Dziennik, 2 czerwca
Dziś zrobiłam teściowej taki prezent, iż aż zaniemówi i zawsze, ilekroć na niego spojrzy, odezwą się w niej wszystkie złe wspomnienia. Ale przecież nie wyrzuci będzie musiała trzymać w widocznym miejscu. Tak sobie to wszystko uknułam, aż mi się na duszy lekko zrobiło! Karma wraca, Halina Kwiatkowska! Przez piętnaście lat mojego małżeństwa z Maćkiem nie powiedziała mi ani jednego miłego słowa. Oziębła. Inne kobiety, choćby przez zęby, a ta cisza. Wielkie, czarne oczy przewiercające mnie na wylot. Staram się jej unikać i wpadać raz w roku, na pięć minut wtedy przynajmniej mogę udawać, iż ją lubię. Tak rozżalona, wylewałam dziś swoje żale Monice, mojej przyjaciółce.
Monika z zapałem przytakiwała, bo i jej nie było lekko z własną teściową, panią Marianną.
Tradycja jest taka, iż spotykamy się co dwie soboty trzy przyjaciółki z czasów podstawówki na babski klub. Ja jestem fryzjerką, wpadłam dziś tylko na moment, bo klientki już czekały. Monika, kucharka w barze mlecznym, zawsze przynosi góry pyszności mój Kuba uwielbia jej pierogi. pozostało trzecia przyjaciółka, Ilona pielęgniarka. Ostatnio przeniosła się do innej pracy, jeszcze nie zdążyłyśmy jej o tym wypytać. Rozmowa zeszła jednak na trudne relacje ze starszymi paniami.
Nie znoszę jej! Kim ona dla mnie w ogóle jest? Gdyby jej nie było od nowa zaczęłam swoje żale. Wtedy, po cichutku dotąd siedząca Ilona przerwała mi nieoczekiwanie:
I co, Ewa? Lepiej by ci było? obróciła wszystko w żart, choć w oczach miała coś bolesnego.
Chyba wydukałam, nagle nie wiedząc, co powiedzieć. Przypomniał mi się poranek, kiedy to złośliwie wręczałam Halinie prezent zapakowany w elegancki papier, czując złośliwą satysfakcję. Kazałam jej rozpakować dopiero po moim wyjściu. Zrobiłam to celowo, żeby popsuć jej dzień.
Dziewczyny, pytałyście gdzie się teraz zatrudniłam odezwała się Ilona.
Zamarliśmy z Moniką.
W prywatnej klinice? zgadywałam.
Zarobisz teraz tyle, iż szok! chichotała Monika.
W hospicjum odpowiedziała zwyczajnie Ilona.
Zapadła cisza.
Ale po co? To przecież miejsce, gdzie no, ludzie umierają. Jak to, Ilona, nie boisz się? A pieniądze? kręciłam głową.
Wiecznie tylko o te pieniądze. Ewa, wybacz, ale muszę ci coś w końcu powiedzieć. Jesteś głupia wyszeptała Ilona.
Kto? Moja teściowa? parsknęłam.
Ty, Ewka. To, co robisz, to podłość. Nie znam dobrze twojej Haliny Kwiatkowskiej. Opowiadasz, iż nigdy nie powiedziała ci dobrego słowa? A kto sprzedał duże mieszkanie w centrum i przeniósł się na obrzeża Krakowa, kiedy wy z Maćkiem potrzebowaliście większego lokum? Kto bez skargi to zrobił? Twoja teściowa. A jak ciężko zachorował Kuba, kto jeździł z nim do profesora w Katowicach? Syn starej przyjaciółki Haliny okazał się lekarzem i uratował twojego syna. Inne dzieci nie miałyby tyle szczęścia. Jak po zjeździe klasowym nie pamiętałaś co się działo? Kto uratował ci skórę i powiedział Maćkowi, iż spałaś u niej? Halina. Niezależnie od twojej złośliwości ona zawsze ciągnęła cię za uszy ku dobremu. To, iż nie prawi ci pięknych słówek, to jeszcze nie powód do takiej zimnej zemsty i pogardy wystrzeliła Ilona, a ja poczułam, jak coś w środku mnie się rusza, żal zżera mnie od środka. Ale chciałam się tłumaczyć przecież nic mnie nie obchodzi to, co mówi!
Monika, zajadając się kapuścianymi pierogami, nie odezwała się ani słowem.
Powinnam się obrazić, trzepnąć drzwiami, pokłócić z Iloną i wyjść. Ale nie mogłam czułam, jak przygniata mnie ciężar jej słów.
