Zaczęło się od tego, iż Artur przestał dzwonić w niedzielę.
Dwadzieścia trzy lata stary zwyczaj: dzwonił zawsze w niedzielę po obiedzie, choćby jak pracował w delegacji, choćby jak się pokłócił z matką. A tu cicho. Trzecia niedziela z rzędu bez telefonu. Nalałam ojcu herbaty do tego wyszczerbionego kubka, co go dostał od brygady na emeryturę, i stałam przy oknie, aż woda w czajniku wystygła.
Za oknem sąsiad spod czwórki zamiatał liście. U nas na klatce zawsze śmierdzi gotowaną kapustą — od dwudziestu lat nikt nie wie, kto ją gotuje i dlaczego tak wcześnie.
A potem w drzwiach stanęła Iwona. Żona Artura.
Przyszła sama, bez niego. Buty zamszowe, płaszcz w kratę, na szyi apaszka. Taka, wiesz, kobieta, która wchodzi do mieszkania i od razu patrzy na sufit, czy gdzieś nie ma pająka.
— Nie mamy z Arturem czasu przyjeżdżać — powiedziała od progu. — Mamy swoją rodzinę.
Te słowa. „Swoją rodzinę”. Jakby Artur wyrósł spod ziemi, a nie z mojej kuchni, gdzie odrapany parapet nosi ślad po jego zębach mlecznych.
— Rozumiemy — powiedziałam, chociaż ojciec zacisnął szczękę tak, iż mu żyła wyskoczyła na skroni.
— Teraz musicie podpisać — Iwona położyła na stole teczkę.
W środku akt darowizny. Całe nasze mieszkanie — trzy pokoje, balkon od podwórza, piwnica z półką na przetwory — miało przejść na Artura.
— Na co to? — spytałam.
— Tak będzie lepiej. Artur wam pomoże. Zamienicie na mniejsze, bliżej nas.
Zamienicie. Nie „zamieszkacie”. Zamienicie.
Ojciec chciał coś powiedzieć, ale kaszel go złapał — ten sam kaszel, co od kopalni. Iwona podeszła do okna i przestawiła figurkę Matki Boskiej, bo jej coś tam nie pasowało.
— Podpiszcie do piątku — powiedziała. — Inaczej Artur się obrazi.
I wyszła. Zostawiła na stole teczkę i zapach perfum, od którego ojca rozbolała głowa.
—
Nie podpisaliśmy do piątku.
Artur przyjechał w sobotę rano. W końcu. Pomyślałam — przyjechał wyjaśnić, przeprosić, powiedzieć, iż to Iwona wymyśliła, iż on sam by nigdy.
Wszedł i choćby kurtki nie zdjął.
— Mama, podpiszcie. Iwona powiedziała, iż jak nie, to nie ma mowy, żebyście zobaczyli wnuki.
Wnuki. Hania ma siedem lat, Bartek cztery. Ostatni raz widziałam Hanię na komunii, a Bartka to ja w ogóle znam tylko ze zdjęć.
— To twoje mieszkanie? — spytałam.
— Nasze. Cały czas wasze, po prostu na papierze. No co ty, mama, przecież wiesz, iż o was zadbam.
Patrzyłam na jego brodę, którą zapuszcza, jak mu ciężko. Na dłonie bez obrączki — powiedział, iż mu przy pracy przeszkadza, a ja mu wierzyłam.
Ojciec wstał. Podszedł do kredensu, wyjął granatowy długopis, którym od dziesięciu lat rozwiązuje krzyżówki, i powiedział:
— Dawaj.
Podpisali.
—
Trzy miesiące.
Przez trzy miesiące Artur odebrał telefon dwa razy. Za pierwszym powiedział, iż jest zajęty. Za drugim — iż szukają dla nas czegoś mniejszego, ale teraz ciężko z cenami.
A w grudniu, na tydzień przed Wigilią, przyjechała Iwona.
— Zapraszamy was do „Słonecznej Przystani” — powiedziała, jakby mówiła o sanatorium w Krynicy.
„Słoneczna Przystań”. Dom opieki na drugim końcu miasta. Widziałam ten budynek z autobusu: szary tynk, plastikowe okna, parking, na którym nikt nie parkuje.
— To dla waszego dobra — mówiła Iwona. — Tam jest opieka. Leki. Lekarze. A wy przecież sami nie dacie rady.
Ojciec wtedy wyjął z kieszeni różaniec. Nie modlił się — po prostu trzymał go w dłoni, przesuwał paciorki kciukiem, jeden po drugim. Artur siedział na brzegu wersalki i przewijał coś kciukiem w telefonie. Nie odezwał się ani słowem.
— Kiedy? — spytałam.
