Teściowa postanowiła przetestować Aldonę. Wynik zaskoczył wszystkich.
Grażyna Nowak zadzwoniła w czwartek wieczorem. Piotr odebrał telefon, rozmawiał z matką jakieś dziesięć minut, po czym wszedł do kuchni z miną człowieka, który musi przekazać nienajlepszą wiadomość, ale jeszcze nie wie, jak ją ująć.
Mama przyjedzie powiedział. Na jakieś dwa tygodnie.
Aldona mieszała zupę.
Kiedy?
W sobotę.
Aldona wyłączyła palnik.
Dwa tygodnie. Dobrze wiedziała, co oznaczają dwa tygodnie” u Grażyny Nowak. To trochę jak szczypta soli” w jej przepisach pojęcie mocno względne.
Teściowa zjawiła się w sobotę punktualnie w południe z ogromną torbą, w której coś donośnie brzęczało, i z tym typowym spojrzeniem kogoś, kto przyjechał na inspekcję. Oceniającym. Tak się patrzy na mieszkanie tuż przed zakupem.
No powiedziała, rozglądając się po przedpokoju nie widać kurzu. Już dobrze.
Piotr się zaśmiał. Aldona uśmiechnęła.
Już dobrze to był chyba, jak na Grażynę Nowak, komplement.
Grażyna weszła do kuchni, zerknęła do lodówki niby przypadkiem i zagadnęła zamyślona:
Kupujesz Piotrowi kefir 1%? Powinien mieć zwykły, żołądek mu się przyda.
Sam prosił o taki odpowiedziała Aldona.
Oj tam, prosił sobie zamknęła lodówkę z miną kogoś, kto dokonał ważnego odkrycia i na pewno je zapamięta.
Wieczorem, gdy Piotr był pod prysznicem, Grażyna usiadła na kanapie, spleciła dłonie na kolanach i powiedziała bardzo spokojnie, niemal czule:
Aldonko, nie miej mi za złe, po prostu chcę poznać, jaka jesteś naprawdę.
Grażyna Nowak była specjalistką w swoim fachu.
Działała cicho, jak konserwator, który zdejmuje kolejne warstwy, by dotrzeć do adekwatnego. Każda uwaga delikatna, z uśmiechem, prawie niewinna.
Drugiego dnia odkryła ręczniki.
Aldona powiedziała zamyślona, stojąc w łazience z ręcznikiem wiesz, iż powinno się wieszać ręcznik pętelką do dołu? Tak lepiej schnie.
Ja zawsze wieszam tak odpowiedziała spokojnie Aldona.
No tak, no tak przytaknęła Grażyna i powiesiła swój ręcznik porządnie pętelką do dołu, jak nową flagę.
Koszule Piotra wisiały w szafie wyprasowane, na wieszakach, równo, według koloru. Teściowa otworzyła szafę, popatrzyła chwilę, pokiwała głową i mruknęła cicho, jakby do siebie:
Kołnierzyki trochę pogniecione. Chyba iż tak miało być.
Aldona stała obok i pomyślała: to nie jest pytanie. To stwierdzenie. Tak sformułowane, iż adekwatnie nie ma co odpowiadać.
Kwiat na parapecie stary fikus, jeszcze z poprzedniego mieszkania, przewieziony z Aldoną przez pół Warszawy był, zdaniem teściowej, podlewany zupełnie niewłaściwie.
Aldona, fikusy nie lubią podlewania z góry. Zawsze do podstawki.
Ten już ze mną osiem lat odparła.
No i co z tego, osiem Mógłby piękniej rosnąć.
Fikus trwał niewzruszony, co w tej sytuacji było rozważne.
Układanie żywności w lodówce wywołało osobny wykład szczegółowy, z przykładami z życia: nabiał na środkową półkę, mięso zawsze na dół i tylko w pojemniku, zielenina do woreczka z dziurkami, inaczej zwiędnie, jajka w szczelnym pojemniku, nie na drzwiach, bo się trzęsą. Aldona słuchała i kiwała głową. Jajka zostały na drzwiach.
Wieczorami Grażyna rozmawiała przez telefon Aldona słyszała z kuchni, nie specjalnie, ściany były cienkie, a głos Grażyny mocny, nauczycielski, przywykły do dużych sal.
