Teściowej podarowałam taki prezent, iż aż z wrażenia zaniemówiła! I zawsze będzie ją przechodził dreszcz, gdy tylko na niego spojrzy.

polregion.pl 19 godzin temu

Teściowej dałem taki prezent, iż aż jej się słabo zrobi! I zawsze, gdy na niego spojrzy, serce jej zadrży. Ale przecież nie wyrzuci, nie schowa wręcz przeciwnie, będzie musiała go trzymać na widoku! Taki plan. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie! Okropna ta Halina Marciniak, moja teściowa! Przez piętnaście lat, odkąd jestem z Pawłem, nie usłyszałem od niej ani jednego ciepłego słowa. Zawsze ponura, z nikim nie rozmawia, a na mnie tylko patrzy tymi swoimi ciemnymi, przenikliwymi oczami. Staram się nigdy do niej nie jeździć, w odwiedziny wpadam raz na rok na pięć minut opowiadałem mojej przyjaciółce, Zosi.

Słuchała i przytakiwała z przejęciem, bo jej własna teściowa, Maria, też nie należała do jej ulubionych osób.

Urządziliśmy sobie coś w rodzaju popołudniowego męskiego spotkania tradycja od dzieciństwa: raz na dwa tygodnie spotykaliśmy się we trzech, zawsze w sobotę.

Ja, Janek, jestem fryzjerem i wszystkim regularnie odświeżam fryzury. Dzisiaj jednak wpadłem tylko na chwilę, bo czekali na mnie klienci. Zosia, kucharka z zawodu, przyniosła całą masę smakołyków jak mawia mój syn, Antek.

Jest jeszcze trzecia przyjaciółka Kinga, pielęgniarka, która niedawno zmieniła miejsce pracy. Gdzie? Właśnie chcieliśmy się dowiedzieć, ale rozmowa zeszła na temat teściowych.

Nie mogę jej znieść! Ona dla mnie nikim nie jest. Gdyby jej nie było… zacząłem moja tyradę.

Ale wtedy cicha dotąd Kinga przerwała mi ze smutnym uśmieszkiem:

I co, Janku? Od razu byłoby lżej?

Może… przyznałem i zamilkłem.

Wspomniałem poranek. Jak szedłem z prezentem dla teściowej, zawiniętym w piękny papier, szczerząc się ironicznie. Wręczyłem go Halinie Marciniak, a ona, jak dziecko, od razu zaczęła rozpakowywać, niemal podskakując z ciekawości. Ale uprzedziłem: otworzyć dopiero po moim wyjściu! I już wiedziałem, iż jej tym zepsuję święto.

Pytaliście, gdzie teraz pracuję zagaiła Kinga.

Prywatna klinika? zgadłem.

Teraz to już tylko pieniądze będziesz łopatą zgarniała! roześmiała się Zosia.

Nie, w hospicjum odpowiedziała z prostotą Kinga.

Zapadła cisza.

Naprawdę? Po co? Przecież tam tylko ciężko chorzy wymamrotała Zosia.

I co z pieniędzmi? dopytywałem niepewnie.

A wy z tymi pieniędzmi ciągle. Janku, nie gniewaj się, ale chciałabym ci powiedzieć jedno: jesteś głupi powiedziała gorzko.

Kto? Teściowa? próbowałem obrócić w żart.

Ty, Janku. Bo to, co robisz i mówisz, jest podle. Nie znam dobrze twojej Haliny. Mówisz, iż nigdy nie powiedziała ci miłego słowa? A kto sprzedał mieszkanie w centrum i przeprowadził się na peryferia, żebyście mogli z Pawłem powiększyć własne? Twoja teściowa. Bez szemrania, cicho. A gdy Antek ciężko zachorował, kto jeździł z nim do najlepszych lekarzy? Ten lekarz, który go uratował, to był syn przyjaciółki twojej teściowej z młodości. Inni nie mieli takiego szczęścia. A jak się na spotkaniu klasowym za bardzo zabawiłeś i obudziłeś się u kolegi?

