Teściowej dałam taki prezent, iż aż jej się słabo zrobi! I zawsze będzie nią telepać, kiedy tylko na niego spojrzy. Ale nic nie poradzi, nie wyrzuci. Będzie musiała trzymać go na honorowym miejscu! Ot, tak to się załatwia. Jak to mówią: co się odwlecze, to nie uciecze niech płacze ta moja złośliwa Halina Nowak! Przez wszystkie 15 lat małżeństwa z Piotrem nie usłyszałam od niej ani jednego ciepłego słowa. Zrzęda z niej. Inne przynajmniej coś mamroczą pod nosem, a ona tylko patrzy mierząc mnie swoimi ciemnymi oczami. Unikam jej jak ognia, a w odwiedziny chodzę może raz w roku na pięć minut, żaliła się Zosia swojej przyjaciółce, Małgorzacie.
Gosia kiwała głową z pełnym zrozumieniem. W końcu ona też niespecjalnie przepadała za swoją teściową Wiesławą.
Jak co drugą sobotę spotkały się we trójkę dołączyła do nich jeszcze trzecia z przyjaciółek, Ania żeby poplotkować przy kawie i cieście. To stara tradycja z czasów podstawówki.
Zosia była fryzjerką i zawsze na takich spotkaniach odświeżała wszystkim fryzury. Tego dnia przyszła na krótko, bo czekały na nią klientki. Gosia, jako kucharka z pasją, jak zwykle przyniosła całą górę smakołyków, które uwielbiał syn Zosi, Filip.
Ania pielęgniarka z powołania, od niedawna pracowała w nowym miejscu, ale dotąd nie powiedziała koleżankom, gdzie konkretnie. Wszystko zeszło jednak na temat teściowych.
Nie mogę jej znieść! Kompletnie mi obca kobieta. Gdyby jej nie było rozpoczęła znów Zosia.
Tym razem milcząca dotąd Ania przerwała jej:
I co, Zośka? Od razu byłoby ci lepiej? rzuciła półżartem, półserio.
No chyba tak, wyznała cicho Zosia, po czym zamilkła.
Przypomniała sobie poranek, kiedy zanosiła swój prezent, zapakowany starannie w kolorowy papier, z tym złośliwym uśmieszkiem. I jak wręczała go teściowej, a ta niby dziecko rwała się, żeby go od razu otworzyć z niecierpliwości. Ale Zosia nalegała, by zajrzała do środka dopiero jak ona wyjdzie. Przekonana, iż choć w ten sposób popsuje jej święto.
Dziewczyny, pytałyście, gdzie teraz pracuję… zaczęła Ania.
Przyjaciółki aż podskoczyły.
W prywatnej klinice? rzuciła Zosia.
Nareszcie będziesz zarabiać pieniądze workami! śmiała się Gosia.
W hospicjum, odpowiedziała spokojnie Ania.
Zapadła cisza.
Serio? Po co tam poszłaś? wydusiła Gosia.
Przecież tam są tylko chorzy, którzy już nie wyzdrowieją Jak ty możesz, Anka? A pieniądze? kiwała z niedowierzaniem głową Zosia.
Ciągle tylko te pieniądze… Zosia, wybacz, ale muszę ci coś powiedzieć: jesteś głupia, szepnęła gorzko Ania.
Kto, ja? Ja jestem głupia?! Moja teściowa jest głupia! przewróciła oczami Zosia.
Nie, właśnie ty, Zośka. Bo to, co robisz i mówisz, jest podłe. Ja nie znam twojej Haliny Nowak zbyt dobrze. Ale mówisz, iż nie powiedziała ci nigdy miłego słowa? A jak wam zabrakło na powiększenie mieszkania, kto sprzedał mieszkanie w centrum, żebyście mogli kupić domek na obrzeżach? Twoja teściowa. Bez gadania, bez żadnych warunków.
A jak twój Filip ciężko chorował, kto go woził po lekarzach? Tamten profesor, który go uratował, był synem koleżanki twojej teściowej. Dzięki niej twój syn żyje.
A jak na zjeździe klasowym za dużo wypiłaś, a potem obudziłaś się u kolegi, to kto cię wyciągnął z kłopotów? Halina powiedziała Piotrowi, iż spałaś u niej. Długo jeszcze mam wyliczać ile razy ratowała twoją skórę? Ile razy dawała wam jedzenie do domu ogórki, dżemy, leczo? Zośka, ty choćby nie odróżniasz sadzonki pomidora od kwiatka wszystko to ona robi z myślą o was! Są tacy ludzie, nieumiejący pięknie mówić ale czynami okazują całą miłość! Inni ładnie powiedzą, ale pożytku z tego żadnego. wybuchła Anka.
Dzięki, przyjaciółko. Myślałam, iż mnie poprzesz, a ty jeszcze mnie obrażasz naburmuszyła się Zosia.
Ale coś ją jednak ukłuło taki cichy, wredny robaczek w duszy zaczął się wiercić. Chciała mu rozkazać, żeby dał już spokój przecież nie przejmie się opinią Anki, ale nie dawało jej to spokoju.
