto. Dzwonię patrzę, Mama wyskakuje. Odbieram słyszę ciszę. Opowiadam tej ciszy o wszystkim, krzyczę, jak źle mi bez niej. Owijam się w mamin koc, jakby ona mnie tuliła. Czuję, jak wewnętrznie mam pusto od żalu szeptała wyciszona Iwona.
Robercie, masz i matkę, i teściową. Po co się tak wywyższasz nad nią? Pamiętam, jak czasem mówiłeś o niej wieśniara. Jeszcze jedno pytanie wszystkim nam fryzury robisz, podcinasz, farbujesz A Jadwidze, kiedy ostatnio włosy podciąłeś lub zrobiłeś fryzurę? zapytała jeszcze Iwona.
Zatkało mnie. Odpowiedziałem własnym głosem, wbrew sobie, cicho:
Nigdy.
No nie wierzę, serio? Robercie, to już przesada. Ja swoją teściową, wiesz, częstuję zawsze ciastem, sernikiem, pączkami. Na Wielkanoc żurek z kiełbasą gotuję! A ona taka szczęśliwa! Klaska rączkami, rozpakowuje prezenty, cieszy się. Ma rączki jak u anioła małe, mięciutkie! roześmiała się Magda.
We mnie coś jeszcze się odzywało, ale coraz słabiej. W końcu czułem, iż mogę wstać i wyjść.
Przed oczami stanął mi poranny obraz. Te jej anielskie rączki u mojej teściowej były inne. Grube, spracowane, z żyłami, które kiedyś wyśmiewałem, nazywając szczypcami. Buzię też wyzywałem w myślach od starej kartofli. Co ja adekwatnie wiem o niej, Jadwidze?
Chyba niewiele. Nieszczególnie interesowałem się jej życiem.
A jednak zawsze była blisko, kiedy byłem w potrzebie. Mój teść wspominał, iż kiedyś mieli z żoną dwie córki, które ciężko chorowały, a Jadwiga opiekowała się najpierw nimi, potem mężem aż do śmierci. Został jej tylko syn mój szwagier Marcin późny, wyczekany.
Ja sam Agnieszkę kocham tak samo od piętnastu lat taka mądra, dobra, troskliwa i pracowita. Ale właśnie dzięki Jadwidze!
Gdyby nie ona, to twój syn Tomek nie żyłby! Dom byś przepił, rozwalił rodzinę, gdyby chciało ci się, Robercie! Sama nigdy jej nie pochwaliłeś, chociaż wszystkich innych słodzisz! odezwał się ten mój głos sumienia.
Aż podskoczyłem.
Robercie, coś ci? z troską pochyliła się Iwona.
Pokręciłem głową, powstrzymując łzy. Chciałem natychmiast zmienić temat.
Jak ci się pracuje w hospicjum, Iwona? zapytałem.
Dziewczyny, tych oczu nigdy nie zapomnę. Tipu cierpienia tam jest Nadzieja, światło i dobro. Słucham wielu rozmów o wieczności, o tym, co jeszcze chcieliby przed śmiercią zrobić. Widziałam mężczyznę zdobywcę, który mamie staruszce wszystko zapewniał, a ona prosiła tylko o wyjazd do rodzinnej wsi. On nie miał czasu. Mówił, iż kupi dom, pojedzie. Mama umarła klękał potem przy jej łóżku i krzyczał: Mamusiu, wróć!.
Albo był ojciec, wojskowy, do córki ona bez włosów, a on przynosił jej kolejne spinki do włosów. Całą szkatułkę miała! A ona czekała, świeciła na widok tych spinek. On obiecywał, iż zaplecie jej włosy, kiedy odrosną, jak mama kiedyś. Po śmierci córki rozdał wszędzie jej spinki Łzy miał suche: Mama teraz ją uczesze. Obie czekają na mnie. Wiecie co? Trzeba doceniać! Jedni płaczą nad grobem, inni cierpią na choroby, a jeszcze inni marnują życie na robienie innym na złość. Ale nikt tak naprawdę nie jest panem własnego losu.
Magda machnęła gazetą, zerknęła na talerz, pierogi już były zjedzone. Schwyciła telefon i wysłała mężowi SMS-a, iż dzisiaj rodzinna posiadówka obowiązkowo z teściami!
Lecę, mam rodzinną naradę! Trzymajcie się! i już jej nie było.
Ja także się podniosłem. Ręka mi drżała, czegoś szukałem w torbie, wszystko rozsypało się po podłodze. Iwona pomogła pozbierać bez słowa. Bez słowa się rozeszliśmy.
Miałem pełno spraw do załatwienia, cały wieczór zaplanowany.
Tylko gdzieś tam, na obrzeżach miasta tej właśnie chwili starsza kobieta, którą uważałem za osobę, która mnie nie znosi, patrzy na mój prezent. Taki, którym chciałem jej dopiec. A gdyby ona mi zrobiła to samo?
