A sałatkę sama kroiłaś, czy znowu te gotowce z supermarketu, którymi karmisz mojego syna? Stefania Zielińska, z ustami zaciśniętymi jakby jadła cytrynę, grzebała widelcem w tartaletce z twarożkiem i łososiem.
Monika wzięła głęboki oddech, poprawiając elegancką sukienkę. Dziś kończyła trzydzieści pięć lat. Urodziny dzień, w którym człowiek chciałby poczuć się wyjątkowo, przyjmować życzenia i cieszyć się chwilą. A jednak stała w salonie własnego mieszkania, doglądając stołu, i czuła się jak uczennica, która nie odrobiła zadania.
Pani Stefaniu, to catering z włoskiej restauracji. Tam pracuje prawdziwy szef kuchni z Mediolanu, świetne produkty, uśmiechnęła się Monika. Zresztą wie pani, jak wracam do domu po ósmej, nie ma bata, żebym gotowała dla piętnastu osób.
Oczywiście, praca, praca… teściowa przewróciła oczami, jakby zwracała się do zdjęcia syna na komodzie, szukając u niego wsparcia. My za młodu też pracowaliśmy; i w fabryce, i na polu, i dzieci się wychowywało. Ale żeby mąż na własnych urodzinach jadł sklepowe? To już przesada, kochana. Grzegorz, biedny chłopak, wyraźnie schudł. Popatrz, jakie ma podkrążone oczy.
Grzegorz, biedny chłopak, lat trzydzieści osiem, wchodząc właśnie do pokoju, otarł dłonie o spodnie i szeroko się uśmiechnął:
Mamo, Moniczko! Ależ stół, czym tu pachnie! Monika, te roladki z bakłażana? Uwielbiam!
Stefania rzuciła synowi spojrzenie pełne matczynej troski, ale nic nie powiedziała. Goście mieli zaraz się zjawić. Monika pognała do kuchni po gorące dania, czując, jak w środku narasta w niej niechęć. To nie była świeża sprawa. Od pięciu lat, odkąd została żoną Grzegorza, teściowa prowadziła cichą wojnę o kulinarną opiekę nad synem. W każdą niedzielę dostarczane były słoiki z mielonymi, galaretką, drożdżowcami, zawsze okraszone komentarzem: Chociaż pojesz prawdziwego jedzenia, Moniczka nie ma czasu, nasza karierowiczka. Monika liczyła do dziesięciu. Faktycznie, pracowała dużo kierowała działem logistyki w dużej firmie, zarabiała więcej niż mąż i uważała, iż zamawianie sprzątania i posiłków to uczciwa wymiana za wolny czas, który można przeznaczyć na sport, książkę czy czułe chwile z mężem.
Ale Stefania widziała to inaczej. Dla niej kobieta, która nie lepi pierogów własnoręcznie, to kobieta niepełnowartościowa.
Dzwięk domofonu oznajmił rozpoczęcie imprezy. Mieszkanie wypełniło się śmiechem, zapachem drogich perfum, kwiatami. Przyszli przyjaciele, współpracownicy, rodzice Moniki. Popłynęły życzenia, wręczano koperty z pieniędzmi (złotówkami), zaproszenia do spa, atmosfera się rozgrzała. Monika poczuła, jak napięcie puszcza, i postanowiła nie przejmować się miną teściowej.
Przy deserze Stefania, która siedziała cały wieczór z miną obrażonej świętej, postukała łyżeczką w kieliszek.
Szanowni, zaczęła głosem, jakiego używa się na partyjnych zebraniach chciałabym uczcić naszą jubilatkę. Trzydzieści pięć lat to poważna granica. Kobieta powinna już mieć mądrość, cierpliwość i oczywiście umiejętność dbania o dom.
Po teatralnej pauzie sięgnęła pod krzesło po reklamówkę.
