Słuchaj, opowiem ci historię, która chodzi za mną od dawna. Taki mam miks wspomnień, emocji, zapachów i dźwięków z dawnych lat. Chyba wiesz, jak to jest, gdy człowiek tak na oślep szuka kogoś, kto był kiedyś wszystkim… Otóż szukam kobiety o imieniu Jolanta.
Wiesz, przeszedłem przez cichą bramę pod kamienicą na warszawskiej Ochocie, gdzie śnieg topniał i chlapa zalała cały podwórzec. To już czwarty taki podwórzec, podwórze studnia, typowe dla starej Warszawy. Dzieciarnia na mokrych trzepakach, piłka odbijająca się po kałużach, a oni i tak szczęśliwi jak nigdy.
Stałem pod tą bramą, próbując coś sobie przypomnieć. Liczyłem, iż jakaś drobnostka pociągnie za sobą kolejne wspomnienia, ale wiesz wszystko inne niż kiedyś. Minęło przecież ponad czterdzieści lat. Kiedyś tylko sznury z praniem, stare komórki, ławki i krzaki floksa pod ścianą. Tyle było. A teraz…
No wszystko się zmienia. W zasadzie nie mogło być inaczej.
Nikogo nie zdziwił starszy facet w futrzanej czapce. Tu cztery kamienice zawiązują podwórze, wiecznie ktoś przyjezdny, pokoje wynajmowane, a Warszawa swoje widziała.
Musiałem wejść do klatki po prawej stronie od bramy to jedyna rzecz, co się nie zmieniła. Kojarzyłem piętro drugie, a kamienica trzypiętrowa. Mieszkanie niby drugie na prawo, ukryte głębiej na piętrze. Od razu przed oczami miałem koślawy zamek w oknie, ciemny zielony czajnik i skrzypiące deski, choćby tego upiornego karalucha, za którym lataliśmy z Jolą przez dwa dni…
Tylko, że… nie pamiętam numeru mieszkania, ani dokładnej kamienicy. Tylko ulicę, a tu podwórce studnie jak grzyby po deszczu jak rozpoznać to jedno? choćby klatkę pomyliłem miał być drugi numer od bramy, a te domy wszystkie jak od linijki, z jednego projektu.
Chodziłem więc od bramy do bramy…
Wciskałem na domofonie 43, pytałem grzecznie: Dzień dobry, szukam pani Jolanty. Może państwo… Zdążało się, iż odkładali mi słuchawkę. Nieraz ktoś odpowiadał, iż Joli tu nie mieszka i tyle. A bywało, iż próbowałem się dodzwonić ponownie.
Przepraszam, to naprawdę ważne. Proszę mi powiedzieć, czy w 1980 roku nie mieszkała u państwa pani Jolanta? Bardzo mi zależy…
Po kolejnym podwórku wyciągałem notes i notowałem: 16 nikogo, 24 na pewno nie, 32A nie wiedzą, bo nowi właściciele…
Tych podwórek było mnóstwo, musiałem kilka razy wracać tam, gdzie nikt mi nie otworzył, gdzie nie zdążyłem zapytać lub gdzie pojawiły się kolejne pytania.
Później wspinałem się po schodach szerokiej, ceglanej klatki schodowej. Okna wysokie, zaparowane, kot pachniał wszędzie Ten zapach pamiętałem doskonale.
Dzień dobry ukłoniłem się po staremu.
Na schodach pojawiła się starsza pani w szarym płaszczu, torba na zakupy w ręku.
Dzień dobry, do kogo pan? zagadnęła.
Na drugie piętro. Szukam Jolanty, starszej kobiety. Nie wie pani, czy tu mieszkała taka?
A jakie mieszkanie?
Kątowe po prawej. Ale to było dawno, za czasów jeszcze wspólnoty. Nie pamiętam numeru…
To chyba już nie. Teraz Górscy tam mieszkają, małżeństwo z dziećmi. O żadnej Joli nie słyszałam, jestem tu od dziecka.
Dziękuję schyliłem głowę i ruszyłem z powrotem po zdartych schodach.
Starsza pani szła za mną.
