Teściowa wyniosła delikatesy z mojego lodówki do swojej torby tuż przed wyjściem z naszej uroczystości – czy mąż dobrze zrobił, iż w końcu postawił granicę mamie?

newskey24.com 14 godzin temu

Teściowa przełożyła delikatesy z mojej lodówki do swojej torby przed wyjściem

A jesteś pewna, iż potrzebujemy tyle wędliny? To przecież polędwica, Dorota, kosztuje jak miesięczny czynsz w Warszawie Adam obracał w dłoniach pakowaną próżniowo porcję mięsa, patrząc na cenę z takim szokiem, jakby tam była wypisana data jego pogrzebu.

Dorota, nie zwalniając tempa, wykładała zakupy na kuchenny blat. Połyskujące czerwone papryki, słoik kawioru z metalową, błyszczącą pokrywką, ciężki kawałek serka radamer, butelki z winem. Po kuchni rozchodził się zapach świeżego chleba i wędzonego mięsa.

Adam, masz jubileusz spokojnie odpowiedziała, wkładając mleko do lodówki. Trzydzieści pięć lat. Przyjdą twoi koledzy, przyjedzie mama. Chcesz, żebyśmy podali tylko ziemniaki i śledzia w śmietanie? Dostałam dobrą premię, chociaż raz w roku mogę zrobić normalną kolację, żebym się nie musiała wstydzić?

Mnie tam wstyd nie będzie choćby przy ziemniakach mruknął mąż, ale odłożył polędwicę na półkę lodówki, jakby z troską o jej bezpieczeństwo. Tylko mama znowu będzie narzekać, iż wydajemy na głupoty. Przecież znasz ją: Lepiej byście odłożyli to na kredyt, zamiast marnować na zachcianki.

Twoja mama zawsze będzie narzekać westchnęła Dorota, wyjmując salaterkę. Jak kupimy drogo rozrzutność. Jak tanio bieda, karmimy syna byle czym. Przestałam już przejmować się opinią pani Jadwigi. Najważniejsze, żebyś ty i goście byli zadowoleni. Zresztą tego łososia szukałam w całej Warszawie, taki jak jadłeś w Gdańsku na urlopie. Pamiętasz?

Adam uśmiechnął się, przypominając sobie tamte wakacje. Jego twarz się rozjaśniła.

Pamiętam. To był smak. Dobrze, masz rację. Jak się bawić, to na całego. Tylko pozdejmujmy ceny, żeby mama nie dostała zawału.

Przygotowania do imprezy szły pełną parą. Dorota lubiła gotować, ale pod warunkiem, iż nikt nie patrzył jej na ręce. Dziś, jak na złość, Jadwiga zapowiedziała, iż przyjdzie wcześniej pomóc dziewczynie. Ta deklaracja zawsze powodowała u Doroty skurcz w żołądku. Pomoc teściowej polegała głównie na zajęciu najlepszego krzesełka na środku kuchni, blokowaniu przejścia i rozdawaniu cennych rad oraz krytykowaniu wszystkiego od krojenia cebuli po kolor zasłon.

Dzwonek do drzwi rozległ się równo o czternastej. Adam pobiegł otworzyć, a Dorota na sekundę zamknęła oczy, wzięła głęboki oddech i nałożyła sobie uprzejmy uśmiech.

O, jubilat! rozległ się w przedpokoju donośny głos Jadwigi. Daj się uściskać, synku! Chudy jak szczapa. Na mrożonych pierogach to się człowiek nie utuczy.

Mamo, jakie pierogi, Dorota świetnie gotuje próbował tłumaczyć Adam, pomagając matce zdjąć masywne wełniane palto.

Nie sprzeczaj się z matką. Ja widzę, oczy masz podkrążone. Witam cię, Doroto.

Teściowa wmaszerowała do kuchni jak lodołamacz na Wiśle. W rękach trzymała nieodłączną torbę na zakupy.

Dzień dobry, pani Jadwigo. Miło panią widzieć. Proszę, właśnie zagotowałam wodę na herbatę.

Herbata później machnęła ręką teściowa, stawiając torbę na taborecie. Przywiozłam wam trochę przysmaków. Bo u was w lodówce zawsze wiatr hula.