Pieniądze, moja droga, to jak woda dziś są, jutro ich nie ma. Uroda przemija. Ale umiejętności i troska o męża spajają rodzinę. Myślałam długo nad prezentem dla ciebie, Moniko. I postanowiłam podarować ci coś, czego najbardziej ci brakuje. Wiedzę.
Trzasnęła pakunkiem o stół. Zapanowała niezręczna cisza. Grzegorz odchrząknął.
Monika powoli rozwinęła papier. Wielka księga, twarda oprawa: Wielka encyklopedia gospodyni domowej. Złota kolekcja. Na okładce, uśmiechnięta kobieta w fartuchu z gorącym garem w dłoniach.
To nie byle książka, wyjaśniła jadowicie Stefania. To prezent rodzinny, z mojymi uwagami. Zaznaczyłam tam, co Grzesiek lubi, jak gotować barszcz, by był czerwony, a nie bury jak u niektórych. Jak krochmalić koszule, żeby mąż wyglądał jak dyrektor, a nie łajza. Korzystaj, ucz się, nigdy nie jest za późno na bycie dobrą żoną.
Ktoś z gości skrzywił się z zażenowaniem, matka Moniki chciała się odezwać, ale Monika ścisnęła jej dłoń. Nie dziś, nie przy wszystkich.
Dziękuję, pani Stefaniu, powiedziała. Bardzo… konkretny prezent. Obiecam przeczytać.
Odłożyła książkę na bok, zapraszając na tort. Reszta wieczoru zlała się w mgłę. Monika żartowała, nalewała herbatę, ale w środku wszystko w niej kipiało z upokorzenia. To nie był prezent to była publiczna zniewaga, pięknie zapakowana.
Gdy ostatni gość wyszedł, a zmywarka cicho bzyczała w kuchni, Monika usiadła na kanapie z książką w dłoni. Grzegorz, dotąd unikający tematu prezentu, przysiadł i objął ją ramieniem.
Monika, nie obrażaj się na nią. Ona z tych starych. Chciała dobrze. Trochę przegięła, ale daj spokój…
Przegięła? Popatrz.
Monika otworzyła książkę. Była pstrokatym zbiorem karteczek. Na pierwszej stronie pół kartki: *Kochanej synowej, żeby mój syn w końcu znal pamięć domowego jedzenia* charakterystyczny, radosny podpis teściowej.
Kartkowała dalej. Pod rozdziałem o kotletach, na czerwono: *Mięso mielone tylko własnoręcznie! Sklepowe jest dla leniwych*.
Pod hasłem sprzątanie: *Kurz pod łóżkiem oblicze gospodyni. Wy u siebie moglibyście sadzić ziemniaki.*
Pod żelazkiem: *Prasowanie kanty jak żyletki. A w czym Grzesiek chodzi? Wstyd ludziom pokazać!*
Nie była to książka kucharska. Raczej pamiętnik pretensji i złośliwości, podlany matczyną troską. Stefania z pewnością poświęciła godziny na nanoszenie tych wszystkie notatek.
Mamie zależy… po swojemu, Grzegorz przerwał milczenie. gwałtownie zrobił się czerwony. Monika, może schowam tę książkę na pawlacz? I zapomnimy.
Nie, zatrzasnęła okładkę. Dźwięk zabrzmiał mocno jak wystrzał. Prezentów się nie chowa. Z prezentami trzeba zrobić porządek.
Przez kilka następnych dni Monika chodziła zamyślona. Nie krzyczała, nie trzaskała drzwiami, wieczorami zamawiała obiady, a przed snem wertowała nieszczęsną książkę, czasem notowała coś w notesie.
W sobotę, dzień tradycyjnego obiadu u teściowej, Monika zaczęła się szykować wcześnie rano.
Jedziemy do mamy? zdziwił się Grzegorz. Ty chcesz tam dzisiaj iść?
Oczywiście. Przecież głupio byłoby nie odwiedzić teściowej po takiej imprezie. I mam dla niej prezent. W rewanżu.
