Telefon na korytarzu i numer, którego babcia nie pamiętała
Zosia parzyła herbatę, kiedy usłyszała, jak prababcia Danuta drugi raz pyta o to samo.
— Zosiu, zadzwoń do mamy, niech przyjedzie na niedzielę.
— Już dzwoniłam, babciu. Godzinę temu. Powiedziała, iż przyjedzie.
Danuta spojrzała na nią z nieufnością, jakby to Zosia coś pokręciła, i sięgnęła po telefon leżący na kredensie. Przez chwilę trzymała go w dłoniach, obracając, jakby to było urządzenie z innej epoki, którego obsługi nikt jej nie wytłumaczył. W końcu odłożyła go z powrotem na kredens.
— Nie pamiętam już numeru Haliny — powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do Zosi. — A kiedyś znałam na pamięć czterdzieści dwa numery.
Zosia odstawiła czajnik i usiadła naprzeciwko.
— Czterdzieści dwa? Serio?
— Do siostry w Toruniu. Do brata w Inowrocławiu. Do sklepu mięsnego na rogu, do lekarza, do zakładu, w którym pracował twój pradziadek. Numer własnej córki powinnam znać lepiej niż własne imię, a nie znam, bo po co, skoro jest w telefonie.
Mieszkały razem od trzech miesięcy — Zosia, jej babcia Halina i prababcia Danuta — odkąd rodzice Zosi wyjechali do pracy do Niemiec, a dziewczyna dokończała ostatnią klasę liceum w Bydgoszczy, zamiast zmieniać szkołę w połowie roku. Mieszkanie było małe, trzydzieści osiem metrów na Szwederowie, z oknami na podwórko, gdzie sąsiadka z parteru od rana trzepała dywaniki.
Do kuchni weszła Halina, usłyszawszy ostatnie zdanie matki.
— Mamo, przecież masz numer zapisany na karteczce przy telefonie.
— Wiem, iż mam. Ale kiedyś nie potrzebowałam karteczki.
Usiadła ciężko, z laską, której adekwatnie nie potrzebowała, ale lubiła stukać nią o nogę stołu, kiedy chciała coś powiedzieć. Zosia patrzyła, jak prababcia zaciska palce na gałce laski — mocniej, niż to było konieczne — i pomyślała, iż coś w tym geście jest inne niż zwykle. Jakby Danuta trzymała się czegoś, co zaczynało jej umykać.
— Babciu — powiedziała Zosia ostrożnie. — A pamiętasz, jak wyglądał dzień twojego ślubu?
Danuta uśmiechnęła się od razu, jakby to pytanie trafiło w coś, co wciąż miała na wyciągnięcie ręki.
— Pamiętam. Padał deszcz, a sukienkę pożyczyłam od kuzynki, bo własnej nie było z czego uszyć. Pamiętam to lepiej niż to, co jadłam wczoraj na obiad.
Halina postawiła na stole dwa kubki — jeden z nadrukiem elektrowni, w której pracował jej mąż, drugi zwyczajny, w kwiatki.
— To dziwne, prawda — powiedziała. — Mama pamięta rok 1957 jak dziś, a zapomina, co było wczoraj.
— Dziś to już nic takiego nie jest, żeby pamiętać — odparła Danuta, stukając laską. — Dziś wystarczy nacisnąć guzik. A kiedyś, jak chciałam zobaczyć koleżankę, szłam pod jej dom i pukałam: „Czy Marysia wyjdzie?”. Po dziesięciu minutach zbierała się połowa ulicy.
Zosia odłożyła telefon ekranem do dołu, czego nie robiła od miesięcy.
— A skąd wiedziałaś, co się dzieje u niej, jak nie wyszła?
— Czekałam do jutra. Nikt się nie denerwował, iż nie ma odpowiedzi od razu.
Halina usiadła obok matki, objęła jej dłoń trzymającą laskę.
— Wiesz co, mamo, opowiedz Zosi, jak szłaś do szkoły w pięćdziesiątym siódmym.
Danuta spojrzała na wnuczkę, a potem gdzieś w bok, jakby szukała tej drogi w pamięci.
— Dwanaście kilometrów. Piechotą. Bo autobusu nie było, a rower miał tylko starszy brat, i to tylko wtedy, kiedy sam nie jechał. Zimą szłam w butach dwa numery za duże, bo mama kupiła z zapasem na wyrost.
— Dwanaście kilometrów dziennie? — Zosia aż odstawiła kubek.
— Tam i z powrotem. Dwadzieścia cztery. Dzisiaj to się nazywa sport, a wtedy to się nazywało szkoła.
Zosia sięgnęła po telefon, ale tym razem nie po to, żeby przewijać ekran. Otworzyła dyktafon, którego nigdy wcześniej nie używała do niczego poza nagrywaniem wiadomości głosowych do koleżanek.
— Babciu, mogę nagrać? Chcę to zapamiętać dokładnie, a nie swoimi słowami.
Danuta wzruszyła ramionami, ale nie zaprotestowała. Mówiła dalej — o butach, o mrozie, o tym, iż raz zgubiła w śniegu zeszyt i wróciła go szukać, bo nowego nie było z czego kupić. Dyktafon nagrywał czterdzieści minut, a Zosia tylko raz przerwała, żeby dolać herbaty.
Trzy dni później Danuta nie wstała na śniadanie.
Halina znalazła ją w łóżku, we śnie, bez oznak bólu — tak powiedziała potem pielęgniarka z przychodni przy ulicy Gdańskiej, która przyjechała na wezwanie. Zosia stała w progu pokoju, nie wchodząc dalej, i patrzyła na laskę opartą o szafkę nocną, tę samą, którą jeszcze trzy dni wcześniej Danuta stukała o nogę stołu.
Wieczorem, kiedy w mieszkaniu zrobiło się cicho od sąsiadów, którzy przyszli i wyszli, od telefonów, które dzwoniły i milkły, Zosia usiadła sama w kuchni. Wzięła telefon, otworzyła dyktafon i odnalazła to jedno nagranie — czterdzieści minut, które zostały.
Odtworzyła je od początku. Głos Danuty, trochę ochrypły, opowiadał o butach dwa numery za dużych. W pewnym momencie, gdzieś w dwudziestej minucie, prababcia zaczęła się śmiać — z tego, iż kiedyś pomyliła drogę i zamiast do szkoły doszła do sąsiedniej wsi, i spóźniła się dwie godziny, a nauczycielka nie uwierzyła w żadne tłumaczenie.
Zosia cofnęła nagranie o kilka sekund i puściła ten fragment jeszcze raz. Śmiech. Potem cisza, w której było słychać, jak Danuta łapie oddech, żeby mówić dalej.
Na pogrzebie, trzy dni później, Zosia nie powiedziała nic na głos. Tylko podeszła do Haliny, podała jej słuchawki i wcisnęła play dokładnie w tym miejscu, gdzie prababcia się śmiała.
Halina słuchała z zamkniętymi oczami, trzymając w drugiej ręce pudełko po butach przewiązane sznurkiem, w którym leżały stare, czarno-białe zdjęcia. Kiedy nagranie dobiegło końca, zdjęła słuchawki i przez chwilę nie mówiła nic, tylko gładziła palcami wieczko pudełka.
— Zagraj mi to jeszcze raz — powiedziała w końcu. — Chcę usłyszeć, jak się śmieje.












