Tam, gdzie rodzi się szczęście

twojacena.pl 3 godzin temu

Tam, gdzie rodzi się szczęście

Mamo, zobacz, co namalowałam! Tak się starałam! choćby pani na plastyce mnie pochwaliła!

Małgosia wbiegła do kuchni z taką energią, iż drzwi cicho uderzyły o ścianę. W dłoniach niosła obraz nie po prostu niosła, ale niemal uroczyście, ostrożnie wyżej, jakby to był jakiś porcelanowy wazon odziedziczony po prababci, którego choćby motylem bałaby się musnąć. Jej policzki płonęły podekscytowaniem, a oczy świeciły się tak, iż wydawało się, iż odbija się w nich cały świat, który właśnie namalowała.

Zofia siedziała za stołem pod oknem i powoli mieszała herbatę łyżeczką. Otwierające się drzwi wyrwały ją z zamyślenia. Spojrzała i zaraz się uśmiechnęła euforia córki była zaraźliwa. Małgosia zatrzymała się dwa kroki przed stołem i wyciągnęła obraz do przodu, oczekując uważnego obejrzenia.

Przyglądając się uważniej, Zofia naprawdę się zachwyciła. Na płótnie rozciągał się bajkowy pejzaż: wysokie, fantazyjne zamki wynurzały się z mgieł, a w górze majaczyły ledwo widoczne smoki. Kompozycja nie była krzykliwa, ale zachwycała delikatną grą odcieni. Łagodne błękity i szarości przeplatały się z ciepłymi, złotawymi refleksami. Obraz zachował dziecięcą lekkość, a jednocześnie wszystko tu było przemyślane, spójne i ukończone.

Cudownie, córeczko. Jesteś niesamowita powiedziała szczerze Zofia, ostrożnie dotykając powierzchni obrazu. Farba nie wyschła jeszcze zupełnie, więc palce tylko muśnięły płótno. Tata będzie zachwycony, zobaczysz.

Małgosia na chwilę zamarła, upijając się słowami matki. Dobrze było słyszeć pochwałę naprawdę się starała, długo dobierała odcienie. Przytaknęła, przytuliła obraz do piersi i ruszyła do salonu. Zofia podniosła się za stołu i poszła za córką, mimowolnie spowalniając w progu.

W salonie przy biurku siedział Adam. Pracował na laptopie, palce gwałtownie wystukiwały coś na klawiaturze. Nie zauważył od razu, iż żona i córka weszły do pokoju.

Tato, zobacz, co skończyłam! Głos Małgosi drżał z przejęcia. Zatrzymała się tuż przed ojcem, znów wyciągnęła obraz, żeby lepiej widział. Pracowałam nad tym trzy miesiące! Wszystko dobierałam, żeby pasowało do pokoju Chciałam, żeby wszystko się zgrywało

Adam oderwał się od ekranu, zerknął na płótno i zaraz się skrzywił. Jego twarz stężała, w głosie zabrzmiała surowość:

I co to niby jest? Naprawdę sądzisz, iż taka bazgranina pasuje do wystroju?

Słowa ojca spadły na Małgosię niczym lodowata woda. Ścisnęła ramę obrazu tak mocno, iż pobielały jej palce. Przez moment w oczach zamajaczyło zaskoczenie nie spodziewała się takiej reakcji. Zapanowała jednak nad sobą i starała się mówić cicho, rzeczowo:

Ale naprawdę się starałam Wszystko tu jest w tej samej tonacji co pokój, rama z tego samego drewna, co szafa Chciałam, żeby ci się spodobało

Adam wstał od biurka, aż krzesło zgrzytnęło po parkiecie. Bez żadnych słów podszedł do obrazu, który Małgosia jeszcze przed chwilą trzymała tak delikatnie. Pochylił się, mierząc wzrokiem wszystkie szczegóły zamglone zamki, smocze sylwetki, grę błękitów, szarości, złotych muśnięć. Oglądał obraz tak dokładnie, jakby szukał błędów w projekcie technicznym.

Zgrywa się? w końcu powiedział, wyraźnie poirytowany. To zwyczajne bezguście. Zepsułaś całość. Te smoki wyglądają jak z taniej bajki. Ani stylu, ani głębi ot, zlepek obrazków.

