Telefon zadzwonił rano, dwudziestego dziewiątego grudnia.
– Marysiu, wysłałam listę, zobacz dokładnie – Antonina Nowak nie powiedziała choćby „dzień dobry”.
– I nie pomyl rodzajów jak ostatnio.
Maria otworzyła wiadomość i zamarła.
Łosoś, wołowina marmurowa, sery o nazwach nie do wymówienia.
Foie gras, ostrygi, drogie wędliny.
Na dole dopisek: „Weź porządne wino musujące. Gustaw powie, jakie.”
Sześć lat z rzędu.
Sześć sylwestrowych nocy w kuchni, trzy dni przygotowań.
A chwałę zbierała teściowa.
„Bogaty stół, otwarte serce” – mówili goście.
Gustaw w tym czasie palił na balkonie.
Albo znikał „na chwilę”, która trwała do północy.
– Czemu nic nie mówisz? – teściowa cmoknęła zirytowana.
– To wychodzi bardzo drogo – odpowiedziała Maria. – Może w tym roku prościej?
– Prościej?! – głos Antoniny przeszedł w pisk.
– Sześć lat świętujemy u ciebie za darmo, a teraz robisz mi sceny?!
– Gustaw! Powiedz coś!
Mąż leżał na kanapie, wpatrzony w telefon.
– Mama obiecała rodzinie porządny stół. Nie róbmy jej wstydu.
Maria pracowała jako księgowa w spółdzielni.
Oszczędzała na remont łazienki.
Płytki się rozpadały, czuć było wilgoć.
Ale pieniądze znów miały pójść na cudzą uczту.
Trzydziestego grudnia wstała o szóstej.
Jeździła po mięsnych, delikatesach, sklepach rybnych.
Bagażnik ugiął się pod ciężarem toreb.
W domu Gustaw oglądał telewizję.
Antonina siedziała w fotelu z herbatą.
– Tylko nie przesmaż mięsa jak ostatnio – powiedziała, nie podnosząc wzroku.
Maria zaczęła wnosić zakupy sama.
Poprosiła o pomoc przy najcięższym pudle.
– Jesteś silna, dasz radę – odparł mąż.
Postawiła pudło na podłodze i spojrzała na nich oboje.
Wtedy wszystko stało się jasne.
Rano, trzydziestego pierwszego, obudziła się pierwsza.
Gustaw spał. Antonina pojechała „podrasować urodę”.
Maria wzięła klucze i zaczęła wynosić jedzenie z powrotem do samochodu.
Łosoś, wołowina, krewetki, sery – wszystko do bagażnika.
Odjechała na obrzeża miasta, do domu dziecka na ulicy Kwiatowej.
Zostawiła tam całe zakupy.
Potem wróciła, włożyła najlepszą sukienkę i usiadła przy oknie.
Czekała spokojnie.
O piętnastej Antonina wpadła do domu, promienna i pachnąca lakierem do włosów.
– Marysiu, czemu nic nie pokrojone?! Goście za trzy godziny!
– Nie ma z czego gotować – odpowiedziała Maria.
Teściowa otworzyła lodówkę. Pusto.
– Gdzie wszystko?! Gustaw, chodź tu natychmiast!
Mąż zbladł na widok pustych półek.
– Marysiu, co zrobiłaś?!
– Oddałam, gdzie się przyda. Dzieciom z domu dziecka.
– Dzisiaj będą miały uczту jak króle.
– A wy nakarmcie gości tym, co sami kupiliście.
– Przez sześć lat nie kupiliście nic. Zupełnie nic.
Zapadła cisza. Słychać było tylko szum lodówki.
– Jak możesz?! – krzyknęła Antonina. – Przyjęłam cię do rodziny!
– Przyjęliście mnie jak służącą – odpowiedziała Maria spokojnie.
– Gotować, sprzątać, milczeć. Koniec z tym.
– Mam dwadzieścia pięć osób! Co im powiem?! – jęknął Gustaw.
– Powiedz prawdę. Że matka przywykła świętować czyimś kosztem.
– Że sześć lat nie wydałeś złotówki na ten stół.
– Nie waż się tak mówić o mojej matce!
– Teraz mogę – odparła, wkładając klucze do torebki.
– Jadę do rodziców. Otworzę wino, które kupiłam za swoje pieniądze.
Antonina stanęła w drzwiach.
– jeżeli wyjdziesz, małżeństwa nie będzie!
– Doskonale. Po świętach złożę pozew.
Wyszła i zamknęła drzwi.
Za plecami rozległ się trzask – coś uderzyło w ścianę.
Zeszła po schodach, wsiadła do auta, odjechała.
Telefon dzwonił przez pół godziny.
Gustaw – błagalnie, potem wściekle.
Antonina – z groźbami.
Maria odrzuciła wszystkie połączenia.
Przed nią było jeszcze wiele godzin roku.
I pierwszy raz w życiu – tylko jej własne.
















