Szczęścia nikt nie szukał na wysypisku. W dzisiejszych czasach to akurat nikogo nie dziwi. Tam żyło i tam się żywiło. Czasem udało się wyrwać spleśniały kawałek pizzy z kartonu albo ogryzek jabłka sprzed marketu. Wprost spod wielkich, stalowych kontenerów na śmieci w Krakowie, gdzieś na tyłach osiedla Azory. Szczury patrzyły na nie wilgotnymi ślepiami i uciekały z piskiem. Ludzie przeważnie omijali wzrokiem. Czasem któryś trzasnął gazetą, żeby odgonić. A patrole straży miejskiej… cóż, to już zupełnie osobna rozmowa. Najgorzej było na początku grudnia, kiedy od Tatr ciągnął mroźny wiatr, a z ołowianego nieba sypał deszcz ze śniegiem. Wtedy Szczęście wciskało się pod kontener i trzęsło cicho, choćby nie skomląc. Nikomu w naszych czasach Szczęście nie jest potrzebne, proszę państwa. Karm je. Poj je. Wyprowadzaj na spacer. Same niepotrzebne kłopoty. No i żadnego zysku z tego. Krótko mówiąc, rzecz bezużyteczna, jak na dzisiejsze standardy.
Mężczyzna był w ciągu alkoholowym. Zbierał puszki i zanosił je do skupu na osiedlu. Potem kupował najtańsze piwo i suchą bułkę. Tak żył. adekwatnie nie zawsze tak było. Ale ostatnie trzy lata, to na pewno. Odkąd Ewa spakowała walizki. Tak się zaczęło picie. A wyjść z tego już nie umiał. Z warsztatu stolarskiego też go w końcu wygonili, choć był jednym z najlepszych w Małopolsce. No i tak się szwendał. Całe szczęście, iż stary mistrz zostawił mu w spadku kawalerkę na trzecim piętrze, bez windy, bo inaczej przepadłby z kretesem.
Wyciągnął z kontenera reklamówkę z pustymi butelkami po piwie i dwoma prawie wyschniętymi kanapkami. Obiad będzie, ucieszył się w duchu i spojrzał niżej. Spod kontenera patrzyły na niego ogromne, czarne oczy, pełne cichego błagania. Kudłaty, brudny psiak, mieszaniec nie wiadomo czego z border collie. Bardzo widać jeść chciał, pomyślał mężczyzna i wyjąwszy z kanapek plasterek mortadeli, podał psu, a sam usiadł obok, opierając się plecami o zimny metal. Tak sobie razem przekąsili. Szczęście połknęło mortadelę, oblizując się głośno, a mężczyzna parę bułek. Potem wstał, stęknął ciężko, podniósł Szczęście pod wilgotny brzuch i przyciskając do piersi, poniósł do swojego na wpół pustego mieszkania.
Tam opróżnił dwie puszki taniego piwa, wyciągnął z lodówki resztkę pasztetu i starą kaszankę. Postawił na podłodze i podrapał psa za uchem.
— Jedz, jedz. Teraz masz dom. I na twoją porcję zawsze coś znajdę, nie bój się.
Rzucił się na łóżko w ubraniu. Ręce mu się trzęsły, więc pomyślał, iż kurtkę zdejmie rano. Włączył stary, terkoczący telewizor i zasnął. Szczęście, po opróżnieniu misek, znalazło w przedpokoju starą, cuchnącą wycieraczkę i załatwiło tam swoje pilne sprawy. Po czym błyskawicznie wskoczyło na łóżko i usiadło na piersi mężczyzny, który przez sen jęczał i charczał. Pies przyjrzał się mu z niesamowitą uwagą. Kto przygarnął – ten i pan, pomyślało Szczęście. Przywarło ciepłym bokiem do boku mężczyzny i jego oddech w jednej chwili się uspokoił. Charkot zniknął, a urywany świst przeszedł w głęboki, równy rytm. I przyśniły mu się warsztaty na Kazimierzu, zapach dębowych wiórów i głos starego Krzysztofa, który mówił: „Patrz, Tadeusz, każdy sęk w drewnie to nie wada, to podpis Boga. Pamiętaj”. Uśmiechał się przez sen. Szczęście westchnęło i raz jeszcze spojrzawszy mu w twarz, rozpłynęło się w powietrzu wibrującym od ciepła. Serce mężczyzny zabiło spokojnie i mocno.