Małgosia poczuła, jak zaczyna się cała kurczyć w środku. Zacisnęła zęby i próbowała się trzymać, ale ojca słowa bolały do żywego i głos jej się złamał:

Ale to fantastyka! Tak to widzę! To mój styl, moje spojrzenie! Przecież praca idzie na konkurs, a pani mówiła, iż mam szansę na pierwsze miejsce!

Adam tylko prychnął, krzyżując ramiona. Nie ukrywał rozdrażnienia, wręcz pogardy. Jeszcze raz spojrzał na obraz, jakby szukał nowego powodu do krytyki, jeszcze jednej skazy. Jego wzrok zatrzymał się na złocistych refleksach, przesunął się po ramie, znów wrócił do zamków tonących we mgle. Milczał tylko sekundę, ale dla Małgosi to była cała wieczność.

Nagle zimno wyciągnął rękę i pchnął płótno. Obraz zachwiał się i z głuchym łoskotem spadł na podłogę.

To śmieci. Nie zasługuje nawet, by być w tym mieszkaniu powiedział z chłodem Adam, zirytowany, iż oderwano go od pracy taką brzydotą.

Małgosia krzyknęła, rzuciła się do swojego obrazu na kolana, ostrożnie uniosła płótno, przegarnęła palcami powierzchnię, sprawdzając szkody. Ręce jej drżały, ale robiła, co mogła, by nie okazać, jak bardzo jest jej przykro. Czuła ogromną kulę w piersi, która ograniczała oddech, ale zaciskała zęby i jeszcze uważniej oglądała obraz, jakby od tego zależał cały jej świat.

Adam tymczasem zwrócił się do Zofii. Jego spojrzenie było oskarżycielskie.

Ty ją rozpieszczasz. To przez ciebie! Jakbyś nie chwaliła w ciemno, wiedziałaby, co to prawdziwy gust. Jak pani od plastyki uważa to za arcydzieło, to trzeba zmienić nauczycielkę! prychnął Adam i wrócił do laptopa, pokazując całym ciałem, iż rozmowa skończona.

Zofia bez słowa podeszła do córki, pomogła jej podnieść obraz, delikatnie trzymając ramę. Obie drżały, ale Zofia mówiła spokojnie, bez żalu czy złości w głosie.

Odchodzimy powiedziała cicho, stanowczo, bez podniesienia tonu, bez dramatyzmu. Wystarczy już. Zamieniłeś mieszkanie w jakąś galerię muzealną! Najgorsze, iż ranisz własne dziecko! Nie pozwolę ci marnować jej talentu! Mam dość! Zostań tu sam. W swoim królestwie.

Obie ruszyły do drzwi. Zofia przodem, Małgosia za nią, cały czas przyciskając obraz do piersi jak największy skarb. Przeszły przez salon, zostawiając w tyle napiętą ciszę i urażony wzrok Adama siedział posępnie za stołem, z założonymi ramionami, niezdolny czy niechętny, by zatrzymać je chociaż na krok.

Co? rzucił, jakby nie uwierzył. Chyba żartujesz?

Nie odparła Zofia, nie odwracając się więcej. Już od dawna była gotowa na tę decyzję. Bierzemy obraz, rzeczy i wychodzimy. Nie wrócimy. Ani dziś, ani jutro. Nigdy.

Adam prychnął, próbując nadać głosowi dawny protekcjonalny ton:

A gdzie pójdziecie? zapytał, rozglądając się po salonie, jakby przypominał, w jakim gnieździe mieszkały. Do tej rudery po babci? Bez porządnego remontu, w starych murach na pół zrujnowanych? Fanaberia! Wrócisz, to zobaczysz. choćby zaczniesz mnie przepraszać! Tylko nie wiem, czy wtedy wam wybaczę!

Mówił tonem człowieka, przyzwyczajonego, iż jego słowo musi być ostatnie. Zofia choćby go nie słuchała. Odwróciła się do Małgosi ciągle stojącej przy ścianie, wzięła ją za rękę ciepłą, choć drżącą i poprowadziła do sypialni.

Zabranie rzeczy nie zajęło długo. Układali książki, ubrania, zdjęcia w ramkach i choćby stare kapcie wszystko swoje, a nie tego mieszkania. Obraz Małgosi zawinęły uważnie w karton, przekładając papierem. Adam przemykał po mieszkaniu, w końcu usiadł w fotelu i ani myślał zatrzymywać. Ten cichy, uporządkowany wyjazd wzbudził nie gniew, ale zagubienie był przyzwyczajony do łez i awantur, nie do takiego spokojnego, nieodwracalnego wyjścia.

