Teściowej sprezentowałam taki prezent, iż aż jej się słabo zrobi! I zawsze, kiedy na niego spojrzy, będzie drżeć z wewnętrznego niepokoju. Ale nie wyrzuci, nie schowa będzie go trzymać na honorowym miejscu! Tak się właśnie robi. Kotka też kiedyś płakała nad losem myszy! Moja okropna Krystyna Januszowa! Przez całe piętnaście lat małżeństwa z Dawidem nie powiedziała mi ani jednego dobrego słowa. Milczek. Inne teściowe przynajmniej coś powiedzą, choćby przez zęby. A ta nic, tylko patrzy tymi swoimi czarnymi oczami. Staram się do niej nie jeździć, w odwiedziny wpadam na pięć minut raz w roku narzekała Ewelina swojej przyjaciółce Zuzannie.
Ta słuchała i przytakiwała z zapałem. W jej wnętrzu również coś buzowało za swoją teściową Marysią też nie przepadała.
Zorganizowały sobie dzisiaj coś w rodzaju babski wieczór bo taka mają tradycję, iż co dwa tygodnie w sobotę trzy przyjaciółki z dzieciństwa się spotykają.
Ewelina była fryzjerką i sprawnie odświeżała wszystkim fryzury. Dziś wpadła tylko na chwilę, bo czekali na nią klienci. Zuzka kucharka, zawsze przynosiła górę rarytasów, jak to mówił syn Eweliny, Piotrek.
Była też trzecia z nich Aniela. Pracowała jako pielęgniarka, ostatnio zmieniła placówkę. Gdzie to dokładnie, nie mówiła, dopiero chciały ją o to zapytać, ale zeszło na temat teściowych.
Nie mogę jej znieść! Jest mi obca. Gdyby jej nie było znów zaczęła Ewelina.
Wtedy cicho siedząca do tej pory Aniela weszła w rozmowę, przerywając jej.
I co, Ewela? Od razu byłoby ci lżej? zapytała z lekkim uśmiechem.
No pewnie odpowiedziała Ewelina, nagle cicho.
Przypomniała sobie poranek. Jak niosła prezent, zapakowany w ozdobny papier, złośliwie się uśmiechając. Jak wręczała go teściowej Krystynie Januszowej, a ta, jak dziecko, zaraz zaczęła rozpakowywać, nie mogąc się doczekać. Ale Ewelina kazała otworzyć dopiero po jej wyjściu. Tak czy siak, święto zepsute tej wstrętnej babie!
Dziewczyny, pytałyście mnie gdzie pracuję zaczęła Aniela.
Przyjaciółki się ożywiły.
W prywatnej klinice? zgadywała Ewelina.
Teraz pieniądze będziesz widłami zgarniać! zaśmiała się Zuzka.
W hospicjum odpowiedziała po prostu Aniela.
Zapadła cisza.
Ty ale po co? wydusiła z siebie zszokowana Zuzka.
Przecież tam są ciężko nieuleczalnie chorzy. Nie boisz się? A pieniądze? pokręciła głową Ewelina.
Co wy z tymi pieniędzmi? Ewelina, wybacz, ale powiem ci jedno słowo: Głupiaś szepnęła smutno Aniela.
Kto? Moja teściowa? prychnęła tamta.
Ty, Ewela. Bo to, co robisz i mówisz, jest podłe. Nie znam dobrze twojej Krystyny Januszowej. Mówisz, iż nigdy ci dobrego słowa nie powiedziała? A gdy wy z Dawidem potrzebowaliście pieniędzy na większe mieszkanie, to kto sprzedał swoje dwupokojowe w centrum, żebyście nie brali kredytu, i przeprowadził się na obrzeża? Teściowa. Bez wymawiania, bez próśb. Gdy Piotrek ciężko zachorował, kto woził was do najlepszego profesora w Warszawie, który był synem jej przyjaciółki z dawnych lat, i tylko dlatego przyjął go od razu? I uratował chłopaka. Bo innym by się to nie udało. A wtedy, gdy po zjeździe szkolnym tak imprezowałaś, iż następnego dnia obudziłaś się u kolegi? Niby nic się nie stało, ale Dawid nigdy by ci tego nie darował, znając jego wartości. A kto cię wtedy uratował? Krystyna Januszowa powiedziała mu, iż u niej nocowałaś całą tę noc. Ewela, ty kąsasz rękę, która cię karmi, tuli i broni. Ile razy do ciebie przychodziłyśmy, z takim apetytem jadłam zupki, konfitury, kiszonki, kompoty, które tobie teściowa przywoziła. Ty choćby szczypiorku od pomidora nie odróżnisz! Wszystko ona z myślą o was robi! Są ludzie, którzy nie potrafią pięknie mówić. Pokazują wszystko czynami! A są też tacy, co pięknie gadają, a z tego nic nie wynika! wystrzeliła Aniela.
