Teściowej wręczyłam taki prezent, iż aż złe samopoczucie ją ogarnie! I będzie ją trzęsło za każdym razem, gdy spojrzy na to coś. Ale nie wyrzuci, nie zgubi. Zostawi na widoku z przymusu! O tak. Myszka zapłaci za łzy kota pomyślałam. Wredna Zofia Władysławowna! Przez wszystkie piętnaście lat, odkąd jesteśmy z Piotrkiem po ślubie, nigdy nie powiedziała mi nic miłego. Mruk. Inne teściowe chociaż coś burkną pod nosem, a ta milczy. Tylko patrzy tymi swoimi ciemnymi oczyskami. Staram się do niej nie jeździć, a na wizyty wpadać raz do roku na pięć minut opowiadała Celina swojej przyjaciółce Magdzie.
Ta przytakiwała, w duchu skrycie wściekła na własną teściową, Wandę. Obie miały w tej kwestii sporo do powiedzenia. Dzisiaj urządziły sobie dziwny babiniec, taki, co powtarzał się co dwa tygodnie w soboty od lat dzieciństwa.
Celina była fryzjerką artystką nożyczek, stale zmieniała ich fryzury. Dzisiaj miała mało czasu, bo czekali klienci. Magda, kucharka, zawsze przynosiła górę dobra jak mówił syn Celiny, Franek. Była jeszcze trzecia Ola, która niedawno zatrudniła się gdzieś nowo jako pielęgniarka, a przyjaciółki właśnie chciały ją wypytać. Zamiast tego rozmowa zeszła na temat matek mężów.
Nie mogę jej znieść! Ona dla mnie nikkim nie jest! znowu zaczęła Celina.
Ale wtedy Ola, dotąd cicha, przerwała jej:
I co, Celka, byłoby ci od razu lżej? uśmiechnęła się krzywo.
Może wykrztusiła Celina i umilkła.
Przypomniała sobie dzisiejszy poranek. Jak niosła prezent, zawinięty w błyszczący papier, podśmiewając się złośliwie. Jak dawała Zofii Władysławownie, a tamta jak dziecko rozrywała opakowanie, niemal podskakując z ciekawości. Ale Celina kazała jej otworzyć dopiero po jej wyjściu. Przynajmniej popsuła tej wstrętnej babie święto!
Pytałyście, gdzie się zatrudniłam zaczęła nagle Ola.
Przyjaciółki się wyprostowały.
W prywatnej przychodni? zgadywała Celina.
Szmal będziesz zgarniać taczkami! zachichotała Magda.
W hospicjum rzuciła cicho Ola.
Zapadła cisza.
Po co? tylko tyle zdołała z siebie wycisnąć Magda.
To miejsce, gdzie ludzie odchodzą. Jak ty mogłaś, Ola? I pieniądze? kiwnęła z niedowierzaniem Celina.
Znowu pieniądze Celka, wybacz, ale powiem tylko jedno: głupia jesteś wyszeptała przez zaciśnięte zęby Ola.
Kto? Moja Zofia Władysławowna? prychnęła tamta.
Ty, Celina. Bo to jest podle. Nie znam dobrze twojej teściowej, ale ile razy pomogła wam finansowo? Kto sprzedał mieszkanie w centrum Krakowa, żebyście mogli powiększyć metraż i przenieść się do domku na obrzeżach? Zofia Władysławowna. Gdy Franek był ciężko chory kto go woził do profesora medycyny? Ten lekarz, do którego trafił dzięki niej, bo to syn jej przyjaciółki z młodości, uratował twojego syna. Inni nie mieli tyle szczęścia! A jak na zjeździe szkolnym narozrabiałaś i rano obudziłaś się u kolegi z klasy Piotr ci by tego nie darował! Kto cię z opresji wyciągnął? Teściowa powiedziała, iż nocowałaś u niej. Dajesz się karmić, dogadzać A ile razy od niej przyjmowałaś kiszone ogórki, dżemy, powidła, leczo? Przecież ty od pomidora szczawiu nie odróżniasz! Ona tylko milcząca, ale kocha czynami. Są i tacy, co pięknie mówią, a nic nie czynią wyrzuciła jednym tchem Ola.