Wyłożyła na stół swoje podarunki: słoik kiszonych ogórków z mętnej zalewy, worek pogniecionych jabłek z działki oraz torebkę cukierków Kukułki, które musiały jeszcze pamiętać czasy komunizmu.

O, ogórki ekologiczne oznajmiła z dumą. Jabłka? Witamina! Odkroicie zgniłe będzie na kompot. Szkoda wyrzucać.

Dziękujemy Dorota uprzejmie skinęła głową, starając się nie patrzeć na ogórkowy płyn. Skosztujemy.

Jadwiga już przy lodówce to był jej rytuał. Nazywała to sprawdzaniem miejsca, ale Dorota wiedziała: inspekcja.

O rany mruknęła teściowa, widząc szereg delikatesów. Kawior? Dwa słoiki? Adam, czy wy wygraliście w totka? Dorota, bank złupiłaś?

Premię dostała, mamo burknął Adam, biorąc kostkę serka z deski.

Premia… Jadwiga ścisnęła usta. No tak. Zamiast pomóc matce, która płot na działce musi wymienić, to kawior łyżkami pochłaniacie. Ale róbcie, co chcecie. Mi kilka trzeba.

Zatrzasnęła lodówkę i usiadła na swoim ulubionym krześle, przyblokowała zlew.

No, pokaż Dorota, co tam ugotowałaś. Ja sobie odpocznę, nogi bolą. Ciśnienie wariuje, ale przyjechać musiałam. Jak tu syna nie świętować? Bohaterstwo, można rzec.

Kolejne trzy godziny minęły za jej komentowaniem.

Za dużo majonezu, niezdrowo.

Po co taki chleb drogi? W Biedronce za dwa złote sprzedają, też dobry.

Mięso trzeba było rozbić wyjdzie twarde.

Dorota milczała. Nauczyła się już włączać w głowie biały szum, przefiltrowując potok rad. Ważne, żeby dotrwać do wieczora.

O osiemnastej zaczęli się schodzić goście. Przyjaciele Adama, rozgadani i uśmiechnięci, wypełnili mieszkanie śmiechem i nutą perfum. Stół uginał się: pieczony schab, roladki z bakłażana, tartinki z kawiorem, deska wędlin z tej polędwicy i trzy rodzaje sera, sałatki, dania na gorąco.

Gdy padł pierwszy toast, Jadwiga natychmiast przejęła dowodzenie.

Adasiu, synku zaczęła, ocierając łzę. Pamiętam, jak się rodziłeś. Oj, ciężkie były czasy

Goście grzecznie wysłuchiwali porodowej historii po raz kolejny. Dorota wykorzystała chwilę, żeby sięgnąć po sałatkę.

A potem dorosłeś, ożeniłeś się. No, wyszło jak wyszło spojrzała na Dorotę. Najważniejsze, żebyś był szczęśliwy. Jedzenie, to nie wszystko. Dorota się starała, nakupiła drogich rzeczy. Ja bym skromniej, bardziej po domowemu. Ale takie czasy, każdy się popisuje.

Chwyciła widelcem kawałek wędzonego węgorza Dorota kupiła go za sporą sumę i wsadziła do ust.

Ehh przeżuwała głośno. Ryba jak ryba. Za słona. Tłusta. Za moich czasów to śledź smakował lepiej.

Mimo narzekań Jadwiga jadła z apetytem, na jej talerzu lądowały najlepsze kąski. Polędwica znikała błyskawicznie. Tartinki z kawiorem jadła jak chipsy, marudząc:

A ten kawior jakiś drobny. Chyba sztuczny? Teraz prawdziwego nie uświadczysz. Dorota, pokaż mi słoik, sprawdzę skład, bo jeszcze zatrujemy się.

Dorota tylko się uśmiechała i nalewała wino. Widziała, jak Adam się rumieni, ale milczy. Publicznie nigdy matce nie zaprzeczał.

Impreza toczyła się dalej. Goście chwalili jedzenie, szczególnie rybę i mięso, wspominali studia. Jadwiga co kilka minut opowiadała o trudach życia emeryta i niewdzięcznych dzieciach, ale hałas tłumił jej skargi.

Około dziesiątej zaczęli się rozchodzić.