Nie było między wami nic złego, ale Paweł, znając jego zasady, nie puściłby tego płazem. Kto cię wybawił? Teściowa powiedziała Pawłowi, iż nocowałeś u niej. Janku, gryzienie ręki, która ci pomaga, jest haniebne. Myślisz, iż jej ogórki, dżemy, powidła, leczo, które przynosi ci teściowa, biorą się znikąd? Ty byś nie odróżnił pomidora od ogórka! To ona się stara.

Niektórzy są małomówni, nie potrafią prawić komplementów. Ale pokazują miłość czynami. Inni tylko gadają. wybuchła Kinga.

No pięknie. Myślałem, iż mnie wesprzesz, a ty mnie jeszcze obrażasz warknąłem, wstając.

Coś mnie jednak ukłuło gdzieś głęboko w środku. Niedawno to coś cieszyło się razem ze mną, wymyślając plan zemsty. Teraz te słowa przyjaciółki nie dawały mi spokoju nie potrafiłem już cieszyć się triumfem.

Zosia, nerwowo pałaszując piątego już pieroga z kapustą, milczała. Dawniej by mnie poparła. Dziś nie.

W zasadzie powinienem się obrazić, trzasnąć drzwiami i wyjść. Już się do tego szykowałem.

Ale nie potrafiłem. Coś mnie zatrzymało.

Chyba zapomnieliście, iż nie mam matki powiedziała cicho Kinga. Żyję z tym od piętnastu lat, tak jak ty z teściową. Ale ty przez ten czas żalisz się, jaka ona zła. Ja przez te wszystkie lata umieram z tęsknoty i bólu. Zachowałam jej telefon. Regularnie doładowuję konto, czasem zostawiam go w pokoju, wybieram numer. I biegnę do mojego a tam pojawia się Mamusia, jej zdjęcie. Odbieram i mówię do ciszy. Opowiadam wszystko. Krzyczę, jak mi źle bez niej. Tulę się do jej koca, wyobrażając sobie, iż mnie przytula. Wydaje mi się, iż już nic we mnie nie zostało, wszystko wypalone z żalu.

Janku, wybacz, nie mogłam milczeć. Ty masz i mamę, i teściową. Po co ją tak traktujesz, starszą kobietę? Nie uważasz się za lepszego? Sam kiedyś śmiałeś się, iż jest ze wsi. I jeszcze wszystkim robisz fryzury i układasz włosy, czemu Halinie nigdy nie ostrzygłeś ani nie pofarbowałeś?

Poczułem, jakbym dostał w brzuch. Odpowiedziałem sam sobie, ledwie słyszalnie:

Nigdy.

Żartujesz? Janku, przesadzasz! To niemądre. Ja moją no, w sumie jest w porządku, normalna kobieta. Zresztą zapomnijcie, co mówiłam.

Swoją teściową zawsze częstuję! I pierogami, i ciastem, na Wielkanoc specjalnie dla niej piekę mazurki. A ona się cieszy! Dłonie ma okrąglutkie, miękkie, śliczne aniołek! uśmiechnęła się Zosia do wspomnień.

Mnie już to coś w środku przestało gryźć. Wstałem, wiedząc, iż można już wyjść. Już nie trzyma.

Przypomniałem sobie poranek. Te jej dłonie U mojej teściowej inne. Zwykłem je nazywać z pogardą łapskami. Duże, spracowane, z żyłami. Niezbyt ładne, jak mi się wydawało. I ta zmarszczona twarz w duchu mówiłem na nią zgniak. Co ja wiedziałem o niej? Praktycznie nic. Jej życie mnie nie obchodziło.

Tymczasem zawsze była obok, gdy była potrzebna. Paweł mówił, iż miał dwie siostry. Nie lubił wspominać. Obie chorowały długo i zmarły. Halina Marciniak opiekowała się wszystkimi: córkami, potem mężem, a na końcu została sama z synem Pawłem, moim mężem, swoim późnym dzieckiem.

A przecież kocham Pawła tak samo, jak na początku. Taki mądry, solidny, czuły i zaradny.

Taki jest, bo matka go tak wychowała! A mógłby cię bić, leniłby się, albo miałby kochankę. Nie wszyscy mają tyle szczęścia! A ty? Czemu jej nigdy nic miłego nie powiedziałeś? Wszystkich strzyżesz, a ona co, gorsza? Dlaczego zawsze się z niej śmiejesz i nienawidzisz? Głupi jesteś! znowu odezwał się we mnie ten głos.

