O rety! zamiast przywitania wyrwało mi się na widok niskiej, żwawej staruszki w dżinsach, zaciskającej cienkie usta w zadziornym uśmiechu. Spod zmrużonych powiek lśniły filuternie kpiące oczy.
Babcia Kingi, Władysława Kalinowska poznałem ją od razu ale jak to tak, bez zapowiedzi, choćby bez telefonu
No cześć, wnuczku! rzuciła, nie zmieniając miny. No co, wpuścisz starą do domu?
Jasne, zapraszam! odruchowo się odsunąłem.
Władysława Kalinowska wciągnęła do mieszkania walizkę na kółkach i rozejrzała się dookoła.
Dla mnie czarna, mocna! zarządziła, gdy częstowałem ją herbatą. Kinga w pracy, Ola pewnie w przedszkolu, a ty co? Nic nie robisz?
Mam przymusowy urlop odezwałem się ze smętną miną. Dwa tygodnie, firmowa sprawa
Moje nadzieje na błogi wypoczynek zaczęły topnieć. Spojrzałem na babcię z nutą desperacji:
Długo zostaniesz?
Brawo za domysł potwierdziła, rozwiewając resztki złudzeń. Długo.
Westchnąłem raz jeszcze. Władysławy Kalinowskiej niemal nie znałem, widziałem ją krótko na naszym z Kingą ślubie przyjechała wtedy aż z Poznania. Tyle iż o jej temperamencie słyszałem już od teścia zawsze mówił o niej przyciszonym głosem, rozglądając się dookoła, jakby wspominał generała, nie seniorkę.
Zmywaj naczynia i szykuj się! zarządziła niespodziewanie. Zrobię ci wycieczkę po mieście, będziesz mój przewodnik!
Nie znalazłem argumentów, by odmówić zresztą głosu tego typu nikt by nie zlekceważył, przynajmniej nie bez poniesienia konsekwencji. Przypomniał mi sierżanta z jednostki.
Chcę zobaczyć bulwary poleciła Władysława. Jak najlepiej się tam dostać? Złapała mnie pod ramię i raźno ruszyła w stronę chodnika, przyglądając się wszystkiemu z niekłamaną ciekawością.
Taksówką, chyba najprościej odpowiedziałem bez przekonania.
Władysława zaskakująco złożyła palce w kółeczko i zagwizdała przeciągle. Zatrzymał się natychmiast przejeżdżający taksówkarz.
Tak się nie robi, co ludzie pomyślą? napomniałem ją, podsadzając na przednie siedzenie.
Nic złego, zaręczam odpowiedziała z rozbawieniem. Jeszcze uznają, iż to ty taki nieobyczajny.
Taksówkarz ryknął śmiechem razem z nią. Klepnęli się po dłoniach jak starzy znajomi, gdy dowcip się udał.
Wiesz, Kuba, należysz chyba do grzecznych chłopaków zaczęła podczas spaceru po bulwarach. Twoja babcia to pewnie dama z manierami, ja do tego się nie nadaję. Mój mąż, dziadek Kingi, wieczny mu pokój, długo przyzwyczajał się do mojego temperamentu. Był spokojny, zamknięty, a tu ja kobieta-wulkan. Zabierałam go w Tatry, skakałam z nim ze spadochronem. Tylko motolotu się bał! Czekał z Kingą na dole, jak ja latałam nad ich głowami.
Z zaskoczeniem słuchałem jej opowieści. Kinga o pasjach babci raczej milczała. Widać życie Władysławy tętniło przygodą, a to tłumaczyło jej charakter. Popatrzyła na mnie przenikliwie:
Sam z samolotu skakałeś?
W wojsku czternaście skoków przyznałem z dumą.
I szacunek! odparła, a po chwili zanuciła pod nosem:
Długo będziemy spadać,
W tej skoku długiej mgle
Znałem tę wojskową przyśpiewkę i chętnie się dołączyłem:
Jedwabne białe szelki,
Za plecami niby ptak
Zaśmialiśmy się oboje. Nagle przestałem czuć się speszony przy tej wyjątkowej babci.
Trzeba coś przekąsić! zaproponowała. Chodźmy do tej budki, chyba mają porządnego szaszłykowego, czuć już z daleka!
Podszedłem z nią do ogrodowego rowka, gdzie przy grillu krzątał się ciemnowłosy mężczyzna wyglądający, jakby z równą pasją mógł nadziewać mięso na szpadę, co penetrować przeciwników szablą w bitwie pod Grunwaldem. Miałem ochotę wykrzyknąć Hej! i zatańczyć kujawiaka.