Dorota, jesteś mistrzynią! powiedział Kuba, najlepszy kumpel Adama. Węgorz petarda! Dzięki!

Miło mi szczerze się uśmiechnęła.

Gdy zamknęły się drzwi za ostatnim gościem, w mieszkaniu zapadła cisza, zakłócona tylko stukiem talerzy, które Jadwiga zaczęła zbierać ze stołu.

Pomogę posprzątać, bo wy się tu do rana zasiedzicie orzekła. Adam, wynieś śmieci, a ty, Dorota, przekładaj ciepłe do pojemników.

Dorota poczuła, jak siada jej energia. Głowa bolała.

Pani Jadwigo, zostawcie, sama wszystko zrobię. Odpocznijcie, może zamówić taksówkę?

Jaką taksówkę? obruszyła się teściowa. Zbytek pieniędzy! Autobus jeszcze jeździ. Przestań się kłócić, pomogę. Ledwo stoisz, biała jak ściana. Idź do łazienki, umyj twarz, weź tabletkę. Ja gwałtownie tu zerknę.

Dorota naprawdę czuła się kiepsko. Mdliło ją, w uszach pulsowało.

Dobrze skapitulowała. Wracam za pięć minut. Adam odprowadzi panią do przystanku.

Poszła do sypialni, odnalazła lek przeciwbólowy. Potem spryskała twarz zimną wodą. Usłyszała szum w uszach. Trzeba wrócić pomyślała. Nie można jej zostawiać samej Przez przypadek umyje mi naczynia płynem do twarzy albo poprzestawia garnki.

Płynąc w kapciach, podeszła cicho do drzwi kuchennych i stanęła nieruchomo.

Jadwiga stała tyłem, przy otwartej lodówce, obok na taborecie torba. Działała szybko, zręcznym ruchem chirurga.

Wyjęła ze stołu talerz z resztą wędliny. Było tam jeszcze dużo: polędwica, pieczeń, kiełbasa podsuszana. Wszystko sprawnie wrzuciła do przygotowanej reklamówki, związała i do torby.

Dorota zamrugała. To nie mogło być prawda.

Teściowa sięgnęła do lodówki. Wyjęła pojemnik, gdzie przed przyjściem gości Dorota odłożyła kawałek łososia na śniadanie. Solidny kawałek, ponad trzysta gramów. Torebka torba.

Potem poszedł pół tortu Napoleon, który Dorota piekła do drugiej w nocy. Pudełko za duże więc owinęła kawałki w folię, zgniotła delikatne ciasto.

Co tu jeszcze mruknęła pod nosem. Serek radamer. Przecież i tak zeschnięty wyrzucą.

Serek kosztujący jak porządny rower też do torby. Do tego bankę oliwek, a co Dorotę dobiło prawie pełną butelkę drogiego koniaku, którą Adam dostał od kolegów.

Dorota stanęła przy futrynie, nie wiedząc, co zrobić. Krzyczeć? Awantura? Nazwać teściową złodziejką? Nie pozwalały jej na to lata wychowania.

Wtedy trzasnęły drzwi wejściowe. Adam wrócił.

Ale ziąb rozległ się jego głos. Mamo, gotowa?

Jadwiga podskoczyła, gwałtownie zamknęła torbę i obróciła się. Zobaczyła Dorotę w progu, na sekundę się zmieszała, oczy uciekły, ale gwałtownie się opanowała.

O, już wróciłaś? Sprzątam tu, pomagam. Adam? Już idę.

Podniosła torbę. Była wyraźnie cięższa, aż jęknęła przy podnoszeniu.

Mamo, pomóc ci? Co tam masz, kamienie? Adam zajrzał.

Nie trzeba! pisnęła teściowa, przyciskając torbę do siebie. Sama dam radę! Tam słoiki puste. Moje. Ogórki przełożyłam wam do garnka. Nie dotykaj!

Dorota spojrzała na męża. Adam patrzył na matkę zdezorientowany.

Mamo, jakie słoiki? Był jeden, stoi na parapecie.

Inne słoiki! Jadwiga czerwieniała. Daj mi spokój. Wracam, zmęczona jestem!

Dorota zrobiła krok. Już nie bolała głowa, tylko lodowaty spokój.