Niedługo potem były już w innej dzielnicy właśnie w tej ruderze, o której Adam wspominał z pogardą. Stał tu dom na starym Mokotowie, w zaułkach pod rozłożystymi lipami, między kamienicami wtulonymi jedna w drugą, jakby trzymały się karniszy i rynien, by nie runąć. Ich mieszkanie było na trzecim piętrze, niewielkie, z niskim sufitem. Na ścianach łuszczyła się farba, tu i ówdzie prześwitywał tynk. Parkiet skrzypiał przy każdym kroku, w kątach plątała się pajęczyna, a z parapetów trzeba było zetrzeć warstwę kurzu. W powietrzu unosił się zapach starych książek i drewna.

Zofia nie narzekała. Wyrzuciła sobie tylko, iż za często o tej nieruchomości zapominała. Ale wszystko naprawi! Zrobią remont nie katalogowy, ale domowy, taki, żeby tu się chciało mieszkać bez strachu, iż coś się ubrudzi.

Małgosia trzymała w rękach karton z farbami. Oczy jej błyszczały, ale tym razem nie od łez od nadziei. Podeszła do jednej ze ścian, podniosła pędzel, przystanęła i zerknęła na mamę.

Mogę? spytała cichutko. W tej prośbie tliła się nadzieja, jakby bała się, iż matka powie: Nie, zniszczysz ściany.

Jasne powiedziała Zofia. Maluj. Gdzie chcesz. Na ścianie, na suficie, wszędzie! Przecież to nasz dom. Możesz go stworzyć, jak tylko sobie wyobrazisz. Tylko może poczekajmy z malowaniem, aż będzie tynk zrobiony. Fajnie by było, żeby wszystko zostało na dłużej.

Nie zastanawiając się długo, Zofia zadzwoniła do koleżanki z pracy miała męża złotą rączkę, który dobrze i gwałtownie remontuje. Rozmowa nie trwała długo, a już parę godzin później fachowiec był na miejscu i ustalał zakres robót. Następnego ranka w mieszkaniu trwał remont w najlepsze.

Na czas remontu Zofia i Małgosia przeprowadziły się tymczasowo na stancję. Nie było to wygodne, ale nie zamierzały oddychać pyłem i znosić hałasów. Zwłaszcza iż umówiły się od razu także na wymianę okien.

Dobrze, iż Zofia nie roztrwoniła spadku po babci miała go przeznaczyć na studia Małgosi Teraz te pieniądze naprawdę się przydały…

**********************

W końcu prace zostały zakończone. Ściany pomalowano na spokojne, pastelowe kolory, ale w każdym pokoju zostawiono jedną zupełnie białą ścianę na twórczość.

Małgosia aż podskoczyła z radości, złapała za pędzel i natychmiast zaczęła malować pierwsze linie. Jej ruchy były spontaniczne, ale pewne wszystko już dawno miała w głowie. Żywe barwy kolejno pojawiały się na bieli, zamieniając ją w baśniowy pejzaż: tu mgły opływają zamkowe wieże, tu majaczą skrzydlate smoki, tu rozbłyskuje złoto na dalekich górach.

Zofia usiadła w starym fotelu i tylko obserwowała córkę. Było coś oczyszczającego w tym widoku. Małgosia była cała pochłonięta pracą: twarz jej promieniała, a gesty stawały się coraz wdzięczniejsze i bardziej pewne. Zofia uśmiechnęła się, obserwując ten potok fantazji i energii.

W tym momencie telefon cichutko zawibrował. Zofia sprawdziła ekran Adam. Przeczytała: Jak przemyślicie, możecie wrócić. Ale obraz zostaw w śmietniku, tam jego miejsce.

