Sześć bezpańskich psów przed szpitalem w Radomiu — i pacjent, którego nikt nie widział

twojacena.pl 6 dni temu

Jestem Marek Okuniewski, mam pięćdziesiąt cztery lata i od dwudziestu jeden pracuję jako ochroniarz w szpitalu miejskim przy ulicy Tochtermana w Radomiu. Widziałem już różne rzeczy na tym parkingu — pijanych, karetki jadące na sygnale o czwartej nad ranem, ludzi płaczących na schodach. Ale tamtej jesieni, w połowie października, zobaczyłem coś, po czym przez tydzień nie mogłem normalnie spać.

To był zwykły poniedziałek, koło południa. Wychodzę z budki przy szlabanie, patrzę — a pod główne wejście, tam gdzie stoją te dwie donice z tują, przywędrowało sześć bezpańskich psów. Nie sfora, nie stado skomlące o jedzenie — usiadły. Dosłownie usiadły, jakby ktoś im kazał. Dwa przy schodach, trzy bliżej drzwi, jeden trochę dalej, przy słupku z rozkładem autobusów — i ten jeden w ogóle nie spuszczał wzroku ze szklanych drzwi na oddział ratunkowy.

Pomyślałem sobie: pewnie zaraz pójdą, może ktoś je karmił w okolicy i się przyzwyczaiły. Minęła godzina, potem druga. Nie ruszyły się. Następnego dnia przychodzę na zmianę — leżą w tych samych miejscach. I dnia kolejnego też.

Najdziwniejsze było to, jak się zachowywały. Żadnego szczekania, żadnego warczenia, choćby między sobą się nie kłóciły o miejsce. Pielęgniarka z izby przyjęć, pani Grażyna, wyniosła im dwie miski — wodę i resztki z kuchni szpitalnej, jakąś kaszę z kurczakiem. Powiedziała tylko: "Biedactwa, pewnie zagłodzone." Ani jeden pies nie podszedł. Miski stały nietknięte do wieczora, aż je zabrałem, bo zaczęły przyciągać osy.

Kierownik administracyjny kazał mi je przegonić, bo pacjenci przy wejściu na okulistykę zaczęli się skarżyć, iż się boją przejść. Klasnąłem, machnąłem ręką, krzyknąłem "a sio, uciekać stąd". Odeszły z jakieś dziesięć metrów, poczekały, aż się odwrócę, i wróciły dokładnie tam, gdzie siedziały. Co do centymetra.

Tak minęło pięć dni. Lekarze zaczęli o tym gadać na papierosowej przerwie przy śmietnikach — słyszałem to nie raz. Jedna z internistek mówiła, iż może straciły kogoś, kto je karmił, i teraz szukają go właśnie tutaj. Inny lekarz się z niej śmiał, iż przecież to bezdomniaki, nie mają pana, kogo miałyby szukać. Ja tam milczałem, bo mnie akurat interesowało co innego — a mianowicie to, iż ten jeden pies, ten najdalej, mały, w łaty, czarno-brązowy, patrzył zawsze na to samo skrzydło drzwi. Nie na całe wejście. Na jedno konkretne skrzydło, to lewe, które się rzadziej otwiera.

Szósty dzień. Kończę zmianę o piętnastej, mam już iść do domu, autobus linii 3 odjeżdża za dwanaście minut, a ja stałem i patrzyłem na tego psa, zamiast biec na przystanek. I wtedy zobaczyłem, jak z tego lewego skrzydła wychodzi sanitariuszka, pani Iwona, z workiem na śmieci szpitalne, żeby go wyrzucić do kontenera. Pies zerwał się, podbiegł do niej — pierwszy raz od tygodnia któryś z nich się w ogóle ruszył z impetem — i zaczął skomleć, obwąchując jej fartuch.