Przepraszam, a jak się nazywała ta pani?
Gdybym pamiętał, już dawno znalazłbym przez internet czy spis lokatorów. Nie pamiętam. Prawdę mówiąc, nie wiem…
A kim ona panu była, jeżeli można zapytać?
Zawahałem się, spojrzałem bezradnie…
Jolanta… Jolka… Joleczka…
Z miłością to tak już jest albo jest, albo jej nie ma. Cała reszta to tylko dekoracje, wątki poboczne. Aleksander Witold cały czas wierzył, iż miłość to taka delikatna materia nie przetrwa rozłąki, zniknie. Tyle lat minęło, a jednak czasem szczęście z dawnych chwil go rozsadzało. Pomagało, i bolało zarazem.
Winił siebie. Czterdzieści lat żył z dziurą w sercu.
Może to właśnie te wspomnienia uratowały mu serce, chociaż… To ono pierwsze zaczęło szwankować. Po śmierci żony, z którą przeżył niemal pół życia też nie różowo ostatnio nagle serce zastrajkowało, był zawał.
Nie mieli konfliktów z żoną, nie kłócili się tak jakoś się rozeszło. Mieszkali w jednym dużym mieszkaniu, ale osobno. Przechadzali się zaledwie pośród codziennych potrzeby.
Dla żony to było jej mieszkanie, jego tolerowała, bo trudno Mówiła swoim koleżankom: A dokąd on pójdzie? Niech już mieszka.
W ich mieszkaniu było tego wszystkiego… Złocone ramy, kryształy, stylowe antyki i masa bibelotów, a pośrodku salonu biały fortepian. Na nim waza z plastikiwymi kwiatami.
Dla niego ten fortepian zawsze był trochę na niby. Nie, iż nieprawdziwy, bo prawdziwy Steinway i Synowie. Ale tu nikt na nim nigdy nie grał, a waza nigdy nie znikała bo pokrywa nie była podnoszona.
Żona choćby raz próbowała nauczyć się grać, zatrudniła nauczyciela. Ale jak wszystko inne, tak i tę naukę rzuciła. Z wyjątkiem masaży czy manikiuru, żadnej sprawy nie kończyła.
Nawet ciąży nie donosiła… Ale dziś nie miał już do niej o to pretensji.
Ostatnio często do tego wracał. Myślał, iż są kobiety, które sprawiają, iż fortepian staje się czymś więcej niż bibelotem…
A mimo wszystko żonę wspominał z nostalgią. Ostatnimi laty było łagodniej oboje niezdrowi, spacerowali po podwórku, jeździli do parku, a czasami karmili kaczki na stawie obok. Zaczął choćby łowić ryby. Już niczego nie musieli udowadniać.
Czemu my tu wcześniej nie przychodziliśmy, Jolko? zapytał pewnego dnia.
Bośmy głupie byli przytuliła się łagodnie.
Kiedyś non stop gdzieś gnał, żona pchała go coraz wyżej po szczeblach urzędu, aż doszedł do ministerstwa. Teść, wybitny budowlaniec, pomógł mu w tym awansie. I choć nie był łasy na zaszczyty pracował ciężko. Sam do wszystkiego doszedł swoją pracą i sprytem.
A potem… Życie się poplątało.
Przepraszam, iż tak pytam… A kim ona panu była? starsza pani była gadatliwa.
Ona? To cała moja przeszłość. Całe serce odpowiedziałem cicho.
Kobieta już nie pytała. Chyba zorientowała się, iż szukam kogoś bardzo ważnego.
Szukałem dalej, a buty przemokły mi całkiem. Wielu ludzi odsyłało mnie z kwitkiem, bywali i tacy, co się zżymają. Ale czasem trafiał się ktoś życzliwy i słuchał mojej historii. Potem znowu kolejny adres, kolejne schody.
Wieczorem padłem w hotelu bez sił. Nie zdjąłem choćby kurtki, zamknąłem oczy. Plecy bolały, oddech był ciężki, nogi jak z ołowiu. A rano… Chyba domyślasz się znowu to samo.