Nie, Tamara, ogólnie dobrze. Stara się. Ale widać od razu nieprzystosowana. Barszcz gotuje z fasolą. Z fasolą, wyobrażasz sobie? Piotrek zje wszystko, grzeczny chłopak, ale ja widzę. I ręczniki wieszane nie tak. I do kwiatów ręki nie ma
Aldona stała przy zlewie, myła kubek i myślała: długo to jeszcze? Według niej już dawno oblała egzamin. Co teraz?
Piotr obserwował wszystko z tą specyficzną męską obojętnością, którą łatwo odczytać jako: wszystko widzę, ale udaję, bo nie wiem, jak zareagować i liczę, iż samo się rozwiąże.
Wieczorami mówił do Aldony:
Nie zwracaj uwagi. Ona po prostu się martwi.
Wiem odpowiadała Aldona.
Nie robi tego ze złośliwości.
Wiem, Piotrze.
Najważniejsze dla niej, żeby widzieć, iż jest dobrze u nas.
Wiem.
Patrzył wtedy na żonę z lekkim poczuciem winy i ulgą. Dobrze, iż rozumie. Dobrze, iż nie robi awantur. Dobrze, iż spokojna.
Dobrze myślała Aldona i szła zmywać.
Dziesiątego dnia Grażyna specjalnie zostawiła w kuchni bałagan. Aldona wróciła z pracy o wpół do siódmej na stole brudne filiżanki, okruszki chleba, otwarta paczka masła. Teściowa siedziała w pokoju i oglądała telewizję.
Aldona posprzątała. Pozmywała. Starła blat.
Wieczorem Grażyna powiedziała do Piotra cichutko, na korytarzu, myśląc, iż Aldona w łazience:
Piotrek, zauważyłeś, znowu bałagan na kuchni? Chyba nie nadąża ze wszystkim.
Aldona stała w korytarzu z ręcznikiem w ręku.
Piotr milczał.
No tak pomyślała Aldona wszystko jasne”.
Nie była rozgoryczona. Przynajmniej nie aż tak, by to było widać.
Ale następnego dnia, gdy Grażyna przy śniadaniu ogłosiła, iż w przyszłym tygodniu przyjeżdżają trzy jej siostry tak po prostu, żeby posiedzieć, poznać się bliżej Aldona uśmiechnęła się, mówiąc:
Wspaniale. Zapraszamy.
Piotr spojrzał na nią z pewnym zaskoczeniem. Grażyna z lekką nieufnością. Aldona wypiła kawę i poszła szykować się do pracy.
Zobaczymy” jak mawia teściowa.
Goście przyjechali w sobotę, o wpół do trzeciej.
Trzy siostry Grażyny Nowak Wioletta, Halina i Genowefa były kobietami stanowczymi, z własnym zdaniem na każdy temat i głosem oszlifowanym przez życie. Weszły do przedpokoju, rozejrzały się sprawnie, fachowo, jak wytrawni magazynierzy i zaczęły zdejmować płaszcze.
Ładne mieszkanie zauważyła Wioletta. Jasne.
Remont dawno był? zapytała Genowefa.
Trzy lata temu odpowiedziała Aldona.
Widać skwitowała Genowefa. Co widać pozostało zagadką.
Grażyna witała siostry z miną reżysera, który wprowadził aktorów na scenę i obserwuje, jak potoczy się przedstawienie. Piotr pomagał z okryciami. Aldona stała z boku, spokojna, z lekkim uśmiechem, spokojna do bólu, bez cienia nerwowości.
To zaniepokoiło lekko Grażynę.
Przeszli do salonu. Usiadły. Wioletta rozejrzała się, poprawiła poduszkę na kanapie, po czym zapytała:
No to, Alu, co dziś podane na stole?
I wtedy (tu najciekawsze) Aldona zrobiła coś, czego nikt się nie spodziewał.
Odwróciła się do teściowej. Spokojnie. Bez teatralnych pauz, bez emfazy.
Grażyno, myślałam, iż to pani dziś przejmie kuchnię. Sama pani mówiła, iż gotuje o niebo lepiej ode mnie. Po co miałabym się kompromitować przed gośćmi?
Cisza.
Grażyna spojrzała na Aldonę. Aldona patrzyła otwarcie, uprzejmie, jak ktoś, kto składa zupełnie naturalną propozycję i nie rozumie, dlaczego zapada taka konsternacja.
Ja… zaczęła teściowa.