Dzięki, przyjaciółko. Myślałam, iż mnie poprzesz, a tu masz. Jeszcze mnie obraziłaś! poderwała się Ewelina.
W głębi duszy poczuła, jakby w niej coś się ruszyło. Ten dawno pielęgnowany w niej robaczek, który śmiał się z nią, wymyślał i realizował plan zemsty, nagle się zaniepokoił. Chciała mu kazać się przymknąć przecież co jej tam po słowach przyjaciółki? Ale nie mogła. Robaczek wiercił się i przeszkadzał cieszyć się triumfem: cierpieniem teściowej.
Zuzka, obserwując ich sprzeczkę, zjadła pięć kapuścianych pierożków (w stresie zawsze ją nachodził głód) i jakoś dziś nie wsparła Eweliny.
W sumie powinna była się obrazić, trzasnąć drzwiami i wyjść pokłócona z Anielą. Już miała to zrobić.
Ale ten robaczek nie pozwalał. Przytrzymał ją na miejscu.
Pewnie zapomniałyście, iż ja nie mam mamy? I już piętnaście lat żyję z tym bólem. Jak ty, Ewela, z teściową. Tylko ty przez cały czas narzekasz, a ja wciąż umieram z tęsknoty. Zdarza mi się dzwonić na stary numer mamy, który mam zachowany, konto na bieżąco doładowuję. Odchodzę do innego pokoju, dzwonię do siebie i patrzę, jak na ekranie pokazuje się: Mamusia, jej zdjęcie Odbieram i rozmawiam z ciszą. Mówię jej wszystko. Głośno płaczę. Otulam się jej szalem, wmawiając sobie, iż to jej ramiona. Myślę, iż już we mnie wszystko wypalone tym żalem.
Ewela, przepraszam, musiałam to powiedzieć. Ty masz i mamę i teściową. A traktujesz ją tak Starszą osobę, która cię kocha po swojemu, a ty siebie stawiasz ponad nią. Wciąż cię pamiętam, jak kiedyś mówiłaś, iż teściowa taka wiejska. No i jeszcze jedno. Nam zawsze fryzury robisz, dziękujemy ci zdrowia! Ale powiedz kiedy ostatni raz podcięłaś albo pofarbowałaś włosy Krystynie Januszowej? dopytała Aniela.
Robaczek w środku Eweliny scisnął się nagle boleśnie i zamarł. Niespodziewanie sama sobie, cicho odpowiedziała:
Nigdy.
Żartujesz! Ewela, przecież tak się nie robi. To nieludzkie. Jak ja dla swojej Zresztą, całkiem w porządku babka. Zapomnijcie, co mówiłam wcześniej.
Ja swojej teściowej zawsze coś przyniosę, upiekę chleb, placek na imieniny, na Wielkanoc babę. Ona się cieszy jak dziecko, z uśmiechem wyciąga smakołyki z torby, jej rączki jak poduszeczki, takie pulchne, małe aniołek czysty! rozpromieniła się Zuzka.
Robaczek w Ewelinie już się nie ruszał. Wiedziała, iż może wstać i pójść. Już go nie było, nie trzymał jej.
Przed oczami przemknął dzisiejszy ranek. Jak mówiła Zuzka? Pulchne dłonie Jej teściowa miała inne. Ewelina przezywała je kleszcze wielkie, spracowane, z wystającymi żyłami. Brzydkie, jak kiedyś myślała. A twarz zgarbiona, pomarszczona, sama w myślach przezywała ją gnijący ziemniak. Co ona wiedziała o Krystynie Januszowej?
Nic, prawdę mówiąc jej życie było dla niej nieciekawe.
Tymczasem teściowa zawsze była obok, kiedy potrzebna była jej pomoc i wsparcie. Dawid wspominał, iż miał kiedyś dwie siostry, które dawno zmarły po długich chorobach. Krystyna Januszowa najpierw opiekowała się córkami, potem ciężko chorym mężem. Wszyscy już nie żyją. Jej największą dumą i miłością był późny syn Dawid, mąż Eweliny.
