Szwagierka błagała, bym zaopiekowała się jej synami, a potem zniknęła bez słowa na trzy dni – rodzin…

polregion.pl 1 dzień temu

No proszę cię, Justysiu, błagam! To naprawdę sprawa życia i śmierci! Nie mam do kogo się zwrócić, mama na działce, ciśnienie jej skacze, nie chcę jej stresować, a ty przecież jesteś moją ukochaną szwagierką, jedyną, która wszystko rozumie! paplała gwałtownie Sylwia, a słowa zlewały się w jedną, długą nutę. Justyna łapała tylko strzępy: ważna sprawa, dosłownie do wieczora, ratuj.

Justyna stała w drzwiach swojego mieszkania, w jednej ręce trzymała szmatkę do kurzu, a drugą walczyła z próbującym się wyrwać ze smyczy jamnikiem Borysem, który szczekał na niespodziewanych gości. A byli to właśnie Sylwia i jej synowie: siedmioletni Bartek i czteroletni Mirek. Chłopcy wdeptywali błoto w wycieraczkę, a teraz wydrapywali już paluchami wzory na korytarzowych tapetach.

Sylwia, poczekaj próbowała wciąć się Justyna. O jaki wieczór chodzi? Przecież dziś piątek! Z Marcinem mieliśmy jechać po pracy za miasto, mamy rezerwację w pensjonacie na weekend. Czekaliśmy dwa miesiące.

Sylwia teatralnie rzuciła torbę wypchaną prawdopodobnie dziecięcymi ubraniami.

Jaki pensjonat?! Młodzi jesteście, zdrowi, jeszcze się nacieszycie! A mi się życie rozstrzyga! Proponowali to znaczy mam rozmowę kwalifikacyjną! W innym mieście! Perspektywy fantastyczne, grafik elastyczny, pensja bajka. Jak teraz nie pojadę, przepadło! Dla dzieci to robię, żeby miały dobrze! Męża nie mam, alimentywiesz jak z tym jest…

Pociągnęła nosem i zrobiła najbiedniejszą minę świata. Ten numer samotna matka walcząca z losem Sylwia opanowała do perfekcji.

W tym samym momencie z kuchni wyszedł Marcin, mąż Justyny. Przeżuwał kanapkę, ale widząc siostrę i siostrzeńców, stanął jak wryty.

Sylwia? Co ty tu robisz? Przecież mieliśmy wyjeżdżać za godzinę.

Marcin, bratku! rzuciła mu się na szyję. Ratujcie mnie! Muszę pilnie jechać, dosłownie na 24 godziny. Jutro o 12 wracam, przysięgam! Bartek i Mirek u was zostaną, są grzeczni, nie wyjdą spod koca. Włączcie bajki, dajcie im trochę ciastek złote dzieci!

Marcin spojrzał na żonę spojrzenie miszmasz żalu do siostry i przerażenia przed kłótnią. Marcin był miękki, a Sylwia doskonale z tego korzystała.

Może przesuniemy wyjazd? Sylwia pracy szuka… To ważne bąknął nieśmiało.

Marcin, mamy bezzwrotną zaliczkę na pokój syknęła Justyna. Jestem wykończona po całym tygodniu.

Oddam wszystko co do grosza! Sylwia gwałtownie się wcięła. Jak tylko dostanę pierwszą wypłatę! Za pobyt też wam oddam, obiad postawię. No proszę! Dzieci gdzie mam dać? Do domu dziecka na weekend?!

W tym momencie Mirek kichnął, wycierając nos w rękaw kurtki, a Bartek już wylazł do salonu i nastawił telewizor na szpanerską głośność.

Dobra westchnęła Justyna, czując, jak w środku się gotuje. Do jutra, do drugiej popołudniu. Jak cię nie będzie, dzieci wieziemy do twojej mamy, bez względu na jej ciśnienie.

Jesteś aniołem! cmoknęła Justynę w policzek, zostawiając tłustą smugę szminki, gwałtownie rozebrała dzieci, wciskając Marcinowi reklamówkę z ubraniami. Kochani, jestem w kontakcie! Buziaki!

Trzasnęły drzwi. Mieszkanie zalała cisza, zakłócana tylko przez reklamy z telewizora.

No to chwyciliśmy reset weekendu z lekkim grymasem mruknął Marcin.