Aż podskoczyłem.

Janku, coś ci? nachyliła się troskliwie Kinga.

Pokręciłem głową, żeby się nie rozpłakać. Nagle wszystko mnie przytłoczyło. Poczułem, jakbym miał zaraz wybuchnąć.

Musiałem zmienić temat. Albo wyjść. Myślałem, iż będzie śmiesznie. Pomyliłem się.

Jak ci się pracuje w tym hospicjum, Kinga? wyszeptałem żeby się nie rozkleić.

Dziewczyny, ich oczu nigdy nie zapomnę. Często widać w nich ból Ciężko, ale i światło, i nadzieję. Słyszę tyle słów: o wieczności, o rzeczach, których nie zdążyli zrobić przed odejściem. I tyle łez. Czasem przychodzi młody mężczyzna, cały zapracowany, w garniturze, biznesmen. Jego mama leżała u nas. Złota by jej z nieba przyniósł, ale ona jednak prosiła, żeby zawiózł ją jeszcze raz do rodzinnej wioski. Nie chciał, nie miał czasu. Mówiła, iż tam są jej wspomnienia. Gdy zmarła, klękał przy jej łóżku i krzyczał: Mamusiu, wróć! Wszystko naprawię, kupię tam dom, pojedziemy choćby teraz, będziemy zawsze razem! Poza tobą nic nie mam!.

Albo starszy pan do córki przychodził. Oficer, prosty jak struna, siwy. Dziewczyna nie miała już włosów. Pokazywał mi jej dawne zdjęcia: piękne, długie, kasztanowe włosy, do pasa. A teraz przynosił jej spinki, szczotki, gumki. Cała pudełko spinek się nazbierało, piękne, śliczne, kolorowe i z kryształkami. Ktoś w pracy żartował: Po co jej one, jak już włosów nie ma?. Ale ona czekała na niego jak na święto. Rozjaśniała, widząc spinki, uśmiechała się. On obiecywał, iż jeszcze zaplótłby jej warkocz, jak mama kiedyś. Mieli marzenie razem pojadą nad morze. On mówił, ja wiedział, iż to nierealne. Ale się śmiał, przebierał jej spinki w dłoniach.

Kiedy umarła, oddał wszystkie dzieciom z oddziału. Podszedłem, chce go pocieszyć, a on mówi: Moja piękna Janka jest już z mamą to ona teraz zaplecie jej włosy. I na mnie zaczekają. Po co to wszystko mówię? Doceniajmy to, co mamy. Jedni płaczą nad grobem, bo żałują, iż nie zdążyli. Inni walczą z chorobą. Trzeci marnują życie, sprzedając jadowite uwagi, zło, intrygę. A potem życie ich dopadnie, gdy najmniej się tego spodziewają.

Człowiek myśli, iż jest panem swojego losu ale nie jest westchnęła Kinga.

Zosia, wachlując się gazetą, zerknęła na talerz. Pierogów już nie było. Nic, zrobi jeszcze w domu nową porcję. Wzięła telefon i napisała do męża: Jutro rodzinna kolacja, koniecznie z rodzicami!.

Lecę, domowa narada! Trzymajcie się! wymknęła się ze spotkania.

Ja też wstałem. Trzęsącą się ręką szukałem czegoś w torbie, wszystko wypadło na podłogę. Kinga pomagała mi zbierać, w milczeniu.

Tak samo milcząc się rozeszliśmy.

Czekały mnie spotkania i obowiązki. Wieczór cały zajęty.

Ale gdzieś tam, na obrzeżach Poznania, w tej chwili starsza kobieta, o której myślałem, iż mnie nie znosi, ogląda mój prezent. Ten, którym chciałem jej dołożyć. A gdyby mi ktoś tak coś podarował?

Pewnie byłbym smutny, rozczarowany. Święto popsute.

Odwołałem wszystkich klientów, zadzwoniłem do każdego z przeprosinami i obietnicą rabatu na następną wizytę. Pojechałem do teściowej.

Telefon Pawła był wyłączony.

Cały się spociłem. Co powie Paweł? W końcu to jego mama

Był wieczór. W małym domku widać było światło. Nagle kwieciste zasłonki w stokrotki i pelargonie na oknie, które zawsze mnie drażniły, wydały się takie domowe, swojskie.

