Teściowa przed wyjściem przełożyła moje delikatesy z lodówki do swojej torby

twojacena.pl 11 godzin temu

Środa, godzina 23:00

Dzisiaj czuję się rozbita jak nigdy wcześniej, a wszystko przez jeden wieczór, który w mojej głowie już zdążył wyryć się jako graniczny. Usiadłam przed laptopem, żeby zebrać myśli w tym dzienniku może to pomoże mi przetrawić to wszystko.

Poranek był spokojny. Przechadzałam się po sklepach, kompletnie jak turystka w Krakowie, polując na idealne przysmaki na urodziny Tomka. W końcu 35 lat nie byle okazja. Chciałam, by wszystko wyglądało godnie, zwłaszcza iż miała przyjechać jego mama, pani Zofia. Włożyłam do koszyka świeże papryki, puszkę kawioru, kawałek parmezanu, wyborne wędliny typu polędwica sopocka, dwa wina i chrupiący chleb z rzemieślniczej piekarni. Zastanawiałam się tylko, czy codzienny polski stół, ta nasza swojska kuchnia, wystarczy na taki dzień.

Tomek, widząc szczególnie cenę polędwicy, zaczął marudzić klasyka:

Asia, to ile ta polędwica kosztuje?! Chyba tyle co skrzydło od samolotu! kręcił w rękach opakowanie, patrząc na cenę jakby zobaczył na niej własny nekrolog.

Och, jak bardzo rozpoznaję te lęki u mojego męża Spokojnie odstawiłam kolejne zakupy i odpowiedziałam:

Tomku, masz jubileusz. Przyjdą Twoi znajomi, będzie Twoja mama. Chcę, żeby stół wyglądał porządnie. Raz w roku mogę to sobie pozwolić dostałam premię. Wstydzić się nie mam zamiaru.

Tomkowi nie było wstyd za pyry i śledzia pod pierzyną, ale wyjątkowy wieczór, wyjątkowa atmosfera każda Polka to rozumie. Ale wiedziałam, iż i tak mama Tomka zrzędzi, więc po prostu starałam się przygotować wszystko tak, żeby było dla nas, nie pod jej gust.

No właśnie pani Zofia. Jak zwykle zapowiedziała, iż przyjdzie wcześniej pomóc dziewczynce, co w praktyce zawsze oznacza, iż siada na środku kuchni, daje rady, narzeka i blokuje dostęp do zlewu.

Punktualnie o czternastej usłyszałam dzwonek. Tomek pobiegł otworzyć ja głęboko westchnęłam i nałożyłam wymuszony uśmiech.

O, jubilat! zagrzmiał głos Zofii w korytarzu. No, podejdź do mamusi, wycałuję cię! Wychudzonyś, jak zawsze na pierogach z supermarketu się nie rozrośniesz.

Tomkowi się głos łamał:

Mamo, Asia świetnie gotuje

Nie dyskutuj z matką, przecież widzę! rzuciła na odchodne i już sunęła do kuchni, targała za sobą wielką torbę na zakupy.

Dzień dobry, pani Zofio, miło panią widzieć. Zapraszam, woda już się gotuje na herbatę

Herbata później, ja tu przywiozłam swoje smakołyki. Bo wiem, u Was w lodówce wiatr hula.

Na stoliku zaczęły pojawiać się pyszności rodem z polskiej wsi słoik korniszonów, zwiędłe jabłka z działki, reklamówka cukierków Michałki, wyglądających jak relikty komunizmu.

Korniszony własnej roboty! Jabłka tylko na kompot, nie wyrzucać!

Zatrzymałam się, patrząc na zamętniony sok w słoiku. Podziękowałam grzecznie.

Zofia już plądrowała lodówkę jej rytuał, nazywany przez nią szukaniem wolnego miejsca, a dla mnie to była inspekcja.

No ładnie się u was rozpanoszyło! Dwa słoiki kawioru!? Tomek, wyście wygrali w totka, czy Asia napadła na bank?

Dostała premię, mamo burknął Tomek, podkradając pajdę sera.

Premia zamiast matce pomóc, to kawior! Ale co tam, ja człowiek skromny już zamykała lodówkę.

Usiadła na swoim ulubionym miejscu, paraliżując pół kuchni. No i zaczęła się jej seria rad i krytyk:

Za dużo majonezu, niezdrowo.
Za drogi chleb, w Biedronce jest zwykły za złotówkę.
Mięso trzeba by mocniej rozbić

Tłumiłam grymas. Przełączałam się w mentalny biały szum, jakbym była w warszawskim tramwaju. Przetrwać do wieczora.

Przed szóstą pojawili się goście. Dookoła śmiech i rozmowy, stół uginał się pod bielą obrusów pieczona karkówka, ruloniki z bakłażana, tartaletki z kawiorem, polędwica, sery Mazurskie, sałatki, gorące dania wszystko jak należy.