Pani Jadwigo powiedziała cicho, ale stanowczo. Proszę postawić torbę na stole.

Co?! wytrzeszczyła oczy. Co sobie wyobrażasz? Przeszukiwać mnie będziesz? Adam, słyszysz, co ona mówi? Za złodziejkę mnie ma!

Dorota, co robisz? Adam nie rozumiał.

Adam Dorota nie spuszczała wzroku z teściowej. W tej torbie jest nasze śniadanie. I obiad. Na dwa dni. Łosoś za trzysta złotych. Twoja polędwica. Twój koniak. I tort.

Wymyślasz! krzyknęła Jadwiga, cofając się. Ja ja jestem nauczycielką, honorową! Nie tknęłam niczyjego okruszka! Udławcie się tym jedzeniem!

Ruszyła do wyjścia, ale torba zahaczyła o róg stołu, rączki strzeliły, a jej zawartość rozlała się po podłodze.

Wędliny potoczyły się po panelach. Łosoś wylądował na kapciu Adama. Folia z tortem się rozwinęła, ukazując zmiażdżone blaty. Butelka koniaku stuknęła w nóżkę stołu, szczęśliwie cała. Na wierzchu serek i kilka cukierków.

W kuchni zapanowała cisza. Słychać było tylko buczenie lodówki i oddech Jadwigi.

Adam patrzył na rozrzucone jedzenie. Przeniósł wzrok na nogę z łososiem, potem na czerwoną ze wstydu matkę. Jego twarz zmieniała się: niedowierzanie, zrozumienie, potem wstyd. Wstyd gęsty i ciężki.

Mamo? wydusił. O co chodzi?

Jadwiga się wyprostowała, przeszła do ataku.

A co takiego? wypaliła, patrząc synowi w oczy. Tak, wzięłam! I co? Was za dużo! I tak wyrzucicie! Ja na emeryturze żyję za dwa tysiące! Tego łososia tylko w telewizji widziałam! Należy mi się raz w życiu dobrze zjeść! Ja cię wychowałam! Ja nocami czuwałam! A ty żałujesz matce kawałka kiełbasy?

Dorota milczała. Czekała na reakcję męża. Zwykle w takich sytuacjach Adam bąkał: No weź, mamo, przecież nam nie szkoda, bierz, byle nie kłócić się.

Adam powoli podniósł łososia z podłogi, odłożył na stół. Podniósł koniak.

Mamo powiedział bardzo cicho. To nie o kiełbasę chodzi. Zawsze jak chcesz, dostajesz od nas jedzenie. Zawsze.

A co, mam żebrać? Prosić? Jadwiga już wrzeszczała, czuła, iż traci kontrolę. Matka ma się prosić? Sami powinniście dać! Egoiści!

Ale nie prosiłaś pokręcił głową Adam. Ukradłaś. Poczekałaś, aż Dorota wyjdzie, i zabrałaś wszystko. Jak jak szczur.

Co powiedziałeś?! Jadwiga aż zbladła. Serce! Walidol! Zabijecie mnie!

Koniec teatrów, pani Jadwigo chłodno powiedziała Dorota. Walidol ma pani w lewym kieszeniu, widziałam.

Teściowa zesztywniała.

Adam Dorota zwróciła się do męża. Włóż to wszystko do worka.

Po co?

Oddaj mamie. Niech weźmie.

Dorota?

Niech zabiera powtórzyła z siłą. I tak nie będę tego jeść. Łosoś był na podłodze, tort rozwalony. Niech ma. To będzie prezent na twój jubileusz. I zapłata za miesiąc spokoju żeby jej tu nie było.

Jadwiga stała z wytrzeszczonymi oczami.

Adam włożył do worka wszystko z podłogi, łososia, ser, zgnieciony tort. Butelkę koniaku jednak zostawił.

Koniak zostawiam powiedział. Teraz mi się przyda.

Podał matce worek.

Bierz, mamo. I idź. Taksówka już zamówiona, będzie za dwie minuty.

Wyrzucacie mnie?! Za jedzenie?!

Za kłamstwo, mamo. I brak szacunku dla domu i żony.

Jadwiga chwyciła worek, w oczach łzy złości.