Wyłączyła telefon bez słowa. Spojrzała na Małgosię ta chichotała przy ścianie, nie bacząc na rozpryski farby. Wtedy Zofia zrozumiała bardzo wyraźnie: nie wróci. Nie dlatego, iż przestała kochać Adama do dziś mu wiele zawdzięczała. Ale szczęście córki było ważniejsze niż wspomnienia uczuć, które istniały już tylko w pustych gestach. Adam pogrążył się w swojej pracy, coraz bardziej oddalając się od rodziny choćby spać zaczął w innym pokoju…

*********************

Małgosia nie zmarnowała ani dnia. W krótkim czasie jej pokój zamienił się w istną pracownię. Ściany pokryły się pejzażami ze smokami i tajemniczymi zamkami, a sufit zamienił się w rozgwieżdżone niebo, na drzwiach pojawił się herb ich bajkowego domostwa. Córka pracowała z takim zapałem, iż czasem zapominała o jedzeniu i spaniu stale coś dopracowywała, dorzucała szczegóły, oceniała efekty z dystansu i znów ruszała do ściany.

Zofia patrzyła na to z cichą, głęboką radością. Widziała, jak zmienia się wyraz twarzy Małgosi: z napięcia entuzjazm, z nieśmiałości nieokiełznana fantazja. Córka nie bała się już pomyłek, nie szukała aprobaty, nie zastanawiała się, co spodoba się ojcu. Po prostu tworzyła swobodnie, szczerze, z sercem.

Pewnego wieczora, gdy Małgosia już spała, Zofia cichutko weszła do jej pokoju. W półmroku wszystko wyglądało intensywniej, namalowane światy pobłyskiwały żywością, jakby były prawdziwe. Zofia przeszła wzdłuż ścian, dotykając palcami suchej farby. W tym lekkim muśnięciu czuła się jak dotknięcie serca córki, jej wyobraźni, marzeń. Zrozumiała: prawdziwa sztuka nie polega na sterylnym pięknie designerskiego wnętrza, ale w niepohamowanej, szczerej ekspresji, gdzie każdy kolor jest emocją.

Telefon znów cicho zawibrował. Adam napisał: Naprawdę chcesz mieszkać w tej ruderze? Pomyśl o przyszłości Małgosi. Potrzebuje normalnego domu, a nie tej malarskiej rupieciarni.

Długo patrzyła na ekran, jakby przez te słowa chciała dostrzec jakieś głębsze myśli, ukrytą troskę. W końcu odpisała, litera po literze: Ona potrzebuje domu, w którym jej sztuki nie nazywa się śmieciem. Gdzie matka nie boi się kupić gąbki w niewłaściwym kolorze. A poza tym, zrobiliśmy piękny remont, więc śpij spokojnie. Przeczytała raz jeszcze i wysłała bez wahania, bez poprawiania.

Następnego dnia Zofia uznała, iż pora na trochę domowego ciepła. Meble poprzestawiały z Małgosią tak, aby w pokoju było jaśniej kanapa przy oknie, regały ustawione bokiem, by zwolnić miejsce. Zofia wyciągnęła z szafy poduszki, które kiedyś może się przydadzą, a Małgosia ułożyła je na kanapie, próbując różnych kombinacji.

W weekend wybrały się na targ staroci miejsce gwarne i barwne, gdzie stare lampy i krzesła mieszały się z rękodziełem, a zapach chleba i drożdżówek łączył się z wonią starego drewna. Małgosia od razu dostrzegła drewnianą szkatułkę z misteryjnym wzorem wieko skrzypiało lekko, a środek pachniał lawendą i starym papierem.

Mamo, jak ze snu! zachwyciła się Małgosia, delikatnie głaszcząc szkatułkę. Kupimy ją?

Oczywiście zgodziła się Zofia. Ma w sobie coś wyjątkowego.

Sama zatrzymała wzrok na wysłużonym fotelu-bujaku, ze złuszczoną farbą i nieco zapadniętym siedziskiem. Było w nim coś domowego, dostojnego, jakby przez lata dawał schronienie komuś, kto lubił czytać przy oknie.

To będzie nasz tron. Tylko trochę go odświeżymy zaśmiała się Zofia, gładząc podłokietnik. Wyobraź sobie, jak cudownie będzie tu siedzieć z książką albo kawą w słońcu.

Zapłaciły (pan z targu przyjął złotówki, resztę wydał staraniem i drobniakami), podały adres, dogadały dostawę i wracały do domu. Po drodze Małgosia nagle przystanęła przy sklepie z artykułami plastycznymi. W witrynie odbijały się metaliczne tubki farb, pędzle różnych wielkości, zrolowane płótna. Oczy aż jej się zaświeciły, ale zawahała się, zanim zapytała:

Mamo, a mogę dostać farby olejne? Te metaliczne? Tak świecą jakby były zaczarowane

Zofia uśmiechnęła się, widząc, jak córka walczy ze sobą, by nie powiedzieć za dużo.