Wszystko jest przygotowane dodała Aldona. Kurczak, warzywa, zielenina. Wcześnie rano kupiłam. Piotr zawsze się zachwyca pani kuchnią.
Piotr nagle zajął się wzorkiem na dywanie.
Halina spojrzała na Wiolettę, Genowefa z zainteresowaniem popatrzyła na Grażynę.
No dobrze powiedziała Grażyna. Proszę bardzo.
Poszła do kuchni.
Aldona usiadła obok Wioletty i zapytała zupełnie swobodnie:
Jak podróż? Dużo korków?
Wioletta lekko zmieszana, liczyła chyba na inny obrót spraw, ale odpowiedziała. Potem Genowefa narzekała na ruch. Halina opowiedziała jeszcze, iż u nich w dzielnicy w soboty nie da się przejechać. Rozmowa potoczyła się naturalnie, jak to przy stole, kiedy wszystkim niezręcznie milczeć.
Z kuchni dobiegały odgłosy.
Najpierw trzaskanie drzwiami lodówki. Potem dłuższa cisza. Potem znów trzaskanie. Potem brzęk garnka. Potem charakterystyczny szelest szukania czegoś w szafce.
Aldona! zawołała Grażyna z kuchni. Gdzie masz naczynie do zapiekania?
Dolna szafka po prawej odpowiedziała, nie wstając.
Chwila ciszy.
Nie widzę.
Pod blachą do pieczenia.
Dłuższa chwila.
O, jest.
Wioletta zakasłała. Halina zaczęła przyglądać się obrazowi na ścianie. Genowefa z niewinnym wyrazem twarzy patrzyła w okno.
Aldona zwróciła się do Haliny:
Może herbaty? Zaraz zaparzę.
Chętnie powiedziała Halina z ulgą.
Aldona wstała, poszła do kuchni i tam przez chwilę stała obok teściowej. Grażyna stała nad deską jak generał zmuszony do obierania ziemniaków.
Nie zamieniły ani słowa.
Aldona wstawiła wodę, zabrała kubki, wyszła.
Kolacja się udała. Po półtorej godziny, nieco chaotyczna, kurczak trochę za suchy, sos za rzadki. Grażyna nakrywała do stołu z miną sumiennej pracownicy, która wolałaby być gdzie indziej.
Wioletta spróbowała kurczaka. Dyplomatycznie powiedziała:
Grażyna, zawsze coś dobrego ugotujesz.
Przy stole było cicho. Nie niezręcznie, po prostu spokojnie. Wszyscy rozumieli, o co chodzi, ale nikt nie mówił tego na głos. Goście jedli, rozmawiali o swoim, chwalili kurczaka nie do końca przekonująco, ale szczerze próbując być uprzejmi.
Aldona nie wyróżniała się przy kolacji. Zapytała o dzieci Haliny, podtrzymała rozmowę o działce, nalała herbaty.
Grażyna siedziała na czele stołu i milczała.
Po wyjściu gości, gdy miks posprzątano, Grażyna wyszła z kuchni, wycierając ręce ręcznikiem. Tym samym, zawieszonym starannie pętelką w dół.
Aldona siedziała w salonie z filiżanką herbaty. Piotr obok.
Teściowa postała chwilę w drzwiach, usiadła w fotelu. Milczała. Za oknem było już całkiem ciemno, słychać było przez ścianę telewizor sąsiadów.
Sprytnie to rozegrałaś powiedziała Grażyna.
Po prostu wiem, czego chcę odparła Aldona.
Grażyna skinęła głową. Wstała. Poszła do swojego pokoju i w drzwiach jeszcze się zatrzymała, nie patrząc w tył:
Ten barszcz z fasolą, szczerze mówiąc, był niezły.
I wyszła.
Piotr spojrzał na Aldonę.
Dawno to wymyśliłaś? zapytał cicho. Z tą kuchnią.
Wtedy, gdy milczałeś na korytarzu odparła.
Kiwnął głową. Nie dopytywał już.
Po trzech dniach Grażyna wyjechała do siebie. Sama się spakowała, sama zamówiła taxi. Na pożegnanie uściskała Piotra, później po chwili zawahania także Aldonę.
Aldona zamknęła za nią drzwi. Podeszła do łazienki i przewiesiła swój ręcznik z powrotem pętelką do góry, jak zawsze.