Na pewno bym się załamał, święto byłoby zrujnowane.
Po kilku telefonach do klientów z przeprosinami i obietnicą rabatu, odwołałem wieczorne wizyty i pojechałem do teściowej.
Telefon Agnieszki był nieosiągalny.
Spociły mi się dłonie. Co powie żona? W końcu to jej mama
Zrobiło się już ciemno. W oknach małego domku świeciły światła. Nagle te bawełniane firanki w stokrotki i pelargonie na parapecie, które tak kiedyś mnie drażniły, wydały się takie swojskie i ciepłe.
Muszę przeprosić. Co powiedzieć? Może zabrać inny prezent? Ale nie ma kiedy. Obiecam, iż kupię coś innego. Och, narozrabiałem myślałem, idąc od furtki do drzwi.
Drzwi były otwarte. W dużym pokoju na stole pięknie podana micha pierogów, chłodnik na kefirze, ulubiony przez mojego syna, do tego naleśniki z mięsem. Zatrzymałem się w progu i najpierw patrzyłem na stół. Mój szwagier rozmawiał z synem, który ze smakiem wcinał gołąbki babci. A teściowa w niebieskiej sukience z koronkowym kołnierzykiem, z warkoczem stała przy ścianie.
Obok niej dwie starsze sąsiadki i pogodny dziadek chyba również gość.
Popatrzcie, jaki piękny prezent, prawda? zachwycała się teściowa, wskazując na mój podarek.
I dalej:
To Robercik, mąż Agnieszki. Taki jak książę jasny, przystojny, taki dobrej postury. Kiedy na niego patrzę, serce mi śpiewa. Bóg stworzył takiego pięknego chłopaka! Teraz Robercik zawsze będzie tu, ze mną. Artysta namalował jego portret. Rozpłakałam się, kiedy go zobaczyłam. Nic lepszego nie mogłam dostać!
Poczułem, jak cała twarz i uszy robią mi się czerwone z wstydu, jak za dzieciaka, gdy u babci stłukłem wazon i zwaliłem winę na młodszego brata Jarka.
Prezentem na urodziny teściowej był mój własny portret. Uważałem, iż skoro nigdy nie słyszałem od niej miłego słowa, to pewnie mnie nie lubi choćby nie cierpi. Wbiłem sobie w głowę, iż Jadwiga Nowak jest złośliwa. Myślałem, iż portret znienawidzonego zięcia tylko ją zirytuje. Nie wyrzuci go, będzie jej przykro. Ale wszystko wyszło zupełnie odwrotnie
Robercik to taki przystojniak, iż czasem aż się wstydzę cokolwiek mu powiedzieć! Taki jak lalka! Wielkie niebieskie oczy, rysy jak z obrazka. A ja babuleńka, nieforemna, dwie lewe ręce, ani słowa pięknego nie skleję. Gadać, to ja nigdy nie umiałam, wstydliwa jestem. Jak u nas nocował wygładzę mu włosy, kołdrę poprawię, kiedy śpi. Pan Bóg zabrał mi córki, ale dał Agnieszkę i jej męża, Robercika, jak własnego syna. Zawsze mówię Agnieszce, iż ma męża ze złota!
No to masz, Robercie, nauczkę mruknęło moje sumienie i znikło już na zawsze.
Nie zdążyłem mu choćby obiecać, iż wszystko naprawię. Ale mam jeszcze czas. I właśnie zauważyli mnie.
Syn podbiegł, żona wstała na powitanie.
Co jest? Przecież masz dzisiaj pracę? Mama mówiła, iż już rano byłaś z życzeniami szepnęła Agnieszka.
Odwołałem wszystko. Jadwigo, mogę mówić do ciebie mamo? Jak do własnej mamy. Sto lat, z okazji urodzin! gardło miałem ściśnięte.
Chciało mi się uklęknąć. Tak jak ten facet z opowieści Iwony. Uklęknąć przed mądrością, dobrocią i wybaczeniem starszego człowieka.
Roberciku! Znalazłeś czas, żeby wpaść, dziękuję, synu kochany! O, to moje szczęście, przyszedł! mówiła z podziwem i dumą teściowa.
Gośćdziadek chrząknął z uznaniem, patrząc to na mnie, to na mój portret.
Wszyscy naraz jakoś się ożywili, pojawiło się sporo śmiechu.
Radowałem się, iż mamy święto. Że żyję, jestem zdrowy, mam rodziców, którzy przy okazji też zaraz przyjadą z życzeniami. Mam wspaniałą żonę i syna. I dobrą teściową. I pracę, którą lubię. Chyba naprawdę jestem bogaty!
Siadajcie, do stołu! krzątała się Jadwiga.
A potem zrobimy Dzień Urody! Komu fryzurę, komukolwiek farbowanie, mówić śmiało z przyjemnością się tym zajmę! zaproponowałem z uśmiechem.
To też był mój prezent. Dla wszystkich.






