O, tego się nie spodziewałem! wymamrotał Marek, widząc w progu niewysoką, żylastą staruszkę w wytartych jeansach, złośliwie uśmiechniętą od ucha do ucha. Zmrużone, chytre oczka błyszczały dziarsko zza okularów z motylami na oprawkach.
Toż to babcia Kasi, Jadwiga Wacławówna! zidentyfikował ją w myślach. Ale żeby tak bez uprzedzenia, choćby SMS-a nie puściła
Siema, wnuczku! powitała go pogodnie. Wpuścisz mnie, czy mam przez balkon wleźć?
Jasne, proszę bardzo! zająknął się Marek. Zapraszam
Jadwiga Wacławówna wyturlała do mieszkania walizkę na kółkach. Okiem profesjonalisty oceniła rozłożenie kapci pod ścianą i już komenderowała:
Dla mnie herbata mocna! oznajmiła, gdy Marek krzątał się w kuchni. Kasia w pracy, Asia w przedszkolu, a ty co tu, wałkonisz się?
Przymusowy urlop mi dali odparł smętnie. Dwa tygodnie z powodu, cytuję, potrzeb kadrowych. Jego plany na błogie leniuchowanie właśnie rozpływały się jak śnieg w marcu. Spojrzał błagalnie na gościa: A długo się pani zatrzyma?
Ha! Trafiłeś, zgaduj-zgadula kiwnęła głową, grzebiąc wreszcie do końca wszelkie nadzieje. Będę dłużej!
Marek westchnął niczym maratończyk na ostatniej prostej. Że babcia Jadwiga była oryginałem, wiedział z opowieści teścia, który przy wspomnieniu o niej szeptał i rozglądał się, jakby miała wyskoczyć zza szafy. Podejrzewał zresztą, iż choćby burmistrz raczej jej schodzi z drogi.
Pozmywaj po sobie i zbieraj się. Zrobię ci objazd po mieście, będziesz mnie eskortować, młody!
Marek nie próbował choćby się bronić. Ta komenda zabrzmiała dokładnie jak rozkaz sierżanta na wojskowej zbiórce (Przygodę z armią miał już za sobą!). Sprzeciw groził stratami na zdrowiu psychicznym.
Chcę zobaczyć bulwary! zarządziła Jadwiga Wacławówna. Najlepiej od razu, zanim coś się popsuje. Jak tam najszybciej dotrzemy?
Taksówką będzie najszybciej rzucił Marek, już czując, iż dni wolne będą dynamiczne.
Jadwiga nagle przyłożyła zwinięte w rulon palce do ust i zagwizdała przeciągle. Przejeżdżający fiat z TAXI na dachu z piskiem się zatrzymał.
Babciu, przecież tu są sąsiedzi, co oni sobie pomyślą? Marek łypał na nią przy wsiadaniu.
Że masz nieposkromioną teściową! zaśmiała się figlarnie. Albo nie, iż to ty ludzi tak wychowujesz! I uśmiechnęła się do taksówkarza, który aż parsknął śmiechem i przybił jej piątkę jak starej znajomej.
Ty to masz klasę, Mareczku. Twoja babcia, pewnie, herbata, książka, kapcie, a ja tylko rozrabiać umiem. Wiesz, mój mąż, dziadek Kasi, spokój w duszy miał, dopóki się ze mną nie ożenił. Nauczyłam go wszystkiego: i na żaglówkach pływania, i na paralotni. Tak się bał paralotni, iż aż się trząsł. Pilnował córki ze wzrokiem wbitym w niebo, jak ja nad nimi krążyłam
A ty, z płachtą skakałeś? spojrzała na Marka podejrzliwie.
W wojsku, czternaście razy, proszę pani! nie krył dumy.
O, szacunek, młody! zawadiacko przymrużyła oczy, po czym zaczęła cicho podśpiewywać:
Jeszcze razem poskaczemy, w tę naszą skokową noc
Marek bez wahania dołączył:
Chmura nad głową się snuje, a my lecimy, gdzie wiatr nas poniesie
Śpiew zbliża, zwłaszcza takich dwoje outsiderów. Marek już nie czuł się w towarzystwie Jadwigi Wacławówny jak pierwszy uczeń przy tablicy.
Przystanek przekąskownia! zarządziła babcia, pokazując barak z grillem i wyraźną chmurą zapachów. Czujesz tę karkówkę, młody? Idziemy!