Dzięki, przyjaciółko. Myślałam, iż staniesz po mojej stronie, a ty mnie jeszcze wyzwałaś Celina wstała gwałtownie.
Gdzieś w duszy Celiny obudził się mały robak. Dotąd podjudzał jej złośliwość i cieszył się z planu zemsty. Teraz wiercił się niespokojnie, słuchając słów Oli i odbierając jej triumf, który miała przeżywać wyobrażając sobie męki teściowej. Chciała powiedzieć robakowi, żeby zamilkł i cieszył się dalej, ale nie potrafiła. Robak coraz mocniej się wiercił.
Magda wpatrywała się w ich sprzeczkę i pochłonęła w ciszy pięć pasztecików z kapustą (bo na nerwy zawsze ją brał głód), a Celiny już nie poparła.
W zasadzie powinna się obrazić, zatrzasnąć drzwi i wyjść. Już miała to zrobić. Ale wredny robak nie pozwolił. Jakby ją przygwoździł do miejsca.
Pewnie zapomniałyście, iż ja nie mam mamy, co? Żyję z tym od piętnastu lat, tak jak ty, Celina. Tylko ty wciąż narzekasz, a ja tęsknię do bólu. Zostawiłam sobie telefon mamy, numer pamiętam na pamięć, regularnie doładowuję. Czasem zostawiam w pokoju, dzwonię z komórki do Mamusi. Patrzę na zdjęcie. Odbieram ciszę i opowiadam. Krzyczę jak ciężko, owijam się jej kocem, wyobrażam sobie jej ramiona. Czuję, iż wszystko we mnie spalił ten ból.
Celka, przepraszam, nie mogłam milczeć. Ty masz i matkę, i teściową Po co tak się wywyższasz nad staruszkę? Ciągle nazywałaś ją wiochą, a kiedy ostatni raz cięłaś jej włosy albo farbowałaś? dodała Ola, spokojnie.
Robak w Celinie zastygł jak po uderzeniu i cicho, jakby nie swoim głosem, odpowiedziała:
Nigdy.
Żartujesz? Celka Nieładnie, naprawdę zamruczała Magda. Ja swoją niby też mam taką, ale zawsze częstuję ciastem, pasztecikami, upiekę babkę na Wielkanoc. Ona się wtedy cieszy, zagląda do toreb, uśmiecha się. Rączki ma takie pulchne, krótkie, czyste jak aniołek! rozmarzyła się Magda.
A robak w Celinie już się nie ruszał. Wreszcie poczuła, iż może wstać i odejść nie trzymał jej tu.
Przed oczami przemknął dzisiejszy poranek. Te pulchne rączki Ale teściowa miała inne. Celina patrzyła na nie z pogardą, mówiła na nie szczypce duże, spracowane, z żyłami. Brzydkie. Tak jej się wydawało. Twarz pomarszczona, przezywała ją zgniły ziemniak. W sumie co ona wiedziała o Zofii Władysławownie? Nic, nie była nią zainteresowana.
A teściowa zawsze była, gdy była jej potrzebna. Piotr mówił, iż miał niegdyś dwie siostry, obie długo chorowały. Zofia Władysławowna nimi się opiekowała, potem chorym mężem, aż została sama z synem późnym dzieckiem, Piotrkiem. Celina do dzisiaj go kochała jak piętnaście lat temu był mądry, pracowity, dobry.
Taki, bo matka go tak wychowała! A mógłby cię bić, dziwaczko! Albo nie przynosić pieniędzy! Albo szukać kochanek! Doceniasz? Nigdy nic miłego jej nie powiedziałaś. Stale wyśmiewasz, plujesz jadem. Głupia! nagle rozdarł się ponownie robak w duszy Celiny.