A Ewelina przecież kocha swojego męża tak samo, jak piętnaście lat temu. Taki przystojny, mądry, niezawodny, zaradny. Pracowity.
On jest taki, bo matka go wychowała! A mógłby cię bić, głupia! Albo nie przynosić pieniędzy. Albo mieć kochankę! Nie każdy tak szczęście ma. A ty nigdy jej dobrego słowa nie powiedziałaś! Kto ci zabronił? Wszystkich strzyżesz, a ona gorsza? Śmiejesz się z niej, jadem plujesz głupia! zawył wewnątrz niej znowu obudzony robaczek.
Aż podskoczyła.
Ewela? Wszystko dobrze? Aniela pochyliła się zatroskana.
Ewelina pokręciła głową, ledwo powstrzymując łzy. Nagle wszystko spadło na nią naraz. Jakby fontanna długo tłumionej wody zaraz wytrysnęła z pękniętej tamy.
Musiała zmienić temat, wyjść. Przecież miało być wesoło. Pomyliła się.
Żeby całkiem się nie rozkleić, zapytała szeptem:
Jak ci się pracuje, Aniela?
Nigdy nie zapomnę ich oczu, dziewczyny. Widzisz w nich i ból, i pogodzenie, i nadzieję. Słyszę tam dużo słów. O wieczności, o żalach, co nie zostało zrobione. I dużo łez. Jak płaczą ci, co zostają Przyszedł tu młody facet, taki biznesmen, wciąż w biegu. Jego mama leży u nas. Złota na nią wydaje, ale ona chciała tylko pojechać z nim do rodzinnej wsi. On, taki miastowy, nie chciał. A jak matka zmarła, klęczał przy niej i błagał: Mamo, wracaj, pojedziemy gdzie zechcesz, kupię ci tam dom, będziemy razem. Nic mi już nie trzeba oprócz ciebie!.
Albo starszy pan, typowy wojskowy schludny, sztywny, z wąsem. Jego córka bez włosów, pokazywał jej zdjęcia z dzieciństwa długie, złote włosy do pasa. Przywoził jej spinki: z kwiatkami, w kształcie kryształków, perłowe. Nasi pracownicy dziwili się po co jej, skoro nie ma czego upiąć. Ale ona czekała na niego codziennie, cieszyła się z każdej spinki. On śmiał się z nią, przekładał je z rąk do rąk Po śmierci córki wszystkie rozdał innym dziewczynkom. Podchodzę go pocieszyć, a on z pustym, suchym wzrokiem mruczy: Jestem spokojny, bo one moja żona i córka już tam są razem i na mnie czekają. Po co to mówię? Żebyśmy się nauczyły doceniać! Jedni zawodzą przy grobie, drugim ktoś umiera w ramionach, a trzeci całe życie marnuje na obrażanie się, wygłupy, złośliwość. I uprzykrzają życie tym, którzy są najważniejsi. A potem nagle coś ich dopada.
Człowiek myśli, iż wszystko od niego zależy, iż jest panem losu A nie jest, dziewczyny westchnęła Aniela.
Zuzka, wachlując się gazetą, spojrzała na pusty talerz. Pierożków nie zostało. Nic, w domu się zrobi następną porcję. gwałtownie napisała mężowi, żeby dziś była domowa narada oglądają film, a teściowa i teść mają przyjść koniecznie, najlepiej na noc.
Muszę lecieć! Rodzinna narada, poważna sprawa! Do zobaczenia! zmyła się Zuzka.
Ewelina też się zbierała. Trzęsącą się ręką szukała czegoś w torebce. Zrzuciła ją, wszystko się wysypało. Aniela zestawiała drobiazgi w milczeniu.
Tak samo milcząco się pożegnały.
Ewelina miała jeszcze mnóstwo spraw na wieczór.
Tylko gdzieś daleko, na obrzeżach Krakowa, starsza kobieta, którą wydawało się jej, iż jej nie znosi, patrzy właśnie na prezent od niej. Ten, którym chciała zrobić na złość. A gdyby Krystyna jej coś takiego podarowała?
Przecież sama byłaby wściekła, dzień urodzin zepsuty na amen.
Odwołała wszystkie umówione wizyty, zadzwoniła do klientek przepraszała i obiecała rabat na następny raz i pojechała do teściowej.
Telefon męża był wyłączony.