Przy grillu stał szpakowaty facet z sumiastym wąsem, przekładający szaszłyki z talentem olimpijskiego mistrza. Twarz miał tak wyrazistą, iż odruchowo chciało się krzyknąć Hej, hej, Mazury! i zatańczyć oberka z łokcia.
Jadwiga zamówiła porcję, po czym niespodziewanie czystym głosem zanuciła:
Hej panie grillmajster,
Dajcie szaszłyka na spaster.
Grillmajster aż przystanął, zerknął, uśmiechnął się szeroko i odśpiewał:
Na ślub wesele, niech będzie weselej!
Zasiedli, talerze z karkówką, pajdą chleba i kiszonym ogórkiem pojawiły się w mgnieniu oka. Na spróbunek dwa kieliszki schłodzonej śliwowicy. Do stołu podszedł szary, upierzony kotek, spojrzał wyczekująco.
Oho, właśnie taki nam potrzebny! ucieszyła się Jadwiga. Chodź, maleńki. Po czym zawołała grillmajstra: Panie, dla przyjaciela porcję na surowo, drobno pokroić!
Gdy kotek pochłaniał mięso, Jadwiga zaczęła wykład na temat wychowania:
No jak to dziecko w domu, zwłaszcza dziewczynka, a wy bez kota? Kto was nauczy, co to troska, miłość do słabszego? Ten maluch musi z wami zostać!
Po powrocie Jadwiga wykąpała znalezisko, a Marka wysłała z listą zakupów: kuweta, miseczki, drapak, legowisko Kiedy wrócił z siatami, w domu wybuchł piskliwy kobiecy harmider. Kasia i Asia rozemocjonowane obsiadły babcię, a ta, cała w skowronkach, wręcz je całowała do nieprzytomności. Kotek, nazwany przez Asię Zdzisio, z niedowierzaniem obserwował nowe władczynie.
To dla ciebie, Asiu, letni komplecik rozdawała babcia podarki. A to dla ciebie, Kasiu, koronkowe figi Nic tak nie poprawia nastroju kobiecie, jak ładne majtki!
Przez tydzień Asia nie zobaczyła przedszkola znikali z babcią od rana, wracali na obiad zmęczeni, ale szczęśliwi. A w domu czekali Marek i Zdzisio. Wieczorami dołączała Kasia wszyscy razem maszerowali na spacery, oczywiście z kotem na smyczy.
Muszę z tobą pogadać, Mareczku powiedziała babcia pewnego wieczoru, poważnie jak nigdy. Jutro wracam do siebie. A to przekaż Kasi po moim powrocie. Wręczyła mu dokument w przeźroczystej koszulce. Testament. Mieszkanie i wszystko oddaję Kasi, a tobie moją bibliotekę. Prawdziwy skarb, są tam prawdziwe białe kruki, choćby z autografami.
Ależ po co, babciu!? zaprotestował Marek, ale uciszyła go machnięciem ręki.
Kasi nie mówiłam tobie przyznam się: mam poważny problem z sercem. Każdy dzień może być ostatni, trzeba załatwić sprawy.
Ale jak to, sama pani pojedzie? oburzył się Marek. Może ktoś musi być z panią!
Mój złoty, ja nigdy nie jestem sama. Córka w sąsiednim mieście, a wy tutaj. Ty pilnuj Kasi i wychowaj Asię na ludzi. Jesteś dobry chłopak, można na ciebie liczyć! A ja dla ciebie to już teściowa do kwadratu! Zaśmiała się i poklepała go po plecach.
A może by pani jeszcze została, choć na chwilę? błagalnie zapytał Marek.
Babcia spojrzała czule, pokręciła głową z uśmiechem. Pożegnały ją tłumnie cała rodzina choćby Zdzisio na rękach Asi wyglądał na zasmuconego.
Jadwiga Wacławówna, jak przystało na babcię z charakterem, przyłożyła palce do ust, zagwizdała. Po chwili taxi zatrzymało się z piskiem.
Jedziemy, Marek! Odprowadzisz mnie na pociąg oznajmiła i, całując Kasię i Asię, wskoczyła z werwą na przednie siedzenie.
Taksówkarz spojrzał na nią z podziwem i szczyptą strachu.
Panie, nie widział pan nigdy, co potrafi polska babcia? rzucił Marek pogodnie do kierowcy.
Żylasta staruszka zadrżała z uciechy, klepnęła Marka w dłoń i zachichotała tak, jakby miała sto lat i sto lat młodości w sobie.