Gosia, obserwując kłótnię, wciągnęła bez mrugnięcia okiem pięć pierogów z kapustą (na stres zawsze ją nachodziło), ale tym razem nic nie powiedziała.
Można by się obrazić, trzasnąć drzwiami i wyjść obrażonym. I Zosia już była gotowa tak zrobić. Ale ten głupi robaczek nie dał.
Zapomniałyście, iż ja nie mam już mamy? Od 15 lat Tak, jak ty, Zosia Tylko ja przez te wszystkie lata czułam tą pustkę i ból. Zostawiłam sobie jej telefon, czasem do niego dzwonię, zostawiam doładowania, włączam mama na ekranie i mówię do cichych sygnałów Opowiadam jej o wszystkim, czasami wręcz krzyczę, jak mi ciężko. Otulam się jej szalem, marząc, iż to ona mnie znów przytula Czasem czuję się kompletnie wypalona od żałoby, nie mam sił Ale ty masz mamę i teściową. Po co się nad nią wywyższasz? Zosia, kiedy ostatni raz podcięłaś albo ufarbowałaś włosy swojej teściowej? Wszystkim robisz fryzury, a jej? zapytała nagle Anka.
Robaczek w Zosi aż się skulił. Gdzieś z jej samego środka odezwał się nagle jej własny, nieznany głos:
Nigdy.
Serio? Ty żartujesz? To nie jest w porządku, Zośka. Ja moją teściową może nie kocham, ale zawsze poczęstuję ciastem, kulichem, usmażę pączki na święta a ona cieszy się z tego jak dziecko. Ma takie pulchne, malutkie ręce, prawdziwy aniołek rozmarzyła się Gosia.
Ten robaczek już się nie odzywał więcej
Zosia stała nieruchomo, przypominając sobie poranek. Małe, zniszczone dłonie swojej teściowej, których zawsze nie znosiła nazywać szponami były duże i pracowite, sterane życiem i pracą. Twarz teściowej była pomarszczona, do siebie określała ją cynicznie jako stara ziemniara. Co ona w ogóle wie o jej życiu?
A przecież Halina zawsze była obok, kiedy była potrzebna. Piotr wspominał o swoich siostrach, które zmarły jako dzieci, o ojcu, też chorym i nieżyjącym od dawna. Wszystkich opiekowała się Halina, aż została tylko ona i jej ukochany, długo wyczekiwany syn, Piotr.
A Zosia wciąż go kocha, jak piętnaście lat temu taki porządny, przystojny, uczynny chłop. A taki jest właśnie dlatego, iż to ona, Halina, go tak wychowała mogła mieć pecha do męża-opoja, kobieciarza, a ma świętego. Dlaczego więc nigdy nie zrobiła dla niej nic dobrego? Nigdy nie powiedziała miłego słowa? Dlaczego zawsze drwiła z jej sposobu bycia i stroju?
Robaczek już nie dawał spokoju, wręcz krzyczał niespodziewanie w myślach Zosi:
Ty wariatka, zamiast docenić, tylko się unosisz dumą!
Zosiu, dobrze się czujesz? spytała zatroskana Anka.
Pokręciła głową, żeby nie rozpłakać się przy koleżankach. Przeleciało przez nią wszystko na raz całą wilgoć długo skrywaną za grubą zaporą dumy. Musiała zmienić temat i uciec, bo zrobi się niezręcznie.
I jak ci się pracuje, Aniu? spytała Zosia cicho.
Najbardziej zapadają mi w pamięć oczy naszych pacjentów Wiele cierpią, często są pogodzeni, ale w oczach mają dobroć i nadzieję. Słucham ich opowieści o życiu niespełnionym, widzę łzy rodzin Ostatnio młody, świetnie sytuowany mężczyzna odwiedzał swoją chorą mamę. Był o krok od tego, żeby ją wykupić złotem zza światów, ale ona marzyła tylko, żeby jeszcze raz zabrał ją do swojego rodzinnego śląskiego miasteczka. Wciąż brakowało czasu. A kiedy zmarła, płakał i wołał: Mamo, wróć, pojedziemy razem, gdzie chcesz, wszystko ci dam, tylko wróć!.
Albo inny pacjent starszy pan, dawny wojskowy, codziennie przynosił córce nowe spinki do włosów, choć z powodu choroby włosów już nie miała. Mówił, iż kiedy odrosną, uczesze ją, jak żona kiedyś czesała Dla niej te spinki były całym światem i nadzieją. Zmarła. A on przekazał spinki innym dziewczynkom ze słowami: Już jest z mamą, teraz ona się nią zajmie Codziennie widzę u końca życia, co jest ważne: kochać i być kochanym.
Ludzie często myślą, iż są panami losu, ustawią wszystkich pod siebie, udowodnią światu swoje racje. Aż przychodzi taki moment, kiedy nagle nie ma na to czasu.
Gosia fuknęła śmiechem i zaczęła wysyłać SMS-a mężowi, by dziś na domowe spotkanie zaprosić koniecznie teściów. Dziewczyny, lecę! Domowe zebranie rodzinne! pożegnała się radośnie.