***
Jesień była wtedy paskudna. Cała Warszawa pokryta mokrym, złotym dywanem, wiatr roznosił śmieci po ulicach. Handel kwitł na ulicach, stragany pod klatkami, łachy rozłożone na chodniku… Polskie lata 80.
Przyjechałem do Warszawy z przyszłym teściem na delegację z Białegostoku, przegląd budowli, w nowej demokratycznej rzeczywistości.
Teść bardzo liczył na ten wyjazd. A ja młody urzędnik, świeżo po studiach do wszystkiego podchodziłem jak do przygody. Znałem odpowiedzialność, ale kombinowałem sobie, iż mam czas, iż znajdę jeszcze swoje miejsce w życiu.
Wtedy właśnie, kiedy się spieszyliśmy na spotkanie, na stacji metra Centrum usłyszałem cudowną melodię. Taką, co nachodzi cię znienacka i ściska za gardło. Skądś dobiegała muzyka skrzypiec…
Dziewczyna o jasnych, kręconych włosach, w niebieskim berecie i jasnym, gazowym szaliku, grała w przejściu. Ubrana była w kraciaste palto, cienkie nogi, stare półbuty jak od baletnicy. Przed nią leżał pokrowiec na skrzypce, do którego ludzie wrzucali grosze.
Stałem i nie mogłem się ruszyć. Sceneria była niezwykła brud, szarość przejścia podziemnego i piękno tej melodii.
Gdy skończyła grać, podbiegł do niej gówniarz, złapał futerał z monetami i zaczął uciekać.
Handlarka, pierwsza się spostrzegła: Złodziej! Policja!
Dziewczyna miała jednak zamknięte oczy i grała dalej, jakby jej świat nie istniał.
Rzuciłem się za gówniarzem jako pierwszy. Wbiegłem na schody, patrząc jak nastolatek ucieka. Zawołałem do ludzi: Łapcie złodzieja!
Udało się jakiś mężczyzna zastąpił mu drogę, futerał wylądował na ziemi, a gówniarz czmychnął dalej. Zbierałem powoli porozrzucane monety, a ona podeszła już spokojna.
Dziękuję. choćby nie szukaj już tych groszy… Futerał stary, i tak często się psuje, powiedziała poważnie.
Było jasne, iż nie kradzież ją zmartwiła. Coś innego, bardziej smutnego.
Chciałem zagadać, ale ona nie była chętna na rozmowę.
Często tak tu macie? chciałem przełamać lody.
Bywa, tylko tyle. I poszła w swoją stronę.
Ruszyłem za nią, mimo iż nie miałem po co. Szedłem, aż zatrzymała się na moście Śląsko-Dąbrowskim. Długo patrzyła w wodę. Nagle podała futerał nad rzekę. Zrozumiałem, iż chce go wyrzucić razem ze skrzypcami. Podbiegłem.
Proszę, nie! chwyciłem futerał.
Spojrzała na mnie zaskoczona.
To pan? Ale po co pan tu przyszedł?
Nie mogłem pozwolić…
Zawiodłam się. Nie powinnam była grać w przejściu. Obiecałam mamie…
Czemu taka surowa była?
Mama zmarła dwa miesiące temu głos jej zadrżał.
Przepraszam. Naprawdę… Chyba rozumiem powiedziałem odruchowo.
Przeszliśmy razem kawałek. Milczała długi czas, aż w końcu wyznała:
Grałam dla niej całe życie… Nie potrafię bez niej. choćby muzyka już mnie nie cieszy.
A mimo to przyszłaś do przejścia. Może jednak dusza tego chciała…
To raczej głód. Nie mam ani złotówki, nie miałam dziś co jeść…
Wyciągnąłem portfel, ile mogłem dałem jej dwadzieścia tysięcy starych złotych.
Obraziła się trochę.
Myśli pan, iż wezmę pieniądze od obcego? Proszę już nie iść za mną, dobrze?
Przyspieszyła kroku. Próbowałem ją jeszcze wołać, poprosiłem, żeby przyszła do tego przejścia następnego dnia. A jednak długo jej nie było. Dopiero trzeciego dnia się pojawiła.