Podskoczyła od tego.
Celinka, źle ci? nachyliła się z troską Ola.
Ta pokręciła głową, hamując łzy wszystko naraz ją przytłoczyło. Jakby wezbrana woda z przerwanej tamy gotowa była zalać wszystko wokół.
Trzeba zmienić temat. Uciec stąd. Miało być zabawnie Ale było inaczej.
Celina, żeby nie rozpaść się na kawałki, wyszeptała:
Jak ci tam, Olu, praca?
Oczu ich nie zapomnę dziewczyny. Tyle w nich bólu, światła i nadziei zarazem Słyszę wiele słów o wieczności, o tym, czego nie zdążyli. Widziałam łzy bez końca. Młody mężczyzna, taki zajęty, sukcesy, kariera. Mama trafiła do nas. Złotem by ją zasypał, ale nie zabrał do rodzinnej wsi, jak marzyła. Bo mu się nie chciało. A gdy zmarła, rzucał się na kolanach: Mamusiu, wróć! Teraz cię wszędzie zabiorę! Kupimy dom! Zrobimy wszystko! Jesteś wszystkim, mamusiu, bez ciebie nie istnieję!…
Albo starszy pan, cały dystyngowany, odwiedzał córkę. Dziewczyna bez włosów. Przynosił jej spinki i gumeczki, piękne jak z bajki. Kolekcjonowała je. Ktoś zapytał: po co jej, jak włosów nie ma? A ona rozpromieniała się. Bo tata obiecał, iż będzie ją zaplatał jak kiedyś mama, gdy odrosną. I pojadą razem nad morze. Dla niego ciężko, ale trzymał te spinki i udawał radość. Gdy zmarła, rozdał je innym. Oczy suche, ale powiedział: Teraz mama ją zaplata czekają na mnie moje dziewczyny. Po prostu: trzeba doceniać. Jedni płaczą nad grobem, drudzy niosą się z żalem. Inni knują, robią innym przykrość, droczą się a los nie śpi i przyjdzie niespodziewanie
Człowiek myśli, iż sam jest panem a nic bardziej mylnego… westchnęła Ola.
Magda machnęła gazetą paszteciki się skończyły, ale w domu upiecze nowe. Wzięła telefon i napisała do męża: Dzisiaj wieczór rodzinny! Kino, kolacja. Zabierzcie też mamę z tatą, niech zostaną na noc!.
Muszę już iść, zebranie rodzinne! Trzymajcie się! rzuciła wesoło Magda i zniknęła.
Celina też się podniosła, trzęsącymi się rękami szukała czegoś w torebce, aż ta cała zawartość się wysypała Ola pomogła zbierać, w ciszy. Tak się rozstały.
Celinę czekały ważne sprawy cały wieczór napięty. Tylko Gdzieś, na obrzeżach miasta, o tej godzinie starsza kobieta, którą uważała za wroga, patrzy na jej prezent. Ten, którym chciała ją ukarać. Jakby jej własna teściowa wręczyła jej taki sam dar, Celina byłaby zdruzgotana. Zepsuła by jej dzień na zawsze.
Obdzwaniając klientów z przeprosinami i obietnicą rabatu na przyszłość, Celina odwołała wszystko i pojechała do teściowej.
Telefon Piotra był poza zasięgiem.
Znienacka pokryły się jej dłonie potem. Co powie Piotrek? To przecież jego matka
Wieczór zapadł. W oknach małego domku świeciły światła. Fiołkowe zasłonki w stokrotki i doniczki z pelargoniami, które dawniej ją drażniły, teraz wydawały się dziwnie swojskie i przytulne.
Muszę przeprosić. Co powiedzieć? Może kupić inny prezent? Ale nie zdążę. Obiecam, iż coś dokupię. Pewnie ją skrzywdziłam krążyły myśli Celiny, gdy szła od furtki do drzwi.