Wy chyba zapomniałyście, iż ja mamy nie mam? Żyję z tym już piętnaście lat, jak i ty, Ewa. Tylko iż ja tęsknię i boli mnie to codziennie. Mam jeszcze telefon mamy, doładowuję go i dzwonię Czasem po prostu rozmawiam ze zdjęciem i tą pustką w słuchawce. Przytulam się do jej starego szala i udaję, iż wszystko jest w porządku. A ty masz i mamę, i teściową. Po co wykluczasz starszą osobę? Po co czujesz się od niej lepsza?
A pamiętasz, jak w kółko wiochą ją przezywałaś? Ile razy przychodzimy do ciebie ogórki, dżemy, leczo, przetwory to wszystko Halina znosi, a ty choćby nie rozpoznasz kwiatka od sadzonki! Są ludzie, którzy nie potrafią wiele mówić, ale kochają czynami. Inni za to puste pochwały prawią, a stoi za tym tylko obłuda ciągnęła Ilona.
Mogłam tylko wybuchnąć: Dzięki, przyjaciółko. Myślałam, iż mnie wesprzesz, a ty jeszcze mi ubliżasz!
Nagle jednak poczułam, jak ten mój żołądek dosłownie skręca się w sobie i już nie pozwala cieszyć się zemstą na Halinie. Co więcej, Monika nie wsparła mnie tym razem. Powinnam afera robić, choćby to planowałam. Ale nie potrafiłam coś mnie powstrzymało.
Wy chyba nie pamiętacie, iż ja nie mam mamy szepnęła Ilona. Od lat pustka w sercu. I tak sobie radzę. Ty masz dwie mamy i nie umiesz docenić. A, jeszcze jedno kiedy ostatni raz podcięłaś Halinie włosy albo zrobiłaś jej farbę? Przecież wszystkim fryzury ustawiasz!
Nagle poczułam, jakby ktoś mnie uderzył. Odpowiedziałam cicho, sama nie wierząc:
Nigdy.
Chyba żartujesz, Ewka! Tak nie można! Każda teściowa cieszy się, kiedy się o nią zadba, przyniesie słodkości, złoży się życzenia. Ja swoją rozpieszczam piernikami i rogalikami. A ona się cieszy jak dziecko rozmarzyła się Monika.
We mnie już nic się więcej nie odzywało. Wstałam i czułam, iż już nie muszę się złościć.
Przypomniał mi się poranek: kiedy ostatni raz spojrzałam na Halinę? Jej dłonie zawsze uznawałam za brzydkie, zniszczone, żylaste. Twarz żartowałam w duchu, iż wygląda jak stara pietruszka. Co wiedziałam o tej kobiecie? Nic.
A przecież w trudnych chwilach zawsze była przy nas. Maciek wspominał, iż kiedyś miał dwie siostry obie zmarły po długiej chorobie, potem ojciec. Halina wszystko przetrwała. Jej ukochanym skarbem został tylko syn Maciek mój mąż, którego i ja po dziś dzień tak bardzo kocham.
On taki, bo matka go tak wychowała. A mógłby mnie bić, zostawić bez grosza, zdradzać! Nie każdemu tyle się trafia! Dlaczego jej nic miłego nigdy nie powiedziałaś? Kto ci bronił? Bez serca jesteś! grzmiał we mnie głos sumienia.
Aż podskoczyłam.
Ewuniu, dobrze się czujesz? Ilona pochyliła się troskliwie. Potrząsnęłam głową, walcząc ze łzami. Wszystko nagle do mnie dotarło ile dobra dostałam i jak mało odwzajemniłam.
Próbowałam zmienić temat.
Jak twój nowy etat w hospicjum, Ilona?
Najtrudniej zapomnieć ich oczy, dziewczyny. Nieraz w nich tyle światła, dobroci i pogody ducha Słyszę rozmowy o wieczności, o niedokończonych sprawach, widzę morze łez rodzin Niedawno był młody facet, bogaty i wiecznie zajęty, a mama leżała u nas. Wszystko by dla niej zrobił, ale ona chciała tylko pojechać do rodzinnej wioski. On zawsze miał ważniejsze rzeczy. Kiedy umarła, płakał i prosił: Wracaj, mamusiu! Pojedziemy wszędzie, gdzie chcesz! Ale już za późno
Albo ten sędziwy mąż, który codziennie przynosił córce spinki do włosów, choć włosów już nie miała. One lśniły kolorami truskawki, perełki, bursztyny. Wierzył, iż włosy odrosną, pojadą razem nad Bałtyk. Po śmierci córki rozdał wszystkie spinki dzieciom. Staram się ludzi uczyć doceniać, co się ma. Część ludzi tylko się na świecie spieszy, intryguje, obraża na wszystkich dla nich zawsze wszystko źle.
A prawda jest taka, iż nie jesteśmy panami świata. Los bywa przewrotny westchnęła Ilona.
Monika sprzątnęła resztki pierogów i napisała SMS-a do męża, iż dziś zaprasza całą rodzinę, także teściową i teścia, na domowe świętowanie, iż nocują u niej.
