Mieszkanie kupiłem od syna właściciela, który zmarł kilka miesięcy temu. Przez kilkadziesiąt lat mieszkał tam ze swoją żoną, zostawiając w tych ścianach wiele emocji i nieopowiedzianych historii. Gdy po raz pierwszy otworzyłem drzwi, uderzył mnie kwaśny zapach stęchlizny. Przypuszczam, iż dawno nie było ono wietrzone. Po kilkuminutowych oględzinach stwierdziłem, iż potrzebny jest niewielki remont. Ściany trzeba odświeżyć, w dużym pokoju zerwać pożółkłą tapetę. Podłoga wciąż była w dobrym stanie, a meble kuchenne czekały na wymianę. Łazienka wyglądała zaskakująco dobrze, choć żeliwna wanna budziła mój niepokój. Wolałbym prysznic, ale na takie zmiany moje możliwości finansowe nie pozwalały. Zaśniedziałe lustro już się do niczego nie nadawało - nie odbijało rzeczywistości.
Do wyrzucenia była też stara kanapa, niewątpliwie pamiętająca niejedną miłość i wiele cichych dni - siedlisko kurzu, roztoczy, a być może pluskiew, gotowych wysysać ze mnie krew do ostatniej kropli.
Jednak jeden mebel mnie zauroczył. Stara, drewniana szafa stała samotnie w kącie. W dzieciństwie miałem taką samą. Od pierwszego spojrzenia wydawała się znajoma, jak fragment dawnego życia, który nagle pojawia się w nowym miejscu. Chwilę wpatrywałem się w ten relikt przeszłości, ale musiałem wychodzić - duszący fetor wywoływał mdłości i ból głowy.
Ekipa remontowa uwinęła się w tydzień. Teraz całe mieszkanie pachniało świeżością, a ja w końcu mogłem się wprowadzić i poczuć, iż jestem „na swoim”. Długo na to pracowałem. Cierpliwość i wyrzeczenia doprowadziły mnie do upragnionego celu. Mogłem wreszcie zawiesić zdjęcia i kilka surrealistycznych obrazów, które kiedyś kupiłem na garażowej wyprzedaży. I wreszcie nadszedł też czas, by zajrzeć do pokrytej fornirem szafy, która tak bardzo kusiła. Może nie pasowała do wystroju, ale zostawiłem ją dla sentymentu. Była też bardzo praktyczna i trwała - w końcu to lite drewno, a nie płyta wiórowa.
Nie mogłem się oprzeć pokusie, by wejść do środka i jak za dawnych lat skryć się przed światem i ojcem, który w napadach złego humoru potrafił być nieprzyjemny. Lekko uchyliłem prawe skrzydło. Zawiasy zaskrzypiały, jakby zgrzytały zepsutymi zębami. Trzeba będzie posmarować je masłem lub wlać odrobinę oleju. Tak jak przypuszczałem, od wewnątrz wisiało małe lustro i haczyk na kurtkę lub koszulę. Zawsze dziwiło mnie, po co w szafie lustro. Przerażała mnie myśl, iż w nocy może przez nie wejść „drugi ja” i zająć moje miejsce. Strachy jednak znikły - teraz nie wierzę w takie opowieści. Nie wiem dlaczego, ale poczułem silną potrzebę wejścia w ciemne, pachnące ziołami i kurzem wnętrze. Jakaś siła pchała mnie do środka. Uległem bez wahania. Mebel lekko jęknął pod niespodziewanym ciężarem, ale pozostał niewzruszony jak pomnik wykuty w granicie.
Zapadła przyjemna cisza. Usiadłem, podkulając nogi. Wszystkie moje troski zostały na zewnątrz. Nie było ojca z oczami pełnymi nienawiści, szumu informacji o wojnie i drożyźnie ani żadnych innych trosk. Jednak trochę niewygodnie - ciało gwałtownie zdrętwiało, a głowa oparta o nagą deskę zaczęła boleć.
W kolejnych dniach nie miałem czasu, by zająć się sobą. W pracy panował chaos - goniły mnie terminy i absurdalne zarządzenia. Potrzebowałem odpocząć i odizolować się od tego zgiełku i szefa psychopaty. Odkładając kurtkę na fotel, spojrzałem w stronę starej szafy i pomyślałem: a gdyby tak…? Wziąłem z kanapy poduszki, gruby koc i misia, którego dostałem od tej, jak mi kiedyś się wydawało, jedynej. Teraz mogłem wygodnie usiąść i cieszyć się spokojem. Muszę pomyśleć o lampce - wtedy mógłbym czytać i pisać wiersze, słuchając skrobania korników.