Handlarze byli już na mnie gotowi przynieśli mi składane krzesełko, bo wszyscy wiedzieli, iż siedzę i czekam na skrzypaczkę jak opętany.
Słuchałem ją przez ponad dwie godziny. Była zmęczona, ale też szczęśliwa.
Po koncercie wrzuciłem do jej futerału dwa banknoty po sto tysięcy starych złotych.
Zwariował pan? To za dużo! Zobaczą to chłopaki i będzie problem osłoniła pieniądze dłonią, rozejrzała się nerwowo. Chodźmy stąd!
Złapali nas. Tacy karkowie miejscowa banda, która pobierała haracze od wszystkich handlujących i grających. Niby miałem za nią zapłacić, a wyszła z tego bójka. Ona uciekła po pomoc do sklepu, zaraz pojawił się patrol milicji i rozgonił bandytów.
Skrzypaczka zabrała mnie do siebie. Wspięliśmy się na strome piętro starej kamienicy, klatka schodowa ciemna, korytarz zakurzony, jakby czas się cofnął.
Zamknęła drzwi do pokoju, adekwatnie dwóch pokoi wynajętych razem wysoko, jasno, w rogu pianino nakryte serwetką. Portret młodej kobiety, pewnie matki, cały w kwiatach.
Mieszkała biednie, ale godnie. Po kolacji, a adekwatnie po herbacie z sucharkami, usłyszałem całą historię. Matka umarła, ona rzuciła studia w Akademii Muzycznej, dorabiała na targowisku, czasem uczyła dzieci na skrzypcach.
I tak dzień po dniu… Przyniosłem jej potem cukier, chleb i ser. Narzekała, trochę się dąsała, ale ostatecznie przyjęła. Umawialiśmy się, iż się zobaczymy jeszcze raz.
Byliśmy razem dwa dni. Warszawska jesień, spacery, rozmowy o wszystkim i o niczym, śmiech, czytanie poezji. Przeżyliśmy chyba wszystkie emocje świata w te dwa dni.
W końcu wyznałem jej miłość i poprosiłem, żeby pojechała ze mną do Białegostoku. Była zamyślona. Cytowała mi wiersz Szymborskiej:
„To jest pieśń ostatniego spotkania,
Na dom ciemny patrzę przez łzy.
W sypialni świeczki palą się smutno
Żółtym, obojętnym blaskiem…”
Jolka, nie mów tak, nie o ostatnim! Ja chcę, żebyś pojechała ze mną.
Wieczorem była burza była z nami cała nasza kamienica. I noc spędziliśmy razem, do rana.
Poranek przyniósł telefon. Słyszę, iż mam stawić się pilnie, bo ciąży na mnie zarzut! Dostałem polecenie, by wracać pociągiem natychmiast. Sytuacja była fatalna wszystko przez intrygi teścia, który załatwił stanowisko dla własnej córki, mojej przyszłej żony.
Nie mogłem walczyć. Tam wszystko było już ustawione zarzuty o niegospodarność, jakieś przekręty. Znałem życie, wiedziałem, iż bez teścia mnie nie wyciągnął nikt z tego bagna.
Teść jednak postawił warunek: Żenisz się z moją córką, a ja cię wyciągnę. jeżeli nie martw się sam…
Przykro to wspominać, ale wtedy się poddałem. Pojechałem bez pożegnania. Chyba dlatego te poszukiwania realizowane są do dziś.
***
Z czasem nauczyłem się, iż starsze panie na ławkach znają wszystkie sekrety osiedla.
Jolanta? dwie seniorki wymieniły spojrzenia. A to nie ta, co zmarła na wiosnę? Pamiętasz, co ten jej syn przyjechał takim potężnym autem…
Serce mi zastukało, aż przysiadłem ze stresu.
Nie, to nie ta. Ty zawsze wszystko mylisz! Chyba chodzi o Zofię, a nie o Jolantę. Ona mieszkała tam po prawej, nie?
Znowu obchodziłem te same klatki, domy, podwórka. Z każdym kolejnym pytaniem bolała mnie głowa coraz bardziej. Szło mi już jak przez mgłę.