Otwarte było. Na wielkim stole w dużym pokoju talerz z pierogami. Chłodnik z kefirem ulubiony jej męża. Naleśniki faszerowane. Celina stanęła w progu i przez chwilę gapiła się tylko na stół. Jej mąż rozmawiał z synem, ten wcinał babcine gołąbki z uśmiechem do uszu. Zofia, w niebieskiej sukience z koronkowym kołnierzykiem, z warkoczem jak zawsze, stała przy ścianie.
Obok niej dwie sąsiadki i dziarsko wyglądający staruszek pewnie też gość.
Spójrzcie, jaki cudny prezent! zachwycała się teściowa, pokazując prezent od Celiny.
I dodała:
To od Celinki, żony Piotrusia. Ona to jak królewna! Biała cera, delikatna, śliczna, aż się serce raduje. Taki cud stworzył Pan Bóg! I teraz Celinka ze mną zawsze będzie. Artysta namalował jej portret. Rozpłakałam się ze szczęścia! Lepszego prezentu nie mogłam się spodziewać!
Celina poczuła, iż jej twarz i uszy robią się czerwone jak burak. Zawstydzona, jak wtedy, kiedy jako dziecko stłukła babcine lustro i zrzuciła winę na młodszego brata Michała.
Prezentem z okazji urodzin był portret. Jej, Celiny. Sądziła, iż teściowa, która nigdy nie mówi nic miłego, nienawidzi jej. Postanowiła, iż obraz znienawidzonej synowej będzie mordęgą do końca życia. Nie wyrzuci go, będzie cierpieć. A tu wszystko stało się odwrotnie
Celinka jest tak piękna, czasem nie wiem co powiedzieć. Jak lalka! Oczy ogromne, niebieskie jak chabry, rysy jakby wyrzeźbione przez anioła. Nie to co ja stara, niezgrabna, trzęsąca się. Nigdy nie umiałam mówić ładnie. Często, gdy Celinka spała u nas, poprawiałam jej kołdrę, dotykałam. Pan zabrał mi dwie córeczki, ale dał mi inną żonę Piotrusia, moją Celinkę. Zawsze powtarzam Piotrowi, iż to skarb!
Żyj teraz z tym! robak w Celinie syknął i zniknął na zawsze.
Nawet nie zdążyła przysiąc, iż to naprawi. Ale jeszcze ma czas. I już została zauważona. Synek przybiegł, mąż wstał.
Co tu robisz? Przecież masz dyżur? Mama mówiła, iż złożyłaś życzenia z rana szepnął jej do ucha.
Odwołałam wszystko. Zofia Władysławowna mogę mówić do pani mamo? Jak do własnej. Sto lat! głos jej drżał.
I miała ochotę uklęknąć, jak ten mężczyzna z opowieści Oli. Przed mądrością, dobrocią, przebaczeniem świata.
Celinko! Udało się ci jeszcze do mnie zajrzeć, dziękuję, córciu. Dla mnie, starej kobiety, znalazłaś czas. O, jaka ty moja Celinka! Przyszła! mówiła Zofia, patrząc z dumą i wzruszeniem.
Dziadek gość chrząknął z uznaniem, patrząc na Celinę i jej portret.
Wszyscy nagle ożyli, śmiali się.
Celina cieszyła się, iż jest dziś święto. Że żyje, jest zdrowa. Że ma rodziców, którzy właśnie jadą z życzeniami. Że ma cudownego męża i synka. I dobrą teściową. I pracę, którą kocha. Była bogata!
Do stołu, do stołu! krzątała się Zofia Władysławowna.
Cudownie! A potem urządzimy Dzień Urody! Chcecie? Wszystkim wam zrobię fryzjerskie cudeńka! Komu trzeba, podetnę, pokoloruję włosy z euforią obiecała Celina.
To był jej prezent. Dla wszystkich.