Nigdy już tu nie przyjdę! Życzę, żebyście się tym jedzeniem zadławili!

I wybiegła z mieszkania, trzasnęła drzwiami, iż aż tynk opadł.

Dorota usiadła, zakrywając twarz rękami.

Adam podszedł do szafki, wyjął dwa kieliszki. Wlał koniak. Jeden postawił przed żoną, drugi wziął.

Wypij powiedział. Potrzebne ci.

Dorota podniosła głowę. Mąż wydawał się starszy o dekadę. Usiadł naprzeciwko, chwycił ją za rękę.

Wybacz mi, Dorotko.

Za co? Przecież nie wiedziałeś.

Że przez tyle lat pozwalałem jej tak się zachowywać. Myślałem: Mama, dziwna, ale dobra. A teraz Wstyd mi. Jakbym to ja zabierał tę kiełbasę.

Dorota przełknęła koniak. Pieczenie w gardle przyniosło ulgę.

Wiesz gorzko się uśmiechnęła. Kupiłam specjalnie kiełbasę jeszcze jedną, i serek, na wynos. Leżały na dole lodówki. Nie doszła tam.

Adam zaśmiał się nerwowo.

Poważnie?

Tak. Chciałam po ludzku.

Z nią po ludzku się nie da Adam wypił duszkiem. Wiesz co? Jutro wymienię zamki. Klucze wyłudziła, na wypadek. Nie chcę, żeby następnym razem wyniosła telewizor, bo u Krysi z sąsiedztwa większy.

Dorota spojrzała na niego z szacunkiem. Po raz pierwszy w siedem lat Adam mówił o matce bez usprawiedliwień. Afera z wędliną przelała czarę.

Co będziemy jeść jutro? spytała, patrząc na pusty stół. Mam prawie wszystko wywiozła.

Adam podszedł do lodówki.

Został nam jeszcze słoik kawioru. Ten, którego nie zauważyła. Są jajka. Jest mleko. Zrobimy jajecznicę z kawiorem. Po królewsku.

Dorota wybuchnęła śmiechem. Spływało napięcie.

I mamy jabłka od mamy przypomniała. Możemy ugotować kompot.

Wolę wyrzucić razem z ogórkami do śmietnika Adam skrzywił się. Wystarczy mi pomocy.

Długo jeszcze siedzieli, rozmawiając o tym, o czym zawsze milczeli. O granicach. O tym, iż miłość do rodziców nie znaczy tolerowania poniżenia. O tym, iż rodzina to przede wszystkim oni dwoje.

Rano Dorota obudziła się od zapachu kawy. Adam już działał.

Dzień dobry pocałował ją w głowę. Zastanawiałem się, zostało ci coś z premii?

Trochę. A co?

Jedźmy gdzieś na weekend. Dom wypoczynkowy, albo Toruń na dwa dni. Po prostu daleko stąd. Wyłączymy telefony.

A mama? Będzie wydzwaniać i opowiadać wszystkim krewnym, iż ją skrzywdziliśmy.

Nic nie szkodzi. To jej wybór. My mamy swój. Jajecznica z kawiorem gotowa, chodź.

Dorota patrzyła na talerz puszysta jajecznica, udekorowana kawiorem, i myślała: to najsmaczniejsze śniadanie w życiu. Nie przez cenę, ale dlatego, iż nie ma tu ani cienia winy, ani cudzych żądań.

Jadwiga zadzwoniła dwa dni później. Adam spojrzał na wyświetlacz i odwrócił telefon ekranem w dół.

Nie odbierzesz? spytała Dorota.

Nie. Niech najpierw ochłonie. Może za miesiąc pogadamy. Teraz mam poważniejsze plany. Idę z żoną do kina.

Dorota uśmiechnęła się i poszła się szykować. Lodówka była prawie pusta, ale w duszy miała spokój i lekkość. I to uczucie było warte więcej niż wszystkie wykradzione delikatesy świata.

Prawdziwą lekcją z tej historii jest to, iż granice stawiane choćby najbliższym są oznaką szacunku dla siebie i swojego domu. Uczucia nie wolno mylić z pozwoleniem na pomiatanie nami autentyczna rodzina buduje się z wzajemnego szacunku, nie z poczucia winy.

Idź do oryginalnego materiału