Aż w końcu: idę ulicą, widzę z daleka dawne topole, jeden dom, ten jedyny z wysokimi topolami, które pamiętałem od zawsze. Podwórze nieco zmienione, ale kształty te same.
Na ławce para starszych ludzi. Przystanąłem.
Dzień dobry, przepraszam, szukam pani około sześćdziesiątki o imieniu Jolanta. Dawniej tu mieszkała, na skrzypcach grała…
Spojrzeli się na siebie i kobieta mówi:
Przecież to Marysi córka Joleczka!
Znali państwo rodzinę? ledwo oddychałem.
No zawsze! Mieszkali tu, w pierwszej klatce, okna na drugim piętrze. Rosła tam jarzębina, pamięta pan?
Jarzębina? Tak! Była.
Opowiedzieli mi, jak to było po śmierci matki, jak Jolka wynajmowała pokoje studentkom, uczyła dzieci na skrzypcach, jak przyjechała kiedyś i powiedziała, iż ich mieszkanie wykupiła młoda skrzypaczka. Teraz mieszka tam z rodziną, dziecko już spore.
Zebrałem w sobie resztki odwagi i wszedłem na klatkę, zadzwoniłem. Zza domofonu męski głos. Przedstawiłem się, iż szukam pani Jolanty, czy można na chwilkę…
Drzwi uchyliła mi młoda kobieta z włosami dokładnie jak moja Jolka, choć cera trochę inna, spojrzenie jakieś znajome nagle zrozumiałem, to jej córka!
Chwilę potem już siedzę u nich w kuchni przy herbacie, a ona pyta: Pan Aleksander? Ja Agnieszka, córka Jolanty.
Rozmowa dziwnie płynie, bo nie pamiętam, jak miałem pytać dalej, emocje ściskają mi gardło.
W końcu mówię: Tak, to ja… Byłem kiedyś z waszą mamą szczęśliwy, bardzo krótko, bardzo dawno…
Agnieszka opowiedziała mi, jak wychowały się razem, jak matka walczyła o wszystko sama, z silną charakternością. Uścisnęła mnie z serdecznością i wzruszeniem. Przez chwilę miałem wrażenie, iż znalazłem się nagle wśród własnej rodziny.
Poprosiłem, żeby zawiozła mnie do matki. Zgodziła się, choć lekarz jej mąż Michał mówił: Po tym wszystkim przydałaby się panu raczej wizyta w szpitalu. Serce już nie to…
Ale wiedziałem, iż muszę iść do Jolanty.
Pod drodze przypominałem sobie tę starą piosenkę i słowa wiersza przyszłość gotuje nowe spotkania. W końcu dotarliśmy pod nowy blok w Ursusie, windą na piąte piętro.
Dzwonię. Drzwi otwiera ona. Starsza, już nieco pochylona, ale ta sama twarz, co przed laty.
Staliśmy oniemiali. Ona patrzyła, jakby nie dowierzała, iż to ja. Ja nie mogłem wydusić z siebie słowa.
Jolanto… Przepraszam… Przepraszam, iż tak późno i padłem jej pod nogi tam, gdzie otworzyła drzwi.
Padła na kolana koło mnie. Oboje łkaliśmy, śmiesznie rozmawiając przez łzy.
Wiedziałam, iż wrócisz! szeptała.
Nie byłem pewny, ale tak bardzo chciałem cię jeszcze raz zobaczyć… odpowiadałem szeptem.
I tak siedzieliśmy, trzymając się za ręce dwa cienie dawnych lat, którym dane było jeszcze chociaż raz się odnaleźć.
Reszta to już były tylko kolejne rozdziały, opowieści, łzy, śmiech i cisza. Tak bardzo żałuję straconych lat, iż odwagi brakło wtedy, iż pozwoliłem sobie zgubić szczęście. Ale potem już wiedziałem, iż choćby na chwilę los pozwolił mi jeszcze odzyskać ciebie…
I tak sobie teraz siedzę i opowiadam ci to wszystko, bo w życiu nigdy nie jest za późno. Może to banalne, może i typowe po polsku, ale… Trzeba szukać, choćby całe życie, żeby odnaleźć swoje szczęście.