Wzniesiono pierwszy toast Zofia od razu przejęła stery narracji:

Tomku, synku, pamiętam Twój poród dwa dni w szpitalu, okropnie się męczyłam…

Po raz piętnasty znajomi kiwali głową. Wzięłam kolejną porcję sałatki i uśmiechałam się sztucznie.

Ożeniłeś się No, wyszło jak wyszło, spojrzenie na mnie i następne: Ważne, żebyś był szczęśliwy. Jedzenie to nie najważniejsze. Ja bym skromniej, ale dziś czasy na pokazywanie.

Wzięła widelcem ogromny kawałek wędzonego suma (kupiony za majątek w delikatesach), po czym stwierdziła, iż i tak za tłuste, za słone, a kiedyś to szproty z puszki były lepsze.

Wszyscy chwalili kuchnię, szczególnie ryby i mięsa tylko Zofia niezmiennie marudziła. Ale co tam. Wieczór minął w śmiechu, w rozmowach, w cichej krytyce Zofii pod garnkami.

Po dziesiątej goście się rozeszli. Została tylko ona, Tomek i ja. Zofia zaczęła gromadzić naczynia, niby pomagała:

No, pomogę Wam trochę. Tomek, wynieś śmieci. Asia, poprzekładaj jedzenie do pojemników.

Czułam, jak ciężar opada mi na barki. Migrena nie odpuszczała.

Pani Zofio, nie trzeba. Dam radę. Może zadzwonić po taksówkę?

Jaką taksówkę?! Wydawać kasę? Ja pojadę autobusem. I nie dyskutuj!

Tuliłam się do ściany w sypialni, szukałam tabletki. Oparłam czoło o chłodne lustro w łazience i myślałam: Nie zostawiaj jej samej. Ona zaraz pomyli płyn do naczyń z moją emulsją do twarzy albo przestawi wszystkie garnki.

Powrót na kuchnię był cichy jak u myszy. Zamarłam w progu.

Zofia stała przy otwartej lodówce, plecami do mnie. Obok jej rozległa torba na zakupy. W ruch weszły zręczne, zdecydowane dłonie. Zgarnęła talerz z mięsną deską, pakuje do reklamówki: polędwica, karkówka, kiełbasy wszystko w wymiętolony woreczek, zawiązane, do torby.

Mrugnęłam. Śniło mi się? Nie.

Sięga po pojemnik z rybą na śniadanie dobry kawałek, ze trzysta gramów. Pakunek, torba. Potem spłaszczony Napoleonek, pieczony przeze mnie do późna w noc ładuje go w kulę z foli aluminiowej.

Co tu jeszcze Ser. Parmezanik. I tak wam się zmarnuje.

Tą malutką kostkę, za fortunę z Złotych, wrzuca do torby, obok oliwki i szczyt! prawie pełną butlę koniaku, którą Tomkowi podarowali z pracy, a której nie zdążył choćby otworzyć.

Stałam i miałam ochotę krzyczeć, ale język mi zdrętwiał. Czy to jest kradzież? Mój mózg kwiczał: to nie wypada nazwać teściowej złodziejką.

Drzwi wejściowe zatrzasnęły się wrócił Tomek.

O rany, zimno tam! Mamo, gotowa jesteś? wszedł do kuchni.

Zofia podskoczyła, zamknęła torbę i obróciła się. Na próbę zachowała spokój:

Asiu, ty już tu? Ja tylko porządkuje. Tomek, wróciłeś? No to lecimy.

Podniosła torbę wyraźnie cięższą niż rano. choćby stękała.

Mamo, pozwól, pomogę zaproponował Tomek.

NIE! syknęła, przyciskając torbę do piersi. Mam w środku puste słoiki! A rzeczy osobiste!

Tomek był zdezorientowany.

Przyniosłaś jeden słoik, stoi cały na parapecie

Inne słoiki! Przestań, już chcę do domu!

Zrobiłam krok do przodu. Uspokoiłam się na zimno:

Pani Zofio odezwałam się cicho, ale wyraźnie. Proszę położyć torbę na stole.

Co?! O co Ci chodzi?! Chcesz mnie przeszukiwać?! Tomek, słyszysz! Twoja żona uważa, iż matka kradnie!

Asia, jesteś pewna? Tomek był kompletnie roztrzęsiony.

Tomek, w tej torbie jest nasze śniadanie i obiad na dwa dni. Jest ryba, polędwica, koniak i tort.

Zwariowałaś?! krzyknęła Zofia i zaczęła wycofywać się w stronę wyjścia. Uczciwa nauczycielka, weteranka pracy! Ja choćby okruszka nie wzięłam! Udławcie się swoim jedzeniem!

Torba zahaczyła o stół, porwał się rączki, a całość walnęła na podłogę. Wysypała się kiełbasa, woreczek z rybą pękł, kawał sumu rozpaćkał się na Tomkowym kapciu, tort rozsmarował się na panelach, butelka zadzwoniła przy nodze krzesła. Na wierzchu parmezan i garstka Michałków.