Zosia też wstała, drżącą ręką szukała czegoś w torebce, aż wysypała wszystko na podłogę. Anka pomogła posprzątać i obie wyszły bez słowa.
Wieczorem Zosia miała inne plany terminy z klientkami. Ale Gdzieś w tym czasie, na przedmieściach Krakowa, starsza kobieta, o której myślała, iż jej nie znosi, patrzyła na jej prezent. Prezent, którym chciała jej zrobić na złość. A co by zrobiła, gdyby Halina jej podarowała taki prezent?
Pewnie strasznie by się zdenerwowała, popsułoby jej to urodziny. Zamiast iść do pracy, Zosia obdzwoniła klientki i odwołała wizyty, przepraszając i obiecując rabat. Pojechała do teściowej.
Telefon Piotra był nieosiągalny. Ręce jej się spociły co powie Piotrek? Przecież to jego mama
Już był wieczór. W oknach małego domku paliło się światło. Firanki w niebieskie stokrotki i pelargonie na parapecie, które kiedyś ją irytowały, teraz nagle wydały się takie bliskie, domowe.
Muszę przeprosić. Może trzeba było coś innego kupić. Ale już nie zdążę. Najwyżej obiecam, iż kiedyś kupię coś ładnego. Ale co ja narobiłam myślała Zosia, podchodząc do furtki.
Drzwi były otwarte. W dużym pokoju na stole piętrzyły się pierogi, chłodnik z kefirem ukochany przez Piotra, naleśniki z mięsem. Zosia najpierw spojrzała na stół. Piotr rozmawiał z Filipem, który pałaszował gołąbki babci. Halina, w granatowej sukience z koronkowym kołnierzykiem i nieodłącznym warkoczem, stała przy ścianie. Obok niej dwie sąsiadki i dziarski staruszek, wyglądał na gościa.
Zobaczcie, jaki piękny prezent dostałam! zachwycała się Halina, pokazując na prezent Zosi.
I dodała z dumą:
To Zosia, żona Piotra. Nasza królewna. Taka śliczna, delikatna, jak z obrazka. Jak patrzę na nią, aż mi się serce raduje. Jaka piękność mi trafiła! Teraz będzie zawsze przy mnie artysta namalował jej portret. Jak zobaczyłam prezent od niej, ryczałam ze szczęścia. Niczego lepszego nie potrzebuję!
Zosia poczuła, jak jej policzki i uszy robią się czerwone ze wstydu zupełnie jak wtedy w dzieciństwie, kiedy u babci rozbiła wazon i zwaliła to na młodszego brata.
Prezentem dla teściowej był portret Zosi. Uważała, iż skoro teściowa nigdy jej nie chwali, to jej nie lubi i taki prezent ją zirytuje i zasmuci. Tymczasem okazało się zupełnie inaczej…
Zosia jest tak piękna, iż aż głupio coś do niej powiedzieć. Ma takie chabrowe oczy, zgrabną twarz, jak z obrazu. Ja to przy niej stara, niezgrabna, dwóch słów nie skleję Ale co tam, cieszę się, iż ją mam. Pan Bóg zabrał mi dwie córki, ale zostawił Zosię prawdziwą córkę od Piotra. Zawsze mówię Piotrkowi: masz złotą żonę!
No i masz, życie cię dogoniło! pomyślała Zosia, a wstyd rozpuścił na dobre robaczka w jej duszy.
Nie zdążyła choćby nic postanowić, a już jej zauważyli. Syn podbiegł, mąż wstał.
Co się stało? Przecież miałaś dyżur? Mama mówiła, iż już ją dzisiaj rano odwiedziłaś, szepnął jej Piotr do ucha.
Odwołałam. Halino Mogę ci dopiero teraz powiedzieć: czy mogłabym mówić do ciebie mamo? Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin głos jej drżał.
A najchętniej to by jeszcze uklękła, jak ten mężczyzna z opowieści Ani przed dobrocią i wyrozumiałością tej kobiety, która tyle dla niej znaczyła, choć Zosia widziała tylko jej milczenie.
Zosieńka! Przyszłaś jeszcze, znalazłaś chwilę dla starej matki. Moja Zosieńka! powiedziała z euforią Halina, patrząc na nią z dumą.
Wszyscy zaczęli się śmiać, robiło się coraz weselej.
Zosia cieszyła się, iż jeszcze żyje, jest zdrowa, ma męża, syna, rodziców (którzy właśnie jechali z życzeniami), pracę i dobrą teściową. Zrozumiała, iż adekwatnie jest szczęściarą!
Siadajcie do stołu! zawołała Halina.
A po kolacji ogłaszam Dzień Piękności! Komu trzeba to zrobię fryzurę, albo ufarbuję, z wielką przyjemnością! uśmiechnęła się Zosia.
I to też był jej prezent szczery i od serca dla wszystkich.
Bo czasem szczęście, dobro i miłość są tuż obok nas ale dostrzegają je tylko ci, którzy potrafią przestać oceniać innych, nauczyć się wdzięczności i dawać coś od siebie. Nie warto marnować życia na żal i złość, kiedy można je zmienić w święto bliskości.






