Szedł chwiejnym krokiem przez nocne ulice rodzinnego miasta, po solidnej dawce alkoholu. Dokąd zawędruje? To go nie obchodziło – przecież nogi same zaprowadzą do domu. On miał teraz inne zajęcie – głośno rozważał sens życia.

newskey24.com 3 godzin temu

Szedł chwiejnym krokiem przez nocną Warszawę, od dawna już po wypiciu solidnej porcji wódki. Dokąd zmierzał? adekwatnie nie obchodziło go to. Przecież miasto rodzinne, nogi same prowadzą do domu. Myśli miał zajęte ważniejszymi sprawami filozofował na głos.

Dlaczego, no właśnie, dlaczego tak życie mi się układa? Dwadzieścia siedem lat u kolegów dzieci do szkoły już chodzą, a ode mnie wszystkie dziewczyny odchodzą najdalej po miesiącu W najlepszym razie. Szorstki? No może i jestem, choć przecież tak powinien facet! uśmiechnął się gorzko Nikodem. Jedyne, co mi w życiu wyszło, to biznes. Daleko do milionera, wiadomo, ale na życie w dobrym stylu starcza.

Nagle zatrzymał się, złapał się za głowę, a z oczu popłynęły łzy:

Ile pieniędzy zostawiłem u tego lekarza Na koniec usłyszałem tylko: Nic nie możemy zrobić. Dam adres profesora w Warszawie, może on coś poradzi. Ale raczej nie. A ja co? Jutro pojadę, zobaczę tego profesora.

Stanął na moście, patrzył w ciemną toni Wisły.

Może się utopię? Rzeka głęboka, koniec z problemami jeszcze raz rzucił spojrzenie w dół. Nie, nie będę się topił. Zimno. Poza tym Sokrates nie nakarmiony. Wracam do domu.

Ruszył przez most i wtedy, na samym środku, zobaczył młodą kobietę. Z przodu miała turystyczny plecak z niemowlakiem, stała i wpatrywała się w wodę. Nagle zaczęła wspinać się na barierkę. Stanęła, rozłożyła ręce i Nikodem rzucił się w jej kierunku. Udało mu się ją złapać w talii i przyciągnąć do siebie, upadli razem na zakurzone deski mostu. Dziecko rozpłakało się na cały głos.

Co ty, oszalałaś?! krzyknął Nikodem trzeźwym głosem.

Czego chcesz? Po co się wtrącasz w nie swoje sprawy? kobieta zarwała się płaczem.

Bo mam wrażenie, iż trochę za wcześnie na śmierć skinął głową w stronę płaczącego malucha. Szczególnie dla niego. No, wstawaj i idź od razu do domu do męża, do mamy Masz kogoś?

Nie mam nikogo. Ani domu, ani męża, ani matki. Jestem sama!

Jeszcze tego brakowało pomógł jej się podnieść razem z dzieckiem. Idziemy.

Nigdzie z tobą nie pójdę! Jeszcze wyjdziesz, iż jesteś jakimś wariatem!

Topić się można zawsze, a z wariatem tylko strasznie? pociągnął ją za rękę. Idziemy, nie dyskutuj!

***

Szli przez nocną Warszawę przy wtórze płaczu niemowlaka. W końcu Nikodem nie wytrzymał:

Dlaczego on tak ciągle płacze?

Głodny, pewnie kobieta mocniej przytuliła dziecko.

To daj mu mleka!

Nie mam mleka ani pieniędzy.

I rozumu też niedużo mruknął Nikodem rozglądając się. Tam jest całodobowy sklep spożywczy. Chodź, kupimy mleko.

***

Kasjerka i ochroniarz podejrzliwie patrzyli na nocnych klientów. Nikodem chwycił koszyk i ruszył w głąb sklepu.

Gdzie macie mleko? zapytał.

Na końcu, lodówki odpowiedziała kasjerka.

Podeszli do lodówki.

Bierz, ile potrzeba zarządził Nikodem.

To wskazała, biorąc jeden kartonik.

Bierz więcej, nie żałuj! poczekał, aż zapełni koszyk. Czego jeszcze trzeba?

Pampersy

Pampersy ale co to?…

Tam, te opakowania na twarzy kobiety pojawił się cień uśmiechu.

Bierz!

A nawilżane chusteczki mogę?

Jasne.

Przy kasie Nikodem podał kartę.

Przyjmujemy tylko gotówkę oznajmiła kasjerka.

Wyciągnął z kieszeni złożony plik banknotów dwustuzłotowych. Podał jeden.

Nie mam wydać odpowiedziała kasjerka.

To proszę czekoladę na resztę wskazał rozdrażniony. Tam, tę.

***

Weszli do mieszkania. Kobieta rozejrzała się, zdziwiła się, a Nikodem zdjął buty, podszedł do lodówki, wyciągnął rybę i rzucił ją kotu, który natychmiast podbiegł. Potem wyjął sok i łapczywie wypił. Napił się, podszedł do kobiety:

Nocować będziesz w tym pokoju wskazał palcem. Tam kuchnia, tu łazienka. Ja idę spać.