Spociły się jej ręce. Co powie Dawid? Przecież to jego mama
Już wieczór. Światła w małym domku świecą. A firanki w niebieskie stokrotki, pelargonie na parapecie, które zawsze tak ją denerwowały nagle wydają się takie swojskie, ciepłe.
Muszę przeprosić. Co powiedzieć? Może nowy prezent wziąć? Nie ma czasu. Obiecam, iż coś kupię, poprawię się. Ach, co ja najlepszego narobiłam myślała, podchodząc od furtki do drzwi.
Okazało się, iż otwarte. W dużym pokoju stała malowana misa z pierogami ruskimi. Obok chłodnik na kefirze, ukochany przez męża. Naleśniki z mięsem. Ewelina zatrzymała się w progu, wpatrzona w stół. Jej mąż rozmawiał z synem. Ten, uśmiechnięty, pałaszował gołąbki babci. A sama teściowa, w granatowej sukience, ze starannie uczesaną siwą warkoczem, przy ścianie.
Obok dwie starsze sąsiadki i dziadek z wąsem, chyba też gość.
No zobaczcie, jaki piękny prezent zachwycała się teściowa, pokazując prezent Eweliny.
I dodała:
To Ewelinka moja, żona Dawida. Taka nasza królewna! Jasna, delikatna, śliczna. Jak na nią patrzę w sercu radość! Bóg cuda tworzy. Teraz Ewelinka zawsze będzie obok mnie. Artysta ją namalował, kiedy dostałam ten portret do rąk to aż się popłakałam ze szczęścia. Niczego więcej mi nie trzeba!
Ewelina poczuła, jak jej twarz i uszy płoną, jak w dzieciństwie, gdy u babci rozbiła wazon i zwaliła winę na brata.
Bo prezentem dla teściowej na urodziny był portret Eweliny. Jej własny. Uznała, iż skoro teściowa nigdy nie chwali i nie mówi miłych słówek, to choćby jej nie lubi. Ba, nie znosi. Myślała, iż portret nielubianej synowej będzie ją tylko drażnić. A tu wszystko wyszło na odwrót.
Ewelinka taka piękna, aż się wstydzę cokolwiek powiedzieć. Jak porcelanowa, z oczami jak chabry, rysy idealne, jak z obrazka. A ja co, babka stara, niezręczna, choćby mówić nie potrafię ładnie. Boję się. Jak u nas spała, to pogłaskałam ją przez sen, poprawiłam kołderkę Pan Bóg wziął moje dziewczyny wcześnie, ale dał inną, ukochaną Ewunię, żonę Dawida. Zawsze mu powtarzam, iż ma złotą żonę!
No to teraz z tym żyj! odezwał się ostatni raz robaczek w Ewelinie i już zniknął na zawsze.
Nie zdążyła mu choćby obiecać, iż wszystko naprawi. Ale czas jeszcze był. Już ją zobaczyli, Piotruś przybiegł, mąż się uśmiechnął.
Co jest? Mówiłaś, iż masz pracę! Mama mówiła, iż rano już ją odwiedziłaś wyszeptał Dawid do ucha.
Ja odwołałam wszystko. Krystyna Można, będę do pani mówić mama? Jak do mojej własnej. Z wszystkiego najlepszego! z trudem wykrztusiła przez ścisk w gardle.
I miała ochotę paść na kolana. Jak ten mężczyzna z opowieści Anieli. Przed mądrością, wielkim dobrem i wybaczeniem.
Ewuniu, córeczko! Dobrze, iż wpadłaś, dziękuję, iż pamiętałaś o starej babie. Znalazłaś czas O, to jest moja Ewunia! Przyszła! mówiła teściowa z podziwem i miłością.
Dziadek-gość chrząknął z aprobatą, raz spoglądając na Ewelinę, raz na obraz.
Wszyscy się ożywili, zaczęli żartować.
Ewelina cieszyła się, iż dzisiaj jest święto. I iż żyje, jest zdrowa. Ma rodziców, którzy zresztą zaraz mają dotrzeć z kwiatami. Ma cudownego męża i synka. I dobrą teściową. I kochaną pracę. Okazało się, iż jest bogata!
Siadamy do stołu! krzątała się Krystyna Januszowa.
Cudownie! A potem ogłoszę dzień urody! Chcecie, to wszystkim zrobię fryzury! jeżeli trzeba się przefarbować albo obciąć, to mówcie! Z radością! śmiała się Ewelina.
To też był jej prezent. Dla wszystkich.