Rano, obudziwszy się zdumiewająco trzeźwy, Tadeusz nakarmił Szczęście resztką pasztetu i pomyślał, iż musi kupić żwirek do starej kuwety, która stała na balkonie. Podszedł do lustra w przedpokoju. Z framugi patrzyła na niego obca, nalana, przekrzywiona twarz. Oczy w czerwonych obwódkach, siwiejąca szczecina na policzkach. Rany boskie! Czy to naprawdę ja? — przemknęło mu przez głowę. Uczucie obrzydzenia i zimnego przerażenia ścisnęło go za gardło. Ogolił się drżącą ręką, umył w zimnej wodzie i przebrał w stare, ale czyste dżinsy. Zaczął sprzątać. Zbierając porozrzucane puszki, napełnił cały wielki wór, a przestawiając graty na kuchni, znalazł trzy stare, zakurzone koperty z gotówką schowane na czarną godzinę jeszcze za czasów małżeństwa.
— Widzisz, jak nam się poszczęściło, co? — powiedział do Szczęścia i pogłaskał je po puszystym grzbiecie.
Zarzucił wór na ramię i poszedł na skup. Kupiwszy za kwotę z kopert porządną karmę, dwie miski i smycz, wracał wolnym krokiem. Przechodząc obok kontenerów, przy których znalazł Szczęście, przystanął. Sam nie wiedząc czemu, otworzył worek z karmą i zaczął rozsypywać suche chrupki pod sąsiednimi wiatami śmietnikowymi. Dwa chude koty i jeden kulawy kundel patrzyły na niego oczami pełnymi osłupienia i ostrożnej nadziei. Skończywszy, Tadeusz wszedł po ciemnych schodach na trzecie piętro. Dawno nie jeździł windą. Nie chciał widzieć pełnych litości i potępienia spojrzeń sąsiadów z dołu, tych co to zawsze pamiętali go jako „pana magistra od mebli na zamówienie”.
Otworzył drzwi. Szczęście czekało w progu. Podskakiwało radośnie na sztywnych łapkach, usiłując dosięgnąć jego dłoni. Tadeusz podniósł psa i ucałował go w zimny, mokry nos. Nagle rozdzwonił się telefon. Aparat leżał pod stertą gazet i Tadeusz prawie zapomniał o jego istnieniu. Podskoczył i upuścił smycz. Szczęście, opadłszy na cztery łapy, pobiegło na koc i położyło się tam, wyciągając się na całą swoją małą długość. Jego człowiek był w domu. I to było najważniejsze.
— Hej, słyszysz? Żyjesz? — z głośnika popłynął dawno niesłyszany, ale znajomy głos Marcina, brygadzisty z firmy stolarskiej na Zabłociu.
— Żyję, podobno — odpowiedział Tadeusz chropowato.
— Trzeźwy jesteś? — kontynuowała słuchawka bez ogródek.
— Od wczoraj — powiedział Tadeusz i nagle uświadomił sobie, iż to prawda.
— No i zajebiście — ucieszył się Marcin. — Mamy nowy kontrakt na odrestaurowanie boazerii w kamienicy na Starowiślnej. Inżynierów z doświadczeniem, co dąb od sosny odróżnią z zamkniętymi oczami, brakuje. Bierz rower i wpadaj jutro na siódmą do biura. Czekam. Czas wracać do żywych.
Słuchawka zamilkła. Tadeusz jeszcze długo trzymał ją przy uchu, słuchając krótkich sygnałów, które odbijały się echem w głębi jego głowy niczym najpiękniejszy hejnał mariacki. Odłożył telefon na kuchenny blat i spojrzał na Szczęście.