Ponownie znalazłem się w subtelnej przestrzeni. Koc i poduszki otuliły mnie jak miękka forteca, a świat za drzwiami zdawał się tracić wszelką wagę. Deski pod plecami były chłodne, ale solidne, a małe lustro odbijało blade światło z okna w pokoju, rozbijając je na ciche refleksy. W tej ciszy czas zwolnił. choćby oddech zdawał się wybrzmiewać głośniej niż zwykle, jak echo w opustoszałym kościele.
Poczułem nagle ogromną senność. Powieki powoli opadły, a ciało - ciężkie i bezwładne - odpłynęło w nieznane krainy wyobraźni. Śniło mi się ogromne drzewo, którego konary sięgały chmur, a ja wdrapywałem się na sam szczyt. Stałem na środku pustyni - samotny, otoczony bezkresem. Żar palił moje plecy, duszno. Brakowało powietrza. Nagle błękitne niebo zmieniło się w ciężkie, czarne chmury, zasłaniając wszystko. Rozległ się przeraźliwy huk, głuchy, wstrząsający ziemią.
Obudziłem się z bólem w karku. Wokół panowała cisza, która nagle wydała się podejrzana. Serce zabiło szybciej. Czy to był sen, czy naprawdę usłyszałem uderzenie? Wyskoczyłem z szafy. Wszystko w pokoju było na swoim miejscu. Sprawdziłem resztę mieszkania. Nic. Pozostała tylko niepokojąca świadomość, iż coś - moja wyobraźnia, czy może samo drewno szafy - wciąż czaiło się tuż obok.
Te majaki dźwiękowe zrzuciłem na zmęczenie. Miałem wówczas naprawdę okropny czas. Trudno było mi odróżnić jawę od snu. Ten okres jednak minął, a ja spokojnie zadomowiłem się w moim meblu. Zamontowałem wygodne zagłówki, kupiłem materac i skręciłem małą półkę na książki i lampkę. Po pracy wyłączałem telefon, jadłem szybki obiad i zamykałem się w mojej przestrzeni. Pstryk - światło na chwilę mnie oślepia. Sięgam po Becketta. Tu jest mi dobrze. Kolejne zdania przykuwają moją uwagę. Stare drewno doskonale tłumi wszystkie kłamstwa i obłudę.
Oczy muszą trochę odpocząć. Spojrzałem w lustro. Moje odbicie wyglądało jakoś dziwnie. Niby to ja, ale rysy jakby się zmieniły. Bardziej wyostrzone. Może przez to, iż zapomniałem się ogolić? Zdjąłem okulary i wytarłem je w koszulkę. Lekko uchyliłem drzwi. Blask księżyca uderzył w taflę lustra. Musiałem spędzić w środku co najmniej kilka godzin. Poszedłem do toalety. Twarz wróciła do normalności. przez cały czas nieogolona, ale już moja.
Nie miałem zegarka, więc włączyłem telefon. Wiadomości przychodziły jedna po drugiej. Te z pracy zignorowałem. Mama pisała, czy przyjadę jutro na obiad. Kilku znajomych pytało, dlaczego się nie odzywam. Chciałem odpisać, ale była już pierwsza w nocy.
Sobotę miałem zamiar spędzić aktywnie. Najpierw długi spacer, a następnie wycieczka rowerowa za miasto. Oczywiście po południu obiadek u mamy. Wstałem rześki i pełen niespożytej energii. Wziąłem prysznic, zjadłem pożywne śniadanie i zacząłem szykować się do wyjścia. Gdy sięgałem po kurtkę, zauważyłem otwarte drzwi do szafy, jakby zapraszała mnie do środka. Coś zaskrzypiało. Chyba korniki urządziły sobie ucztę i zahaczyły o zawiasy. Za dużo wczoraj straciłem czasu. Muszę zacząć się kontrolować.
Spacer okazał się dla mnie błogosławieństwem. Potrzebowałem ruchu i świeżego powietrza. Zrobiłem sobie kawę i usiadłem na kanapie. Ponownie, jak rano, usłyszałem dziwny dźwięk, wydobywający się jakby ze środka szafy. Podszedłem bliżej. Ciemne wnętrze kusiło swoją tajemnicą. Byłem jak zahipnotyzowany. Nie posiadłem własnej woli. Wszedłem do środka. Chciałem zapalić lampkę, ale nie działała. Drzwi zatrzasnęły się za mną. Nagle się ocknąłem. Pchnąłem skrzydło - nie drgnęło. Zacząłem kopać, ale przez cały czas nic. Jedynie przez dziurkę widziałem skrawek pokoju. Zrezygnowany usnąłem, otulony kocem i ciszą szafy, z poczuciem, iż świat zewnętrzny przestał istnieć.


![Jarek z "Chłopaków do wzięcia" zachwala ostrołęcką restaurację. "Przyjadę" [WIDEO]](https://www.eostroleka.pl/luba/dane/pliki/zdjecia/2026/mergneros.jpg)