Muszę przeprosić, tylko co powiedzieć? Może coś jeszcze kupię Ale nie zdążę. Łatwiej będzie obiecać prezent. Co ja narobiłem pomyślałem, idąc do drzwi.

Nie były zamknięte. W dużym pokoju na stole stała wielka, manualnie malowana misa z pierogami. Obok chłodnik na maślance ulubione danie Pawła, naleśniki z serem. Zastygłem w progu, patrząc na stół. Mój mąż rozmawiał z synem, ten pałaszował gołąbki babci. Teściowa, w niebieskiej sukni z koronkowym kołnierzykiem i warkoczem, stała pod ścianą.

Obok niej dwie starsze sąsiadki i wesoły staruszek, chyba gość.

Zobaczcie, jakie to piękne! zachwycała się teściowa, pokazując mój prezent.

I mówi dalej:

To moja Kasia, żona Pawła. Taka księżniczka z niej, delikatna, śliczna, wnosi piękno do naszego domu. Gdy na nią patrzę, serce mi rośnie. Bóg potrafi stworzyć cud! Teraz zawsze będzie ze mną. Malarz ją namalował. Rozpłakałam się ze szczęścia, gdy zobaczyłam prezent. Niczego innego nie pragnęłam!

Poczułem, jak się czerwienię aż po uszy. Ze wstydu, jak w dzieciństwie, gdy u babci stłukłem wazę, a winę zgoniłem na młodszego brata.

Prezentem z okazji urodzin był portret. Mój własny. Wydawało mi się, iż jeżeli teściowa nic mi nie mówi, nie chwali mnie, to mnie nie lubi, wręcz nie cierpi. Myślałem, iż portret znienawidzonego zięcia będzie ją irytował. Nie wyrzuci, a będzie się męczyć, patrząc. Stało się zupełnie inaczej

Kasia jest tak piękna, iż czasem aż boję się odezwać. Jak laleczka! W oczach jak chabry, rysy jak z malowidła. Nie tak jak ja brzydka, niezdarna, dwóch słów nie skleję. Nie potrafię pięknie mówić, wstydzę się. Gdy śpi u nas, czasem idę poprawić kołdrę, dotknąć jej włosów. Bóg zabrał już moje dziewczynki, a dał mi drugą córkę Kasię, żonę Pawła, moją własną. Pawłowi zawsze powtarzam, iż ma złotą żonę!

Żyj z tym teraz odezwał się cichy głos w mojej głowie, a potem zniknął na dobre.

Nie zdążyłem mu obiecać poprawy. Ale miałem jeszcze czas już mnie zauważyli. Syn wbiegł, mąż podszedł.

Co ty tutaj? Przecież praca! Mama mówiła, iż już rano jej życzenia złożyłaś szepnął mi na ucho Paweł.

Odwołałem wszystko. Halina mogę mówić do pani mamo? Jak do własnej mamy. Wszystkiego najlepszego! ledwie udało mi się wykrztusić.

Czułem, iż powinienem uklęknąć, jak ten mężczyzna z opowieści Kingi. Przed mądrością, dobrocią i przebaczeniem.

Kasiu! Znalazłaś chwilę, żeby wpaść jeszcze, dziękuję, córciu! Dla mnie, starej, znalazłaś. O, ona moja! z dumą mówiła teściowa.

Gość-dziadek pokiwał głową z uznaniem, patrząc na mnie i na portret.

Wszyscy się rozchmurzyli, śmiali, żartowali.

Cieszyłem się, iż dzisiaj jest święto. Że żyję i jestem zdrowy. Rodzice już jadą z życzeniami. Mam wspaniałego męża i syna. I dobrą teściową. Kochaną pracę. Wyszło, iż jestem prawdziwym bogaczem!

Siadajcie do stołu! krzątała się Halina Marciniak.

A potem będzie Dzień Urody! Chcecie, zrobimy wszystkim fryzury? Jak ktoś chce, śmiało podstrzygę, pofarbuję, z przyjemnością! uśmiechnąłem się.

To też mój prezent. Dla wszystkich.

Idź do oryginalnego materiału