Nic nie szkodzi Justyna poszła do kuchni, mijając ślady błota na korytarzu. Przeżyjemy jakoś dobę. Byle nie zdemolowali nam mieszkania.

Przez kilka godzin było względnie spokojnie: dzieci gawiedziły przed telewizorem, chrupiąc cukierki. Justyna sprawdziła, co zostawiła Sylwia: dwie pary majtek, jedne rajstopy na dwóch, pęknięty tablet i tanie chipsy. Nie było leków, zabawek, ani w ogóle normalnego papu.

choćby piżam im nie spakowała I szczoteczki do zębów sobie darowała mruknęła, przekopując reklamówkę.

Skoczę do sklepu po szczoteczki i coś na śniadanie zarządził Marcin.

Wieczór się rozkręcił. Mirek, nakarmiony cukierkami, tradycyjnie odmówił kolacji.

Ja nie chcę zupy! wrzeszczał, smarując tłuczone ziemniaki po całym stole. Chcę nugetsy! Mama mi zawsze kupuje nugetsy!

Nie mamy nugetsów z westchnieniem cierpliwości powtarzała Justyna. Są kotlety, spróbuj.

Fuj! talerz poleciał na podłogę.

Jamnik Borys rzucił się ratować kotleta, a Justyna powlokła się znowu po ścierkę.

Bartek, na widok brata, skrzywił się i odsunął swoją porcję.

Też nie będę tego jadł. Wujek Marcin, kup pizzę.

Bartek, pizza niezdrowa, próbował pedagogicznie Marcin. Jedz co ciocia przyrządziła.

A mama mówi, iż gotowanie jest dla frajerów, zawsze lepiej zamówić, odparł poważnie siedmiolatek.

Justyna i Marcin wymienili spojrzenia pełne rezygnacji. Wieczór zapowiadał się wesoły.

Jakimś cudem nakarmili dzieci kanapkami i ulokowali na rozkładanej kanapie. Jako piżamy poszły stare koszulki Marcina.

Jutro o czternastej zabiera ich matka i idziemy choćby do kina w kółko powtarzała sobie Justyna, łapiąc kontakt z rzeczywistością.

Tak, przepraszam, iż ci to zafundowałem Sylwia po prostu jest specyficzna Ale nie ma złych intencji wydukał Marcin.

Sobota zaczęła się wybitnie od łomotu w kuchni. Bartek, penetrując szafki, zrzucił słoik kaszy gryczanej. Całe pole minowe gryczanych ziarenek!

Przypadkiem, mruknął skruszony.

Nic nie szkodzi Justyna policzyła do dziesięciu. Weź zmiotkę, będziesz pomagał.

Nie umiem. U nas sprząta mama. Albo babcia. Ja jestem facet.

O czternastej mieszkanie wyglądało jak po wizycie tornada. Brak zabawek nadrabiano poduszkami (budowa fortecy), kilka czasopism Justyny zostało pociętych w świnki, a kot Maciek, którego próbowano uczyć aportowania, schował się na szafie.

Obiad gotowy, dzieci spakowane, Justyna nerwowo zerka na zegarek.

14:00 cisza.

14:30 dalej nic.

Zadzwoń do niej mruknęła Justyna.

Marcin wybiera numer. Długie sygnały, potem automat: Abonent czasowo niedostępny.

Może jedzie, zasięg złapa usiłował żartować. Czasem nie ma sieci.

Jakie rozmowy w sobotę? Serio. Sam w to wierzyć chcesz? Justyna skrzyżowała ręce.

Czekali do wieczora. Telefon Sylwii milczał. Mirek zaczął popłakiwać z tęsknoty. Bartek wpadł w furię, domagał się rozładowanego tableta, którego Sylwia, oczywiście, nie zapakowała z ładowarką.

Ona już dziś nie przyjedzie zripostowała Justyna, patrząc na czarne już niebo. Marcin, to jest po prostu świństwo.

Nigdy nie wiadomo Może się telefon rozładował. Może PKS się popsuł próbował wymyślić wyjaśnienie Marcin, ale minę miał coraz bardziej nietęgą.

Noc była nieprzespana. Mirek się posikał, trzeba było zmieniać pościel i pucować kanapę. Bartek domagał się światła, bo potwory przychodzą. Justyna nie spała ani minuty.

Niedziela. Telefon Sylwii dalej milczy.

Dzwonię do twojej mamy zagroziła przy śniadaniu Justyna.