— No i proszę — wychrypiał, a głos mu siadł od emocji. — Do starej roboty wołają. Jutro jadę.
Opadł ciężko na krzesło i nagle… nagle wydało mu się, iż Szczęście naprawdę uśmiechnęło się do niego tymi czarnymi oczami i mrugnęło. Tak, przywidzenie, oczywiście, pomyślał Tadeusz, wycierając zamglone oczy rękawem. Rozbierał się i położył na łóżku obok psa. Głaszcząc go powoli, zapadał w drzemkę. I śnił mu się piękny sen, proszę państwa. Śniło mu się, iż telefon zadzwonił raz jeszcze. I w słuchawce odezwał się zmęczony, ale ciepły głos Ewy.
— Jak się trzymasz? — spytała cicho. — Może byśmy się spotkali? Na kawę. Pogadać.
— Koniecznie. Koniecznie — ucieszył się Tadeusz. — Jutro po robocie, co ty na to?
Minęły dwa miesiące.
Warsztat na Zabłociu huczał od maszyn. Tadeusz stał przy stole montażowym, wykańczając ostatni panel dębowej okładziny. Pachniało lakierem i świeżym drewnem. W kącie, na starym swetrze mistrza Krzysztofa, spokojnie drzemało sobie Szczęście. Firma, widząc, iż pies jest cichy i nie wchodzi pod maszyny, przymknęła oko na nowego „pracownika”. Brygadzista Marcin mawiał nawet, iż od czasu pojawienia się kundla, Tadeusz nie schrzanił ani jednego wymiaru, a przecież kiedyś ręce mu się trzęsły nad suwmiarką.
Tego dnia koło piętnastej Tadeusz sięgnął po telefon. Chciał zamówić taksówkę, żeby nie iść z psem na przystanek w mróz. Nagle zobaczył na ekranie nieodebrane połączenie od Ewy. Oddzwonił od razu, z sercem podchodzącym do gardła.
— Spotkajmy się dzisiaj — powiedziała, zamiast „halo”. — Na rynku, pod Mickiewiczem, o szóstej. Sama. Tylko my dwoje.
— Będę — powiedział krótko Tadeusz i rozłączył się. Spojrzał na Szczęście. Pies stał przy drzwiach warsztatu i patrzył na niego wzrokiem, który mówił: „No jedź, na co czekasz?”.
Stary Rynek w Krakowie lśnił od świątecznych iluminacji. Tadeusz czekał przy pomniku, przestępując z nogi na nogę. Wypatrzył ją z daleka. Szła przez płytę rynku w swoim długim, granatowym płaszczu, tym samym, który kupili razem na wyprzedaży we Florencji lata temu. Podeszła blisko. Pachniała tymi samymi perfumami co zawsze. W oczach miała smutek, ale i ulgę.
— Dobrze wyglądasz — powiedziała, dotykając kołnierza jego czystej kurtki roboczej. — Naprawdę.
— Mam psa — wypalił nagle Tadeusz i głos mu się załamał. — Znaczy, on ma mnie, rozumiesz.
Ewa uśmiechnęła się i Tadeusz zobaczył w tym uśmiechu dokładnie to samo, co widział tamtej nocy pod kontenerem, w oczach Szczęścia. Proste, niezachwiane zaufanie.
— To może pójdziemy gdzieś, gdzie wpuszczają z psami? — spytała. — Opowiesz mi o nim.
Wzięła go pod ramię. Ruszyli w stronę ulicy Grodzkiej. Śnieg skrzypiał im pod butami. A gdzieś na trzecim piętrze ciemnej kamienicy na Azorach, na podartym swetrze z wiórami dębu, małe Szczęście uniosło głowę przez sen i zamerdało ogonem. Dokładnie w tej samej sekundzie, gdy dłoń Tadeusza i dłoń Ewy splotły się w mroku, jakby nigdy się nie rozdzieliły.