Dobra, uciekam! Rodzinne zebranie, nie ma zmiłuj! i już jej nie było.
Wstałam drżącymi dłońmi, grzebałam w torebce, aż wszystko wypadło. Ilona pomogła mi podnieść rzeczy obie w milczeniu.
Cały wieczór miałam inne plany, ale coś mnie tknęło Tam, na obrzeżach Krakowa, starsza kobieta, którą uznawałam wręcz za wroga, ogląda teraz mój prezent. Hardo upierałam się, iż zepchnę ją nim w smutek. A gdyby ona mi coś takiego zrobiła? Zabolałoby. Zrozumiałam, jak bardzo.
Zadzwoniłam do wszystkich klientek, przeprosiłam, obiecałam rabat i zamiast ulubionej pracy pojechałam do Haliny.
Telefon Maćka nie odpowiadał. Dłonie miałam wilgotne od nerwów. Co pomyśli? To przecież jego matka
Zapadał wieczór, w małym domku zapaliły się światła. Kwiatki na parapecie, kolorowe zasłonki z polnymi kwiatami zawsze wydawały mi się takie kiczowate, a teraz nagle pomyślałam, iż są piękne.
Nawet nie zamknęła furtki. W salonie na stole stała wielka, ludowa misa z pierogami. Obok miska chłodnika, ukochanego przez Maćka, naleśniki z mięsem. Stałam w progu i patrzyłam najpierw na stół. Mąż rozmawiał z Kubą, obu dopisywał humor. Halina, ubrana w niebieską sukienkę z koronkowym kołnierzykiem, trwała przy ścianie. Obok jakieś starsze sąsiadki i dziadek pewnie też gość.
Popatrzcie, jaka piękność! cieszyła się Halina, pokazując mój prezent.
I dalej:
To moja Ewa, żona Maćka. Jak księżniczka biała, delikatna, taka śliczna! A teraz zawsze będzie przy mnie, bo artysta namalował jej portret. Płakałam ze szczęścia, kiedy go zobaczyłam. Niczego lepszego nie mogłam sobie wymarzyć!
Zarumieniłam się jak burak, poczułam się jak mała dziewczynka nakryta przez babcię na psotach.
Prezentem był mój własny portret Byłam pewna, iż sprawi jej przykrość, wytrąci z równowagi. Tymczasem
Ewa taka piękna, iż wstyd mi czasem zagadać. Jak lalka! Te niebieskie oczy, delikatne rysy, na obrazku wygląda jak z żurnala. A ja przy niej tylko się plączę, sama słów nie umiem składać, nie uczono mnie pięknie mówić. Parę razy, jak u nas spała, przykrywałam ją kocykiem i szeptałam pod nosem dziękuję Ci, Boże, za moją córkę. Synowe kocham jak córki bo córeczki mi zabrał los, ale dał mi Ewkę żonę Maćka, moją ukochaną Ewuśkę. Wszystkim mówię, iż złota z niej dziewczyna!
No i masz, żyj sobie teraz z tym gdzieś w środku odezwał się głosik sumienia i gwałtownie ucichł.
Zanim jeszcze dobrze to do mnie dotarło, już wszyscy spojrzeli w moją stronę.
Kuba podbiegł, mąż podszedł bliżej.
Co się stało? Przecież miałaś pracę? Mama mówiła, iż zostawiłaś prezent rano szepnął Maciek.
Odwołałam wszystko, chciałam Halino możemy mówić do siebie mamo? Z okazji urodzin głos ugrzązł mi w gardle, ze wzruszenia trudno było już mówić.
Chciało mi się uklęknąć jak tamten syn z opowieści Ilony. Przed tą mądrością, dobrocią i przebaczeniem, które znalazłam tu, w tej kuchni.
Ewunia! Znalazłaś czas, żeby jeszcze przyjechać, dziękuję ci, córeczko! Patrzcie ją, Ewunię moją! Przyjechała! mówiła Halina z podziwem i tkliwością.
Dziadek-gość spojrzał kolejno na mnie i na mój portret i pokiwał głową z uznaniem.
Nagle zrobiło się gwarno, wszyscy zaczęli się śmiać.
Poczułam niesamowitą wdzięczność przecież jestem bogata! Mam rodziców, którzy zaraz przyjdą z życzeniami, mam cudownego męża i syna, dobrą teściową, pracę, którą lubię. Czego chcieć więcej?
Chodźmy do stołu! krzątała się Halina.
Przyszykowałam dziś coś specjalnego. A po kolacji urządzamy Dzień Urody! Chcecie fryzury, farbowania, modelowanie? Robię wszystko z radością! zaproponowałam.
To był mój prawdziwy prezent. Dla nich. I dla siebie.