— W sobotę. Rzeczy już spakowane. Walizki w bagażniku.
Czekali na podwórku. Walizki stały pod zsypem, obok roweru tej dziewczynki z parteru. Sąsiedzi odsuwali firanki.
—
Pojechaliśmy.
Pokój cztery na cztery, łóżko ojca i moje, okno na parking. Iwona wypełniła papiery, pokazała, gdzie jest szafka na lekarstwa, i wyjechała windą, zanim zdążyłam zagotować wodę.
Artur nie przyszedł ani razu.
Dzwonił raz w tygodniu. W niedzielę po obiedzie. Ale to już nie była ta rozmowa — to była procedura: „Jak się czujecie, mama? No to dobrze. Trzymajcie się”. I rozłączał się, zanim zdążyłam powiedzieć, iż ojciec od trzech dni kaszle tak, iż budzi całe piętro.
Na Wielkanoc przywieźli nam kawałek babki w plastikowym pudełku. Hania wyrosła z butów, Bartek mówi już pełnymi zdaniami. Iwona siedziała w samochodzie — musiała odebrać telefon. Artur wszedł na pół godziny, bo „mają plany”.
Ojciec po ich wyjeździe wyjął z szafki granatowy długopis i położył go na parapecie. Leżał tam do świętego Jana.
—
A potem, w sierpniu, przyjechała Iwona z teczką.
— Mieszkanie sprzedane — powiedziała. — Za dwieście dziewięćdziesiąt tysięcy. Pieniądze pójdą na spłatę kredytu za dom i na przyszłość dzieci. Tak Artur zdecydował.
Dwieście dziewięćdziesiąt tysięcy. Trzy pokoje, balkon, piwnica z przetworami, ślad zębów na parapecie.
Wyszła, zanim cokolwiek powiedziałam.
Ojciec patrzył na drzwi, a potem wziął ten granatowy długopis, zdjął skuwkę i napisał coś na marginesie starej gazety. Cyfry. Dodawał i odejmował, jakby chciał wyliczyć, ile kosztuje każdy rok, każde niedzielne „jak się czujecie”.
Wieczorem położył się twarzą do ściany.
—
W niedzielę Artur zadzwonił punktualnie.
— Mama, to dla waszego dobra. Tam jest bezpiecznie. A my z Iwoną musimy myśleć o przyszłości.
— O czyjej przyszłości, synek?
Cisza. Słyszałam, jak przełyka.
— No nie róbcie scen. Przecież was odwiedzamy.
— Dwa razy w roku. Pół godziny. Z babką w pudełku.
— Mama, no…
— A pamiętasz, jak w podstawówce złamałeś rękę? Siedziałam z tobą całą noc na izbie przyjęć w Siemianowicach. Trzymałam ci zdrową dłoń, żebyś nie szarpał gipsu.
— Mama, skończmy już.
— Trzymałam cię za rękę, Artur. Całą noc. Masz bliźniaka po tej nocy — mnie. Bo ja cię urodziłam i trzymałam, i puszczałam do wody, i łapałam na rowerze, i odprowadzałam na pociąg. A teraz ty trzymasz długopis i podsuwasz mi papiery.
Ojciec wstał. Wziął ode mnie telefon.
— Przyjedź — powiedział. — Albo nie przyjeżdżaj wcale.
I się rozłączył.
—
Czekaliśmy tydzień. Dwa.
Artur nie przyjechał.
W poniedziałek pani z recepcji przyniosła list. Adres zwrotny — kancelaria prawna z Katowic. Ojciec nie otwierał go przez dwie godziny, tylko obracał kopertę w palcach.
A potem rozdarł papier.
Zawiadomienie o wpisie do księgi wieczystej. Nowym właścicielem nie jest choćby Artur.
Jest nim obca para z Mikołowa.
Sprzedał to mieszkanie. To całe nasze życie, te ściany, które ojciec malował z brygadą, te klamki, które zdążyły wygładzić nasze dłonie, te drzwi, na których ołówek odnotowywał, jak Artur rośnie.
Pieniędzy nie zobaczyliśmy. choćby złotówki.
Ojciec złożył list na pół, potem na ćwierć, i wsunął do kieszeni marynarki, której nie zdejmuje choćby do snu.
—
Wieczorem wyszłam na korytarz i usiadłam na ławce pod oknem.
Obok siedziała pielęgniarka, młoda, w rozpiętym fartuchu. Nazywa się Eliza. Miała przerwę i jadła kanapkę z żółtym serem i pomidorem, który jej się rozjeżdżał.
— Pani syn przyjedzie? — spytała.
— Nie wiem.
— Bo ja widzę, jak pani co niedzielę czeka przy oknie. I nie przychodzi.