Nie rób tego spanikował Marcin. Miała kryzys ciśnienia! Jak się dowie, iż Sylwia zniknęła Błagam, poczekajmy chociaż do wieczora…

Marcin, jutro mam pracę. Muszę być w biurze na ósmą, jest zamknięcie miesiąca. Kto zostanie z dzieciakami?

Ja wezmę wolne obiecał cicho Marcin.

A potem klasyka gatunku: Mirek biegnąc, zahaczył nogą o wazon podłogowy jedyny, jaki rodzice Justyny dali jej na ślub. Huk rozbijanego szkła brzmiał jak fanfara Armagedonu.

To nie ja! wrzasnął Bartek. To Mirek!

Justyna, bez słów, sięgnęła po miotłę. Płakać już jej się nie chciało. Pozostała tylko zimna furia.

Wyjęła kawałki szkła, umyła podłogę, weszła do sypialni, gdzie siedział przygaszony Marcin i powiedziała:

jeżeli nie zjawi się do jutra rano, idę zgłosić na policję porzucenie nieletnich dzieci. I dzwonię po opiekę społeczną.

Justyna, zwariowałaś? To moja siostra! Chcesz dzieci do domu dziecka oddać?

Chcę, żeby twoja siostra poniosła odpowiedzialność za swoje dzieci! My nianiami nie jesteśmy! Nie jesteśmy z gumy! Też mamy życie! Ile razy mamy jej ratować weekend, portfel i psychiczną równowagę?

Może naprawdę była na rozmowie!

Ach, tak? Justyna chwyciła telefon. Patrz!

Włączyła Facebooka. Sylwia miała zamknięty profil, ale Justyna znała ludzi. U znajomej znalazła post: zdjęcie Sylwii w stroju kąpielowym, z drinkiem, na tle basenu. Lokalizacja: SPA Sosnowe Zacisze. Dopisane: Wreszcie odpoczynek. Dziewczyny, zasłużyłyśmy!

Marcin aż zzieleniał.

To chyba stare zdjęcie…?

Jest dzisiejsza data. I nowy strój kąpielowy, ten widziałam na wyprzedaży tydzień temu powiedziała Justyna. Okłamała nas. Po prostu wyrwała na weekend, zrzucając dzieci na nas.

Marcin bezradnie schował twarz w dłoniach.

I co teraz?

Ja wiem, co zrobię oświadczyła Justyna. Jutro zabieram dzieci do biura, sadzam w salkę na spotkania, a ty dzwonisz do swojej mamy. Albo niech twoja mama sama wybierze Sylwię z jacuzzi. Mam to gdzieś ja już limit dobrej woli wyczerpałam.

Najcięższa była noc z niedzieli na poniedziałek. Mirek, chyba od stresu i nędzy żywieniowej (zupka chińska i czekolada to fatalne combo), dostał gorączki. Termometr pokazał 38,5. Justyna biegała z naprzemiennie mokrymi ręcznikami i podawała leki przeciwgorączkowe. Spać się nie dało.

O siódmej rano w poniedziałek telefon Sylwii zmartwychwstał.

Abonent jest dostępny zaćwierkał messenger.

Marcin od razu naciska numer.

No co? mruknęła zaspana i sfochowana Sylwia.

Gdzie jesteś?! wrzasnął Marcin tak, iż Bartek zerwał się z łóżka. Wiesz, co tu się dzieje?!

No co tak się wydzierasz? Rozmowa się przedłużyła, musiałam zostać. Przecież mówiłam, iż poważna sprawa.

Jaką rozmowę kwalifikacyjną w SPA?! Widzieliśmy zdjęcia! Miałaś drinka! Mirek gorączkuje!

Zapadła chwila ciszy.

Szpiegujecie mnie?! Żadnego prawa do prywatności? A jeżeli ja akurat ustawiam sobie życie?! Męża może spotkałam w końcu! Mirek chory? Czym go nakarmiliście? Zostawiłam zdrowych! Jak mu coś będzie, to was podam do sądu!

Wracaj natychmiast. Albo zgłaszam dzieci do opieki społecznej rzucił Marcin lodowato, czego Justyna nigdy u niego nie słyszała.

No dobrze, już jadę. Histerycy!

Po trzech godzinach Sylwia wpadła do mieszkania pachnąca perfumami i spa-wypoczynkiem, opalona, wypoczęta. Od razu rzuciła się do Mirka.