Przysiedliśmy do drewnianego stolika, a Władysława, z błyskiem w oku, zanuciła czysto:
Sto lat! sto lat!
Niech żyją, żyją nam!
Szaszłykowy aż podskoczył, spojrzał na seniorkę i z miejsca włączył się w śpiew:
Jeszcze raz, jeszcze raz,
Niech żyją, żyją nam!
Proszę, częstujcie się, pani kochana uśmiechnął się szeroko, wykładając na stół aromatyczne szaszłyki, chrupiący chleb i pęczki koperku. Przyniósł też dwa kieliszki mrożonej wiśniówki i zasalutował z szelmowskim uśmiechem.
Z krzaków wyskoczył bury kotek, podszedł nieśmiało, wpatrując się w nas błagalnie.
No i czego ci potrzeba? uśmiechnęła się babcia. Chodź do nas, maluszku. Objęła go wzrokiem i rzuciła: Panie kucharzu, coś dla kociaka, pokrój tylko drobno!
Podczas gdy kot zajadał ze smakiem, Władysława strofowała mnie:
Wychowujecie córkę i to dziewczynkę! Bez kota w domu, jak ją nauczycie dobroci, empatii, troski o słabszych? Ten maluch będzie waszym nauczycielem!
Po powrocie do domu babcia zabrała się za kąpiel przybłędy, mnie wysyłając na zakupy dla kociego ulubieńca: kuweta, miski, drapak, poduszka wszystko według ścisłej listy. W domu euforia Kinga i Ola rzuciły się babci na szyję, a ona obdarowywała je całusami. Kotek, siedząc na oparciu kanapy, z ciekawością śledził nowe zwyczaje domowników.
To dla ciebie, Oleńko, letni komplecik rozdzielała babcia prezenty a to dla ciebie, Kingo. Pamiętaj, koronkowe figi zawsze podnoszą kobietę w oczach męża!
Przez cały tydzień Ola nie chodziła do przedszkola rano znikała gdzieś z babcią, wracały tuż przed obiadem zadowolone i zmęczone.
W domu czekałem ja i kotek, ochrzczony Lwem. Wieczorami dołączała Kinga, zabieraliśmy Lwa i całą gromadą ruszaliśmy na spacery.
Pewnego wieczora Władysława usiadła naprzeciwko mnie, nadzwyczaj poważna.
Kuba, muszę z tobą pogadać. Jutro wyjeżdżam, czas już. To dla Kingi, dasz jej po moim wyjeździe. Wręczyła mi kartkę w przezroczystym koszulku. To mój testament. Mieszkanie i cały majątek dla niej, a dla ciebie biblioteka, którą mój mąż zbierał przez całe życie. Są tam rzadkie unikaty z autografami sławnych ludzi
Ale po co, pani Władysławo!? wybuchłem. Ale ona ucięła moją reakcję ruchem ręki.
Kinga nic nie wie powiedziała cicho tobie powiem mam poważne kłopoty z sercem. Może się skończyć z dnia na dzień. Trzeba być gotowym.
Ale jak pani sama się wybiera? Przecież ktoś powinien być przy pani! zaprotestowałem.
Ze mną zawsze ktoś jest. W razie czego mam córkę w sąsiednim mieście, a ty dbaj o Kingę i Oliwkę. Dobry z ciebie chłopak, na ciebie można liczyć. A ja dla ciebie jestem teściową do kwadratu! poklepała mnie po ramieniu i zarżała głośno śmiechem.
Może zostaniesz jeszcze u nas? Choćby kilka dni poprosiłem z nadzieją.
Babcia uśmiechnęła się serdecznie, ale tylko pokręciła głową.
Odprowadzała ją cała rodzina, choćby Lew na rękach u Oli jakby posmutniał.
Władysława znowu złożyła palce w kółko i zagwizdała. Przystanęła taksówka.
Chodź, zięciu, zawieziesz mnie na dworzec! zarządziła i obsypała Kingę oraz Olę całusami, po czym wsiadła na przednie siedzenie.
Taksówkarz spojrzał na babcię szeroko otwartymi oczami chyba nieczęsto ktoś w taki sposób zatrzymuje auto.
No co się gapisz? mruknąłem do niego. Pierwszy raz widzisz porządną kobietę?
Siwa babcia strzepnęła loki i, śmiejąc się w głos, klaśnięciem dłoni w moją dłoń zakończyła tę niezwykłą przygodę.