Kanapka jej się rozpadła. Pomidor spadł na podłogę. Schyliła się, podniosła, chwilę chciała go wyrzucić do kosza, ale położyła go obok, na papierku po maśle.
— Pani Elizo — powiedziałam — mogę pani zająć pięć minut?
— No pewnie.
Weszłyśmy do naszego pokoju. Ojciec spał, oddychał chrapliwie. Otworzyłam szufladę nocnej szafki.
Wyjęłam granatowy długopis.
I stary zeszyt ojca, ten, w którym od roku notuje, co wydał: „leki — 34,50”, „mydło — 6,99”, „chleb razowy — 3,20”.
— Mój brat cioteczny ma kancelarię w Katowicach — powiedziała Eliza, kiedy skończyłam mówić. — Zajmuje się takimi sprawami. Oszustwami przy sprzedaży mieszkań osób starszych. Zadzwonię do niego jutro rano.
— A to? — Pokazałam jej zeszyt.
— To zabierzemy jako dowód, ile lat pani i pani mąż wkładaliście w tego człowieka. Ale prawdziwy rachunek złożymy w prokuraturze. Za te dwieście dziewięćdziesiąt tysięcy, które poszły nie wiadomo gdzie.
—
Niedziela.
Iwona wpadła jak po swoje.
— Sprzedaliśmy za dwieście dziewięćdziesiąt, ja ci mówiłam. Po prostu musicie zrozumieć, iż teraz liczy się nasza rodzina, nie…
— Iwona.
Może to był mój ton, a może to, iż ojciec wstał i stanął przy oknie, z którego widzi tylko parking i śmietnik. Ale ona zamilkła.
Położyłam na stole dwie koperty.
— Co to? — spytała.
— Pierwsza to kopia zawiadomienia, które złożyłam wczoraj w prokuraturze rejonowej. Przeciwko Arturowi. O przywłaszczenie dwustu dziewięćdziesięciu tysięcy złotych ze sprzedaży mieszkania, które było naszą własnością.
Iwona sięgnęła po kopertę, jakby chciała ją odsunąć, ale cofnęła rękę.
— To nieprawda. Wy sami podpisaliście darowiznę.
— Darowiznę podpisaliśmy pod przymusem, w obecności świadka, który to potwierdzi na piśmie. Notariusz z kancelarii pani Elizy już złożył wniosek o zbadanie tej sprawy. A pieniądze ze sprzedaży w ogóle nie trafiły na żadne nasze konto ani nie zostały nam przekazane — to już nie jest kwestia rodzinna, tylko karna.
— Śmiech na sali — powtórzyła Iwona, ale głos jej zadrżał.
— Otwórz drugą — powiedziałam.
W środku był zeszyt ojca. Kartka za kartką: „leki — 34,50”, ale też inne zapisy, dopisane później moim charakterem pisma. Każdy rok po moim porodzie. Każda noc na izbie przyjęć. Suma na końcu — dwadzieścia trzy tysiące złotych.
— To nie jest rachunek do zapłacenia — powiedziałam. — To jest po to, żebyś wiedziała, ile to kosztowało, zanim wy to sprzedaliście za dwieście dziewięćdziesiąt.
Iwona stała z kopertami w dłoniach, jakby nie wiedziała, którą odłożyć pierwszą.
— Artur o tym nie wie — powiedziała cicho.
— Teraz się dowie. Z wezwania.
Odłożyła obie koperty na stół, powoli, jakby parzyły. Buty zamszowe zastukały o podłogę jak kastaniety. Wyszła, nie zamykając drzwi.
Ojciec podszedł do stołu, wziął granatowy długopis, otworzył zeszyt na czystej stronie i napisał jedną linijkę. Nie pokazał mi, co.
Za oknem, na parkingu, samochód Iwony stał jeszcze z dziesięć minut, zanim silnik w końcu zapalił.
—
Zadzwoniłam do Elizy, iż jesteśmy gotowi. Obiecała przyjść po zmianie i pomóc znieść z piwnicy słoiki, które przez pół roku nikomu nie były potrzebne.
Wieczorem usiadłam na łóżku obok ojca. Otworzył szufladę, wyjął stamtąd słoik kompotu z wiśni, który Eliza przyniosła prosto z naszej piwnicy — musiała pojechać po klucze do administracji. Postawiła go na parapecie jeszcze przed kolacją, "żeby się ocieplił, bo zimny nie smakuje tak samo".
Ojciec otworzył słoik, wyjął dwie łyżki z szuflady i podał mi jedną.
— Pamiętasz, jak matka to gotowała? — spytał.
— Pamiętam.
Jedliśmy w milczeniu, po łyżce, z tego samego słoika, patrząc na pusty parking za oknem.