Skarbie mój! Co oni ci zrobili? Nie karmili? Przechłodzili? spojrzała na Justynę z czystą nienawiścią. Mówiłam, iż nie wolno ci zostawiać dzieci! Nie masz własnych, to się nie znasz!

Zamroczyło Justynę. To już było cios poniżej pasa od lat z Marcinem bezskutecznie starali się o dziecko i Sylwia dobrze o tym wiedziała.

Wynocha powiedziała cicho Justyna.

Co? Sylwia zbaraniała.

Zabierz dzieci i wynoś się. Nie chcę cię już widzieć w swoim domu.

Sama sobie radź! odburknęła i z pośpiechem zgarniała rzeczy. Chodźcie, Bartek, Mirek! Idziemy stąd! Kupię wam zabawki, lody…

Sylwia, rozliczamy się zablokował drzwi Marcin. Rozbity wazon 500 zł, jedzenie 300 zł, leki dla Mirka 100 zł. Ból moralny bezcenny, więc daruję. Razem 900 zł. Przelej teraz.

Żartujesz?! Od rodziny?! Sylwia dostała wytrzeszczu.

Na SPA miałaś. Na długi też znajdziesz. Albo zadzwonię do mamy i puszczę jej fotki z twojego rozmowy kwalifikacyjnej. I niech posłucha, jak jej wnuk opowiada, iż mama nie gotuje, bo to dla frajerów.

Sylwia syknęła, chwyciła telefon, po kilku sekundach w telefonie Marcina pojawił się przelew.

Proszę bardzo! Zapomnijcie, iż istniejemy! I z łaski swojej, nie dzwońcie więcej!

Zabrała Mirka (ten już był zbyt słaby by protestować), popchnęła Bartka za drzwi i z hukiem zamknęła za sobą mieszkanie.

Justyna legła na kanapie. W mieszkaniu dalej śmierdziało czosnkiem, dziecięcym potem i lekami, na ścianie znajdowała się tłusta plama od kotleta.

Marcin przysiadł się do niej i wziął za rękę.

Przepraszam cię wyszeptał.

Ty nie jesteś winny, po prostu masz rodzinę. Ale przynajmniej już widzisz, ile warte są te pilne prośby.

To się nie powtórzy. Nigdy.

Siedzieli długo w ciszy. Potem zaczęli sprzątać razem, sprawnie, bez słowa. Wraz z kurzem i plamami wychodziło z ich domu napięcie całego szalonego weekendu.

Wieczorem zadzwoniła teściowa, pani Helena.

Justynka, witaj, głos słaby Sylwia płakała. Mówiła, żeście ją wyrzucili, żeście jej dzieci nie chcieli pilnować… żeście pieniędzy się domagali… Kochani, jak wy tak mogliście, przecież to rodzina…

Justyna westchnęła. Kiedyś tłumaczyłaby, padłaby w wyjaśnienia. Teraz przeszło jej przez te trzy dni.

Pani Heleno, Sylwia zapomniała tylko wspomnieć, jak się nazywał ten hotel SPA, gdzie miała rozmowę kwalifikacyjną w stroju kąpielowym. Najlepiej niech pani do niej zadzwoni po szczegóły. Albo kiedy ciśnienie pozwoli zapraszamy na herbatę, pokażemy filmik, gdzie Bartek opowiada, iż mama nie gotuje, bo to dla frajerów. Tematów nam nie zabraknie.

Zapadła cisza. W końcu teściowa westchnęła:

Justynko… rozumiem. No tak Głupia ta moja Sylwia Rozpieściłam ją.

My już się nie gniewamy, pani Heleno. Po prostu mamy wnioski na przyszłość.

Justyna odłożyła słuchawkę.

Słuchaj zwróciła się do męża, który patrzył na nią z niepokojem zamawiam pizzę. Ogromną i tłustą. Do tego butelka wina. Zasłużyliśmy.

A pensjonat? zapytał Marcin.

Za tydzień jedziemy. I wyłączamy telefon. Oba.

I właśnie tak zrobili. Gdy tydzień później wyświetliło się Sylwia, Marcin po prostu przełączył na tryb cichy i odłożył telefona ekranem do dołu. Lekcja została odrobiona, granice ustalone, a rodzina cóż, lepiej, gdy trzyma się ją na odpowiedni dystans.

Na zdrowie, jeżeli dotrwaliście do końca!

Idź do oryginalnego materiału