Już miał wychodzić, ale zatrzymał się w drzwiach:

Jak się nazywasz?

Wioletta.

A ja Nikodem.

***

Chyba nie jest wariatem! weszła do kuchni, włączyła palnik gazowy, postawiła czajnik. Głupia, prawie się utopiłam! Gdyby nie on Co byśmy z Filipem robili nocą na ulicy? Zamarzlibyśmy. Jutro pewnie wyprosi. Chociaż dzisiaj ciepło

Czajnik zawrzał. Pobiegła do wskazanego pokoju, położyła płaczącego synka na łóżku, wyjęła z kieszeni plecaka butelkę, wybiegła do kuchni. Umyła ją, nalała mleka, rozcieńczyła wrzątkiem. Maleństwo łapczywie wypiło wszystko, przysypiając. Przetarła dziecko chusteczką, założyła pampersa zasnął.

Skorzystała z łazienki, jeszcze raz zajrzała do kuchni. Przypomniała sobie, iż dawno nic nie jadła. Otworzyła lodówkę, bez namysłu chwyciła kawałek kiełbasy i wsunęła go do ust, dokroiła sobie chleba, plaster sera. Gdy nakarmiła już głód, poczuła wyrzuty sumienia. Machnęła ręką, położyła się na łóżku obok synka i natychmiast zasnęła.

***

Rano. W nocy kilka razy wstawała, karmić dziecko. Ma osiem miesięcy, ciągle głodny. Słyszała, jak gospodarz mieszkania wstaje w nocy. Teraz też już nie śpi.

Trzeba się zbierać pomyślała cicho, by nie obudzić synka. Dobre nie trwa wiecznie.

Kręcił się przy kuchence. gwałtownie się umyła, zajrzała do kuchni.

Siadaj kiwnął głową na krzesło. Zaraz zrobię jajecznicę.

Lepiej usiądź, ja zrobię! delikatnie odsunęła go.

Wyjęła świeży koperek z lodówki, drobno pokroiła, posypała jajecznicę. Zwróciła uwagę na kubki, dokładnie umyła, zaparzyła kawę.

On przez ten czas wisiał na telefonie komuś rozkazywał, z kimś się kłócił. Wiolecie wydawało się, iż w ogóle jej nie widzi. Zjadł, wypił kawę, podniósł się.

Z napięciem czekała na wyrok: No, zaraz każe się pakować!

Wioletta, słuchaj uważnie. Jadę na tydzień. Najważniejsze karm kota, nazywa się Sokrates. Nie waż się dawać mu Whiskasa! Tylko świeża ryba, świeże mięso. Do mojego gabinetu nie wchodź! W innych pokojach, rób co chcesz.

W tej chwili z pokoju rozległ się płacz. Wioletta zerwała się z miejsca i spojrzała pytająco na Nikodema.

Idź po niego! kiwnął głową.

Po pięciu minutach wróciła z Filipem na rękach. Na stole leżało kilka banknotów po 200 zł:

Myślę, iż na tydzień wystarczy wskazał pieniądze. Wszystkiego dobrego, wychodzę.

Już sięgał do drzwi, gdy nagle Filip wyciągnął do niego rączki i powiedział coś, co przypominało pa-pa. Może tylko Nikodemowi się tak wydawało. Ale coś ścisnęło mu serce. Przecież nigdy nie będzie ojcem.

Wioletta, mogę go wziąć na ręce? wypalił zaskoczony sam sobą.

Jasne! podała mu dziecko, a jej twarz lekko rozjaśnił uśmiech. Nigdy nie trzymałeś dzieci?

Nie.

Trzeba tak, popatrz!

Dziecko śmiało się, machało wesoło rączkami. Nikodem patrzył z fascynacją na to małe cudo.

Nigdy nie będę miał syna zamyślił się, oddając malucha matce.

I wyszedł.

***

Wracał do domu. Lekarz z Warszawy powiedział mu wprost nie będzie miał dzieci. Miał podły nastrój: Po co mi te wszystkie pieniądze, czteropokojowe mieszkanie, terenówka? Facet powinien mieć rodzinę. A u mnie w domu ciągle bałagan. W samochodzie siedem miejsc, a jeżdżę sam

Wszedł do mieszkania A tu nieskazitelny porządek. Na twarzy Wioletty mieszana niepewność, odrobina wstydu.

Pa-pa! rozległ się dziecięcy śmiech.

Walizka z rzeczami wypadła mu z rąk, ręce wyciągnęły się do malucha

Czasem los zsyła nam kogoś, kiedy najmniej tego oczekujemy, by przypomnieć, iż wartości w życiu tworzymy przez dobro i obecność dla innych, a nie przez pieniądze czy sukcesy.

Idź do oryginalnego materiału