Oczywiście, kochana. I płótno. Wielkie! Żeby wystarczyło na wszystko, co wymarzysz.

Małgosia rzuciła się jej na szyję z takim entuzjazmem, jakby chciała zatrzymać na zawsze to szczęście. Zofia poczuła w sobie ciepło nie proste zadowolenie, nie dumę, ale głębszą pewność: dobrze robi.

Przypomniała sobie, jak w tamtym mieszkaniu bała się odstawić filiżankę na niewłaściwą podkładkę, jak dobierała zasłony pod ton sofy i nigdy nie kupiła ręcznika innego niż planowany. Teraz, tu, wśród pisków, farb i śmiechu, nie było miejsca na strach. Była tylko domowa euforia poczucie, iż są nareszcie u siebie.

Kiedy wieczorem na zewnątrz już zapadł zmierzch, a ulica ucichła, Zofia zbierała się do snu i nagle dosłyszała z pokoju Małgosi jakiś szmer. Początkowo uznała, iż to przekładane rzeczy, ale usłyszała ciche mamrotanie córka mówiła coś do siebie.

Zofia przystanęła w korytarzu, nasłuchując. W domu było cicho, ale zza drzwi dolatywał ten przyjemny, spokojny szmer. Cicho uchyliła drzwi.

W świetle biurkowej lampy Małgosia była całkowicie zajęta układaniem nowych farb, przeglądała pędzle, sprawdzała oświetlenie, sięgnęła po szkicownik.

Nie śpisz jeszcze? szepnęła Zofia, starając się nie zaburzyć tej twórczej atmosfery.

Małgosia spojrzała, a w jej oczach był błysk tak żywy, iż nie było w nim cienia senności.

Nie mogę, muszę zacząć nowy obraz! Wyobraź sobie ogromny zamek, aż sięga chmur. Wokół zaczarowany, świecący las. W niebie cała gromada smoków, lecą do nas coś powiedzieć

Zofia uśmiechnęła się, podeszła bliżej i opierając się o framugę, patrzyła na córkę. W półmroku, przy ciepłej lampie, Małgosia wyglądała prawie jak młoda czarodziejka szykująca się na czyny.

Brzmi bajecznie szepnęła Zofia, czując wzruszenie i ulgę. Gdzie namalujesz taki obraz? Na płótnie?

Na ścianie Małgosia odpowiedziała bez wachania, rozglądając się po pokoju, jakby już tam widziała dzieło. W salonie. To będzie nasza historia! Żeby zawsze przypominała, jak to wszystko się zaczęło.

Zofia kiwnęła głową, a w gardle utknął jej ciepły, łagodny ciężar wzruszenia. Na oczach miała łzy ale ze szczęścia, nie z bólu. Już wiedziała: dom to nie ściany, nie meble, nie perfekcyjny remont. Dom to miejsce, gdzie można narysować smoka na ścianie i nie usłyszeć, iż to głupota. Gdzie można głośno marzyć, a każda kropka farby staje się częścią własnego świata.

Rano Zofię obudził apetyczny zapach kawy. Przeciągnęła się, nasłuchując odgłosów z kuchni ktoś działał tam z zapałem. Narzuciła szlafrok i wyszła.

W kuchni była Małgosia. Na stole stały dwie filiżanki kawy, a obok talerz z kanapkami. Małgosia promieniała, jej oczy aż błyszczały z niecierpliwości.

Mamo, patrz! zawołała, rozwijając przed nią wielki arkusz papieru.

Na kartce był szkic jeszcze niegotowy, ale już imponujący. Wielki zamek z mnóstwem wieżyczek, każda inna: jedna strzelista, inna z ażurowymi łukami, jeszcze inna schowana wśród zieleni. Wokół rosły drzewa z liśćmi jakby rozświetlonymi światłem. A nad wszystkim krążyły smoki nie groźne, ale ciekawskie, jakby przyszły na herbatę.