Zapanowała cisza. Słychać było tylko brzęk lodówki i ciężki oddech Zofii.

Tomek popatrzył na to wszystko. Najpierw na rybę na swoim kapciu, potem na matkę. Jego twarz zmieniła się diametralnie konsternacja, potem wstyd. Też czułam, jakby ktoś mnie oblał zimną wodą.

Mamo? wydusił. Co to miało być?

Zofia się wyprostowała i wzięła w obronę:

To co?! Wzięłam! Wy tego nie zjędziecie! Macie pełną lodówkę, a ja żyję za 1850 zł emerytury! Ja taką polędwicę widzę tylko w telewizji, mam prawo spróbować! Wychowałam Cię, harowałam, a Ty żałujesz matce kawałka kiełbasy?!

Byłam cicho. Czekałam na reakcję Tomka. Zwykle bagatelizował wszystko i pozwalał matce robić co chciała, byle nie było awantury.

Powoli podniósł sum z podłogi, położył na stole, potem koniak.

Mamo powiedział bardzo cicho. Tu nie chodzi o mięso. Gdybyś poprosiła, sami byśmy dali. Zawsze dajemy.

Mam błagać?! Prosić?! Syn powinien domyślić się!

Nie prosiłaś. Ukradłaś.

Nazwałeś mnie?! chwyciła się za serce. Aj, serce! Waleriana! Zgubicie mnie!

Bez tej dramy, pani Zofio wycedziłam lodowato. Waleriana w lewym płaszczu, widziałam jak zdejmowała.

Zapadła cisza.

Tomek, proszę, zbierz wszystko do reklamówki.

Ale po co?

Daj mamie. Niech zabiera. Ryba była na podłodze i tak jej nie zjem. Tort w rozsypce. Niech wszystko bierze, w ramach prezentu na Twój jubileusz. I nie chcę jej widzieć minimum miesiąc w tym domu.

Zofia stała, jakby dusiła się ciszą.

Tomek spakował zawartość, dał matce, koniak został na stole.

Koniak zostawię. Teraz go potrzebuję. wziął kieliszek i nalał mi. Wypij.

Podniosłam głowę. Tomek wydawał się starszy o dziesięć lat.

Przepraszam, Asia.

Za co? Nie wiedziałeś.

Za to, iż nie widziałem wcześniej. Że pozwalałem jej na takie zachowanie. Myślałem, iż taka jest matka, trochę dziwna, ale dobra.

Wzięłam łyk koniaku. Ostry, ale dał ulgę.

Najśmieszniejsze jest to uśmiechnęłam się gorzko iż w dolnej szufladzie lodówki specjalnie dla niej zostawiłam ser i kiełbasę na wynos Nie dotarła do nich.

Tomek zaśmiał się histerycznie.

Serio?

Serio.

Chyba z nią się już nie da po ludzku wyłożył się z koniakiem. Jutro zmieniam zamki. Klucze oddała pół roku temu Nie chcę wracać do domu i zobaczyć wywiezionej plazmy, bo u sąsiadki lepsza.

Popatrzyłam z uznaniem. Pierwszy raz od siedmiu lat mówił o mamie bez cienia strachu czy skrupułów. Ta noc przełamała coś ważnego.

Co zjemy jutro? Pusto

Tomek zerknął do lodówki:

Został słoik kawioru, jajka, mleko. Jutro jemy omlet z kawiorem po królewsku.

Zaśmiałam się. Napięcie puściło.

I są gniłe jabłka przypomniałam. Kompot?

Jabłka lądują na śmietniku. Dosyć tej pomocy.

Siedzieliśmy jeszcze długo, dopijając koniak. Po raz pierwszy rozmawialiśmy o granicach w rodzinie i o tym, iż miłość do rodziców nie znaczy pozwolenia na upokarzanie żony czy męża.

Rano Tomek zrobił kawę. Przytulił do głowy i powiedział:

Asia, masz jeszcze trochę z premii?

Trochę.

To może uciekniemy na weekend do Kościeliska albo Gdańska. Z dala od tej atmosfery. Telefon na tryb samolotowy.

A co z mamą? Będzie dzwonić i obgadywać w rodzinie.

Jej wybór. My mamy swój. Omlet z kawiorem gotowy.

Patrzyłam na ten żółto-czerwony talerz i pomyślałam, iż smakuje najlepiej na świecie. Nie przez cenę, ale przez brak pokąszonej dumy i obcych oskarżeń.

Zofia zadzwoniła dwa dni później. Tomek spojrzał, odłożył telefon ekranem do blatu.

Nie odbierzesz?

Nie. Niech się uspokoi. Porozmawiam za miesiąc. Teraz idziemy do kina!

Uśmiechnęłam się, poszłam się szykować. Lodówka świeciła pustkami, ale w duszy czułam się wolna i lekka. To uczucie warte było każdej polędwicy sopockiej na świecie.

Idź do oryginalnego materiału