Grzegorz spiął się cały.
Monika, proszę, nie rozkręcaj awantury. Ona starsza kobieta…
Nie będzie wojny, Grzesiu. Kończę temat.
Przed południem byli już na Bielanach, gdzie mieszkała Stefania. W mieszkaniu unosił się zapach smażonej cebuli i intensywny blask czystości; serwetki wykrochmalone na komodzie, połysk mebli, wszystko na błysk. Stefania przywitała ich w fartuchu, pewna siebie jak zwyciężczyni. Była przekonana, iż prezent zadziałał, a Monika przyjechała skruszona, prosić o kulinarne wtajemniczenie.
Siadajcie, już mam pyzy w piekarniku. Z kapustą, jak Grzesiek lubi. Pewnie nic nie jedliście cały dzień, co tam wasza dieta…
Usiedli do stołu. Monika była nienagannie uprzejma, chwaliła pyzy, komplementowała galaretę, pytała o zdrowie. Teściowa rozpromieniła się i straciła czujność.
Gdy herbata już wystygła, Monika sięgnęła do torebki i wyjęła książkę. Stefania spoglądała z zadowoleniem.
Co, Moniczko, masz pytania? Nie wstydź się wyjaśnię ci o cieście drożdżowym…
Pani Stefaniu, weszła jej w słowo Monika, spokojnie, ale stanowczo. Bardzo dokładnie ją przeczytałam. Wszystkie pani notatki. Każdy komentarz.
Stefania kiwnęła dumnie głową.
I zrozumiałam coś istotnego. Ta książka to esencja pani sposobu na życie.
Ano, dokładnie! rozjaśniła się Stefania.
I dlatego, Monika przesunęła tom w kierunku teściowej, nie mogę jej zatrzymać.
Uśmiech teściowej zamarł.
Ale jak to? Oddajesz prezent? To przecież skandal!
Chciałabym, żeby pani wysłuchała. Tu opisany jest ideał kobiety w pani wydaniu: wstaje o piątej piec chleb, cierpi, by dom błyszczał, robi wszystko dla męża. To pani i w tym jest pani genialna.
Patrzyła teściowej prosto w oczy.
Ale ja jestem inna. Zarabiam głową. Godzina mojej pracy to tygodniowa wartość zakupów dla całej rodziny. jeżeli mam trzy godziny lepić pierogi, stracimy tyle, co na wczasy. Z Grzegorzem to przeliczyliśmy. To się nie opłaca.
Grzegorz z wrażenia zachłysnął się herbatą, ale milczał, patrząc na żonę z podziwem.
Najważniejsze, Monika położyła dłoń na książce iż każde leniwa, nieudacznica, wstyd w tych komentarzach to nie troska, tylko… rozżalenie. Szczęśliwy człowiek tak nie pisze.
Stefania poczerwieniała.
Ja całe życie poświęciłam…
Właśnie. Poświęciła pani życie na dom. Ja chcę go przeżyć z pani synem: rozmawiać, spacerować, jeść razem schabowego z dostawy i nie myśleć o plamach.
Monika wyjęła z torebki niewielką kopertę.
Zwracam pani książkę, bo nie jest mi do niczego potrzebna. Mamy własne zasady. Ale nie chcę być dłużna. Pani dała mi podręcznik jak zostać gosposią. Ja proponuję coś, co przypomni pani, iż jest pani kobietą.
Położyła kopertę na książce.
To karnet do najlepszej szkoły tańca w Warszawie tango. I voucher na dziesięć masaży. Widziałam, iż boli panią kręgosłup, pewnie od ciągłego gotowania.
Zapadła głucha cisza. Stary zegar w kącie tykał niespiesznie. Stefania patrzyła na książkę, na kopertę, na Monikę. Otwierała i zamykała usta jak ryba wyciągnięta z wody. Schemat w głowie pękał. Oddano jej broń, podaną pod płaszczykiem troski. o ile wrzaśnie wyjdzie na histeryczkę. o ile odmówi pokaże słabość.