To będzie nasz rodzinny zamek dumnie wyjaśniła Małgosia. Z wieżami, sekretnymi przejściami i ogrodem pełnym świecących kwiatów. Chcę go namalować na ścianie. Mogę zacząć dziś?

Zofia przyjrzała się rysunkowi, dostrzegając morze fantazji, ciepła i miłości w każdym detalu. Poczuła, jak w sercu rozlewa jej się spokojna radość, i szeroko się uśmiechnęła.

Wspaniały plan powiedziała, tuląc córkę. Gdzie zaczynamy? Od najwyższej wieży? A może od ogrodu, żeby nadać nastrój?

Małgosia zamyśliła się chwilę, potem skinęła z determinacją:

Od wieży! Będzie jak latarnia żeby każdy od razu widział: tu jest nasz dom.

Zofia spojrzała na córkę na jej rozpalone oczy, zaciskające się z emocji dłonie i ten arkusz z bajkowym zamkiem. I wiedziała już na pewno: nie wrócą tam, gdzie każdy krok trzeba było śledzić, gdzie sztukę nazywano śmieciem, a marzenia mrzonkami. Bo tu, wśród farb, szkiców i niedokończonych dzieł, naprawdę odnalazły to, czego szukały swój prawdziwy dom.

Dom, w którym można być sobą.

Dom, w którym rodzą się bajkiWkrótce na białej ścianie zaczęły rosnąć wieże najpierw delikatne szkice, potem pewne, szerokie pociągnięcia. Kiedy pojawiły się pierwsze smoki, Małgosia uśmiechnęła się do mamy:
Niektóre będą czujne, inne rozbawione. Każdy smok pilnuje innego marzenia powiedziała cicho, malując łuk skrzydła.
A Zofia, stojąc obok, trzymała paletę, podsuwała czystą wodę i pędzle, czuła się potrzebna i ważna już nie jako nadzorca porządku, ale kustoszka szczęścia.

Z dnia na dzień ich dom piękniał, nabierał życia i kolorów. Przebłyski słońca łapały się w złocistych smugach na wieżach, wieczorami światło lamp mrugało w oczach smoków i w oknach zamku, czyniąc ścianę czymś zupełnie innym niż zwykłą dekoracją. Stała się opowieścią nie tylko o fantazji Małgosi, ale i o wolności, którą wspólnie stworzyły.

Wieża rosła z każdym dniem na jej szczycie Małgosia dorysowała maleńką postać z rozwianymi włosami, machającą w stronę pokoju.
To my wyjaśniła z uśmiechem. Machamy życiu, iż jesteśmy gotowe.

A kiedy ktoś z sąsiadów przychodził z ciekawości najpierw nieśmiało, potem coraz śmielej przy herbacie podziwiano ich mural i zachwycano się pomysłem. Pani Wanda z dołu przyniosła stare powykrzywiane krzesło, które Małgosia odnowiła i ozdobiła runami zapożyczonymi z bajek. Dwóch chłopców z sąsiedztwa zapytało, czy mogą namalować własnego smoka na swoim podwórku. Rozmowy, śmiech i dźwięki pędzli długo niosły się po korytarzu.

Wiosną, gdy okno otwierało się szeroko na rozśpiewane drzewa, Zofia spojrzała raz jeszcze na ścianę a z niej patrzyły wieże, smoki i te ich wspólne dni: odwaga Małgosi, czułość i determinacja własna. Przysunęła się do córki, objęła ją ramieniem i poczuła, jak światło tańczy im na twarzach.

Wiesz, Małgosiu, tutaj naprawdę rodzi się szczęście wyszeptała.
Córka uśmiechnęła się, a w kącikach ust zatańczyła iskra nadziei.
Bo pozwoliłyśmy mu wejść odpowiedziała.

I wtedy już wiedziały ich dom nie potrzebuje żadnych innych murów ani zabezpieczeń. Wszystko, co ważne, wyrosło ze słów, wyobraźni, farb i odrobiny miłości. A kiedy nocą w świetle lampy na ścianie zamigotały złote refleksy, Małgosia szeptem dodała:
Dopóki śnimy razem, żaden smok nie będzie zły.

A dom ich zamek, bezpieczna przystań rozkwitał wśród śmiechu, kolorów i szeptanych marzeń, coraz mocniej pulsując cichym, wytrwałym szczęściem.

Idź do oryginalnego materiału