Syn nie chce zabrać mamy do siebie, bo w domu może być tylko jedna królowa a tą królową, niech nie będzie wątpliwości, jestem ja.
Przecież to jego matka! Może ją spokojnie przygarnąć pod swój dach! burczą znajome mojej drugiej połówki z taką powagą, jakby chodziło o przejęcie tronu. Wiem, iż moi własni znajomi myślą to samo, tylko są na tyle uprzejmi, iż nie mówią mi tego prosto w oczy. A wszystko kręci się, jak to zwykle bywa, wokół mojej teściowej.
Barbara, lat 83, waży z grubsza tyle, ile przeciętne dzikie żubrze, i niestety bardziej niż chora, jest wiecznie obrażona.
A czemu nie weźmiecie Barbary do siebie? dopytywała się moja kuzynka jeszcze parę lat temu. Pomagać to jedno, ale jak coś się stanie w nocy? Babcia sama, a przecież twój Daniel to jej ostatnia nadzieja.
Wiadomo, iż jedynaki dziedziczą wszystko, włącznie z obowiązkami starzenia się matek. Ostatnich pięć lat Barbara nie wystawiła nosa z mieszkania, bo nogi siadają, a kilogramów przybywa. A zaczęło się, odkąd trzy dekady temu byłam tą dziewczyną, która zniszczyła jej plan na życie.
Kogoś ty mi tu przyprowadził? zapytała matka Daniela tak, iż zostałam zamrożona na przystanku, a pod ziemię schowałby się sam smok wawelski. I za to poświęciła całe życie? Cóż, wtedy Barbara mieszkała na podmiejskiej willowej dzielnicy Krakowa, otoczona różami i opinią męża-dyrektora, która długo po jego śmierci utrzymywała ją na fali luksusu. Daniel, na szczęście, nie był typem na smyczy u mamy szanował ją, ale nie zamieniłby żony na paprotkę w kącie.
Po ślubie skupiliśmy się na zbieraniu złotówek na własny kont. Daniel wyjechał na pół roku do pracy do Niemiec, bo przecież złotówki same się nie mnożą. W końcu kupiliśmy dom w Nowej Hucie i zaczęliśmy go urządzać. Do Barbary kilka zaglądaliśmy za to ona zdążyła już wygłosić kilka lamentów na temat niewdzięcznej synowej, która zabrania jej synowi pomagać mamie. Faktycznie, jak śmiałam!
Barbara sprzedała willę i chciała przeprowadzić się bliżej miasta. Kasa z domu, rzecz jasna, nie wystarczyła, więc poprosiła nas o dołożenie kilku tysięcy złotych, obiecując w zamian przepisać mieszkanie na wnuka Oskara u notariusza. Ale, jak to bywa u teściowych, u notariusza zmiana planu bo koleżanka powiedziała, iż babcie lądują wtedy na bruku, jak naiwni kwadraciaki w bloku. Ostatecznie oznajmiła, iż mieszkanie zapisze temu, kto ją będzie pielęgnował na stare lata, a przecież wiadomo, iż ona ma być panią domu! Potem jeszcze dodała, iż zwąchała naszą chęć ją oszukać.
Osiemnaście lat minęło, wszyscy w kancelarii mogli się z niej pośmiać, a nam było bliżej do załamania nerwowego niż do śmiechu. Zrezygnowaliśmy. Barbara zamieszkała u siebie na przystanku tramwajowym Rondo Mogilskie, a jak tylko weszła, zabroniła nam cokolwiek remontować. Mieszkała miesiąc i już marudziła, iż wszystko się sypie, a wina oczywiście moja; bo to ja doradziłam ten rujnujący lokal.
Barbara zawsze była zachwycona dziećmi swojej kuzynki Ireny, a własnego wnuka traktowała jak przelotny deszcz udawała nawet, iż nie wie, kiedy ma urodziny! Kilka lat temu choroba położyła teściową na łopatki. Waga rosła, ruchy spowalniały. Przynosiłam dietetyczne obiady zalecone przez doktora, a Barbara klęła, iż ją głodzę tylko kuzynka, cytuję, potrafi dobrze nakarmić.
Rok temu Daniel zaczął mamrotać, iż może byśmy zabrali Barbarę do siebie: Mama już zrozumiała, iż trzeba jeść zdrowo, słuchać lekarzy, coś tam coś tam Zgodziłam się, ale postawiłam twarde warunki: kuchnia wyłącznie moja, ja gotuję, ja decyduję, a kuzynki do domu nie wpuszczam. Barbara się obraziła i choćby nie chciała nas odwiedzić bo przecież ona jest od rządzenia, a nie od podlegania.
Skończyło się jak zwykle jeździłam do niej kilka razy w tygodniu, sprzątałam, gotowałam, choćby nocowałam, a kuzynka dzwoniła tylko, żeby ponarzekać na mój sposób karmienia i zapowiedzieć, iż następnym razem wpadnie z szarlotką, na co niezmiennie brakło jej czasu. Odwiedzała Barbarę raz w miesiącu, za to ja byłam codziennością.
Pewnego ranka Barbara zadzwoniła, iż zginął jej naszyjnik i krzyżyk. Byłam ja, była kuzynka, czyli wiadomo podejrzenie padło na synową jak z serialu Klan. Bez słowa postawiłam obiad na stole, podniosłam biżuterię z podłogi i wyszłam. W domu wygadałam się Danielowi i powiedziałam: Nie będę już tam jeździć. Najlepiej znajdźmy jej miejsce w domu opieki. Daniel tylko skinął głową. Czasem choćby królowe mają dość dworu.