Taniec? W tym wieku?
Najlepszy. Grupa w pani wieku bardzo sympatyczni, kulturalni ludzie. Może zacznie pani cenić życie poza kuchnią i testowaniem kurzu pod łóżkami.
Monika wstała.
Dziękujemy za pyzy, były wyśmienite. Grzesiek, idziesz? Obiecałeś kino.
Grzegorz, siedzący dotąd przygarbiony, wyprostował się, spojrzał raz na matkę, raz na żonę i podszedł do Moniki.
Dzięki, mamo, za obiad. Pyzy super, uniósł kciuk Ale Monika ma rację. Nie musi gotować. Uwielbiam ją taką, jaka jest. A, tak między nami… zamawianie jedzenia jest fajne. Próbujemy każdej kuchni świata. Nie obrażaj się.
Cmoknął matkę w policzek, wziął Monikę pod ramię i przeszli do przedpokoju.
W kuchni panowała cisza. Stefania została sam na sam z Złotą Encyklopedią i karnetem na tango.
Gdy wyszli na parking, Grzegorz wypuścił powietrze głośno jak miech.
Monika! Myślałem, iż będzie trzecia wojna światowa. A ty ją spokojnie, elegancko… Ten twój bilans ekonomiczny to majstersztyk!
Przecież taka prawda. Ustaliłam granice. Twoja mama jest w gruncie rzeczy w porządku. Jest ofiarą stereotypów: o ile nie haruje w kuchni, dzień stracony. Chciałaby, żebym też cierpiała wtedy jej wysiłek miałby sens. Nie chcę cierpieć.
Myślisz, iż pójdzie na te tańce? Grzegorz włączył silnik.
A kto wie. Może wyrzuci voucher, może jednak spróbuje. W każdym razie książka już do nas nie trafi.
Minął tydzień. Stefania raz zadzwoniła, spytała, jak tam u nich, i gwałtownie się rozłączyła. O książce cisza.
Aż pewnej soboty, gdy Monika z Grzegorzem wyjątkowo spali do południa, telefon rozdzwonił się.
Tak, mamo? A! Nie przyjedziemy… dlaczego? Grzegorz nastawił głośnik.
za dwa tygodnie mamy pokaz! Próby codziennie! Mój partner, pan Piotr, były wojskowy, wymagający, ale prowadzi świetnie. Dzieci, wybaczcie, pyz nie będzie, objedzcie się czymś z dowozu, buziaki, muszę lecieć, butów choćby nie rozchodziłam!
Połączenie przerwane. Spojrzeli na siebie i wybuchli śmiechem.
Zadziałało! Monika padła na poduszki. Pan Piotr, tancerz, były oficer… Biedak, nie wie co go czeka!
Za to matka dała nam spokój, uśmiechnął się Grzegorz. Monika, zamawiamy sushi?
Dawaj, największy zestaw.
Patrzyłem w sufit, czując lekkość. Okazało się, iż w tej wojnie z teściową nie trzeba zwalczać ogniem, ani udowadniać swojej wartości jej językiem. Wystarczy dać jej z powrotem oczekiwania i zaproponować coś, co może odmienić jej życie na lepsze. Książka kucharska pełna jadu została w przeszłości, a w teraźniejszości była wolność, sobotnie leniwe poranki i żona, którą kochałem nie za domowy barszcz, ale za to, iż jest po prostu sobą. Oto najlepszy przepis na rodzinne szczęście, którego nie znajdziecie w żadnej encyklopedii.
Dzięki, iż przeczytaliście do końca! jeżeli uważacie, iż Monika postąpiła słusznie zostawcie lajka i zasubskrybujcie nasz kanał po więcej życiowych historii. A jak wy reagujecie na prezenty „z aluzją”?















