Teść, który nie umie podnieść worka cementu

polregion.pl 4 dni temu

Nazywam się Marek Kowalik, mam czterdzieści jeden lat i przez trzynaście lat prowadziłem hurtownię materiałów budowlanych na obrzeżach Radomia. Piszę to, bo teściowa, Danuta, rozpowiada po całej rodzinie, iż jestem leniem, który nie potrafi utrzymać firmy na nogach. A prawda jest taka, iż to ona ją zatopiła — tyle iż z dobrymi intencjami, co jeszcze gorsze.

Hurtownię odziedziczyłem po ojcu. Stał tam magazyn z blachy, plac na palety cementu, wózek widłowy kupiony na kredyt jeszcze w dwa tysiące dziewiątym. Żona, Kasia, pomagała w biurze, wystawiała faktury. Żyliśmy skromnie, ale spokojnie — dopóki teściowa nie wpadła na pomysł, iż firmie brakuje "świeżej krwi", i nie zaczęła przysyłać mi ludzi do pracy.

Pierwszy telefon od niej pamiętam dokładnie, bo akurat siedziałem w Biedronce przy kasie z koszykiem kabanosów na grilla. Danuta mówi: znalazłam ci fajnego chłopaka, Tomek się nazywa, syn sąsiadki z klatki, dwa lata siedział bez roboty, trzeba mu pomóc. Zgodziłem się, bo co miałem powiedzieć teściowej, która zresztą wtedy jeszcze mieszkała w naszym mieszkaniu na Górnej, bo remontowała swoje na Wośnickiej.

Napisałem wtedy ogłoszenie — pięćset złotych za dniówkę, rozładunek i załadunek cementu, trzynaście adresów do obwiezienia w Radomiu i okolicach, jakieś dwieście, czasem dwieście pięćdziesiąt worków, przy większej liczbie dopłata sto złotych. Stawka jak na rynku budowlanym niezła, nie ukrywam. Problem w tym, iż nikt nie wytrzymywał dłużej niż dwa, trzy dni. Ludzie odpisywali, przychodzili raz, brali kopertę i znikali. Kuzyn żony wytrzymał jeden dzień. Kolega ze szkoły Tomka — pół dnia.

Danuta nie mogła w to uwierzyć. Dzwoniła i pytała, co ja tym chłopakom robię, iż uciekają. Tłumaczyłem: worek cementu waży czterdzieści dwa i pół kilograma, trzeba go wnieść po schodach na trzecie piętro, bo winda w bloku przy Wjazdowej nie działa od Wielkanocy, a klient czeka. Dwieście worków dziennie to osiem i pół tony na plecach jednego człowieka, nie licząc czasu w trasę i korki na Wjazdowej Trasie. To nie jest robota dla kogoś, kto rok siedział na kanapie.

Tomek wytrzymał najdłużej — cztery dni. Piątego dnia rano zadzwonił, iż boli go krzyż, iż idzie do lekarza. Wieczorem tego samego dnia zobaczyłem na Facebooku jego zdjęcie z meczu Radomiaka na trybunach, uśmiechnięty, z piwem w ręku. Zrobiłem zrzut ekranu i wysłałem teściowej bez komentarza.

Ona zamiast przeprosić, zadzwoniła do córki. Powiedziała Kasi, iż jestem złośliwy, iż poniżam chłopaka przed całą rodziną, iż mogłem po prostu dać mu lżejszą robotę, bo przecież stać mnie było. To był moment, w którym zrozumiałem, iż dla teściowej to nigdy nie chodziło o pomoc młodym ludziom — chodziło o to, żebym ja wyglądał jak pracodawca, który daje szanse, a ona jak dobra dusza, która te szanse rozdaje. Firma miała być dekoracją do jej reputacji na klatce schodowej.

Przez to lato straciłem trzech stałych klientów, bo dostawy się spóźniały — nie było komu wozić cementu, bo kolejni "polecani" znikali po dwóch dniach. Jeden budował dom w Wolanowie i przez opóźnienie musiał wstrzymać ekipę na tydzień, zerwał ze mną współpracę i przeszedł do konkurencji z Kozienic. To była strata rzędu trzydziestu ośmiu tysięcy złotych w kontraktach na cały rok.

We wrześniu Danuta przyjechała do nas z kolejnym kandydatem — synem swojej fryzjerki, Bartkiem. Powiedziała mi to przy niedzielnym obiedzie, między rosołem a kotletem, jakby nie zauważyła, iż dwa tygodnie wcześniej płakałem Kasi w kuchni, iż nie wiem, jak spłacę ratę za wózek widłowy. Powiedziałem wtedy: nie, dziękuję, mam już człowieka, sprawdzonego, z agencji.

Danuta wstała od stołu, odsunęła talerz z kotletem, którego nie tknęła, i powiedziała, iż jestem niewdzięczny, iż ona tylko chciała dobrze, iż rodzina powinna sobie pomagać. Kasia siedziała cicho, patrzyła to na matkę, to na mnie, i w końcu powiedziała jedno zdanie, które zapamiętam: mamo, on od pół roku dźwiga cement sam, bo twoi kandydaci uciekają po dwóch dniach, a ty się obrażasz, iż nie chce kolejnego.

Tego wieczoru, kiedy teściowa już pojechała, usiadłem z Kasią przy kuchennym stole — tym samym, przy którym stał jeszcze talerz z zimnym kotletem — i podjęliśmy decyzję. Nazajutrz poszedłem do notariusza przy ulicy Żeromskiego i zmieniłem pełnomocnictwo do konta firmowego: Danuta miała podpis do przelewów na wypadek, gdyby coś mi się stało — jeszcze z czasów, gdy ojciec zakładał firmę i chciał mieć "kogoś zaufanego z rodziny" jako drugą opcję. Wykreśliłem ją z dokumentów tego samego dnia. Koszt notariusza, sto dwadzieścia złotych, ale to była najtańsza spokojna głowa, jaką kiedykolwiek kupiłem.

Tydzień później zamiast szukać kolejnych "polecanych", dałem ogłoszenie na normalnym portalu z pracą i zatrudniłem dwóch facetów z Przysuchy, którzy szukali stałej roboty, a nie jednorazowej kasy na weekend. Zostali. Do dziś woożą ze mną cement po Radomiu, Kozienicach i Wolanowie, i firma odbudowała się na tyle, iż w tym roku kupiliśmy drugi wózek widłowy, już bez kredytu.

Danuta dowiedziała się o wykreśleniu z konta od księgowej, przypadkiem, kiedy próbowała się dopytać o "swoje uprawnienia w firmie zięcia". Zadzwoniła wściekła, pytała, jakim prawem. Odpowiedziałem spokojnie: takim samym prawem, jakim to ja codziennie noszę te worki, a nie pani kandydaci. Odłożyła słuchawkę. Od tamtej pory na obiadach niedzielnych rozmawiamy o pogodzie i o cenach na Biedronce, a o pracownikach — już nigdy.

Idź do oryginalnego materiału