Pani Iwona akurat mnie znała, bo pół roku wcześniej odholowałem jej auto spod szlabanu, więc zawołała mnie. Mówi: "Marek, ten pies mnie rozpoznaje, ale ja go pierwszy raz widzę". I wtedy przypomniała sobie, iż tydzień wcześniej na ostry dyżur przywieziono starszego mężczyznę, bezdomnego, znalezionego nieprzytomnego na działkach przy torach, niedaleko wiaduktu na Wośnikach. Miał przy sobie tylko sznurek od smyczy, bez psa. Zabrała mnie do dyżurki i pokazała kartę pacjenta — Zenon Krawiec, lat sześćdziesiąt osiem, hipotermia i zapalenie płuc, leżał wtedy na intensywnej terapii, drzwi obok tego lewego skrzydła.

Poszliśmy we dwóch sprawdzić — ja, ona i jeszcze lekarka dyżurna, doktor Basiak. Otworzyłyśmy okno na korytarzu od strony parkingu, żeby przewietrzyć, bo na intensywnej zawsze duszno. I ten łaciaty pies od razu podbiegł pod okno i zaczął skomleć w górę, w stronę sali. Doktor Basiak spojrzała na mnie i powiedziała cicho: "on wie, w którym pokoju leży jego pan".

Okazało się, iż pan Zenon przez dwa lata mieszkał w altance na działkach z sześcioma psami, które sam pozbierał z ulicy — karmił je tym, co uzbierał, zbierając butelki. Sąsiad z działki obok, pan Edward, powiedział nam później, iż Zenon zawsze mówił: "to moja rodzina, nikogo innego nie mam". Kiedy zasłabł na mrozie i karetka go zabrała, psy poszły za samochodem pieszo prawie sześć kilometrów — od torów aż pod szpital. I potem po prostu czekały, bo nie miały dokąd wrócić bez niego.

Dwa tygodnie później, kiedy stan pana Zenona się poprawił na tyle, iż mógł usiąść na wózku, poprosił pielęgniarki, żeby go wywieziono na dwór, do tych psów. Ja akurat miałem zmianę i widziałem to z bliska. Wywieźliśmy go bocznym wyjściem, tym przy aptece szpitalnej. Sześć psów zerwało się naraz, otoczyło wózek, jeden skakał mu na kolana, inny lizał ręce zwisające z podłokietnika. Pan Zenon nie mówił nic, tylko trzymał ich pyski w dłoniach po kolei, każdego, jakby sprawdzał, iż wszyscy są cali.

Sprawa trafiła do lokalnej gazety, do "Echa Dnia", bo ktoś z odwiedzających zrobił zdjęcie i wrzucił do internetu. Zgłosiła się wtedy pani Halina Wardas, prowadząca fundację dla zwierząt na Michałowie, i zaproponowała, iż znajdzie panu Zenonowi mieszkanie socjalne, w którym będzie mógł trzymać przynajmniej dwa psy, a resztę czasowo weźmie fundacja, dopóki nie stanie na nogi. Zenon się zgodził, ale postawił warunek — iż to on sam podpisze umowę adopcyjną na te cztery, które zostaną u fundacji, żeby wiedzieć, do kogo trafiają, i żeby móc je odwiedzać.

Miesiąc później, kiedy go wypisano, przyszedł do mnie do budki przy szlabanie z papierową teczką pod pachą — umowa najmu mieszkania przy ulicy Wośnickiej, trzydzieści dwa metry, i dokumenty adopcyjne na cztery psy podpisane jego ręką, z pieczątką fundacji. Powiedział, iż dwa zostają z nim od razu, resztę odwiedza w każdą sobotę autobusem, bo bilet miesięczny senior kosztuje w Radomiu czterdzieści dwa złote, a on może sobie na to pozwolić, bo dostał wreszcie zasiłek stały.

Stoję czasem przy szlabanie i patrzę, jak w soboty koło jedenastej przechodzi obok mnie starszy mężczyzna z dwoma psami na smyczy, w stronę przystanku, i zawsze się do mnie kiwa głową. Nie mówimy sobie wiele. Nie trzeba.

Idź do oryginalnego materiału