Syn nie chce zabrać mamy do siebie, bo w jego domu może być tylko jedna gospodyni – i jestem nią ja. Cała rodzina męża oburza się: „Jak to, przecież to jego matka, powinna mieszkać z synem!” Moja teściowa Barbara, schorowana i ważąca ponad sto kilogramów, od lat nie wychodzi z mieszkania, a rodzina oczekuje, iż tylko ja poświęcę się jej opiece. Tymczasem przez lata teściowa utrudniała nam życie, plotkowała i stawiała warunki, choćby gdy miała zamieszkać w mieszkaniu kupionym za nasze pieniądze. Teraz, gdy mąż prosi, byśmy ją przyjęli pod nasz dach, stawiam warunek: w kuchni i domu rządzę tylko ja – bo w polskim domu miejsce jest dla jednej pani!

twojacena.pl 5 godzin temu

Syn nie chce zabrać matki do siebie, by z nią zamieszkała, bo w jednym domu może być tylko jedna gospodyni, a tą gospodynią jestem ja.

To nie do pomyślenia! Przecież to jego matka! Powinien przyjąć ją pod swój dach! takie słowa padają z ust krewnych mojego męża. Wiem, iż i znajomi myślą podobnie, choć nikt nie mówi mi tego prosto w oczy. A przyczyną jest sytuacja z moją teściową.

Helena ma już 83 lata, waży ponad sto kilogramów i często choruje. Dlaczego nie weźmiecie Heleny do siebie? dopytywała kiedyś kuzynka Pomagacie jej na co dzień, to piękne, ale co, jeżeli w nocy stanie się coś złego? Przecież jej syn Andrzej jest jej jedynym oparciem.

To jasne jak słońce: babcią troszczy się jej jedyny syn, jego żona i wnuk. Przez ostatnie pięć lat Helena nie wyszła z mieszkania. Nogi jej dokuczają, a nadwaga utrudnia każdy ruch. Wszystko miało początek trzydzieści lat wstecz, kiedy była jeszcze młoda, pełna sił i miała twardą rękę.

Kogo ty mi przyprowadziłeś? wykrzyknęła wtedy matka mojego przyszłego męża, Andrzeja. Po to cię wychowywałam, byś mi tak odpłacił?

Po tych słowach w ciszy udałam się na przystanek autobusowy. Wówczas teściowa mieszkała w eleganckiej willi na obrzeżach Warszawy. Jej mąż był wysokim urzędnikiem, toteż długo żyła wygodnie, choćby po jego śmierci. Tego dnia Andrzej pobiegł za mną i wrócił razem ze mną. Los był dla mnie łaskawy mąż nigdy ślepo nie słuchał matki, choć miał dla niej szacunek. Próbował mi wszystko tłumaczyć, uspokajał i powtarzał, iż mama po prostu taki ma charakter.

Po naszym ślubie zaczęliśmy oszczędzać na własne mieszkanie. Andrzej wyjechał choćby za granicę nie było go przez pół roku, bo ciężko pracował. Po kilku latach kupiliśmy dom i wykończyliśmy go własnymi rękami. Nie odwiedzaliśmy Heleny zbyt często, a ona w międzyczasie zdążyła naopowiadać wszystkim, jaki to zła jestem dla niej. Moja synowa nie pozwala mi pomagać matce tak opowiadała każdemu, kto chciał słuchać.

Gdy postanowiła się przeprowadzić do miasta, gwałtownie okazało się, iż pieniędzy ze sprzedaży domu nie wystarczyło jej na nowe mieszkanie. Poprosiła, byśmy dołożyli, obiecując, iż lokal przepisze na naszego syna, jej wnuka Jakuba. Ale u notariusza zmieniła zdanie upierała się, iż wszystko ma być na nią, bo, jak mówiła, „babcie często kończą na bruku”. Potem stwierdziła jeszcze, iż przekaże mieszkanie temu, kto się nią zajmie na stare lata. Oskarżała nas o chęć oszustwa, powtarzała, iż zostanie bez niczego.

Od tamtej chwili minęło już prawie dwadzieścia lat. Wszyscy w kancelarii słyszeli jej awantury, a my, zawstydzeni, odpuściliśmy. Teściowa niemal natychmiast się wprowadziła i nie pozwoliła nam zrobić choćby najmniejszych poprawek. Gdy coś się psuło albo odchodziło w mieszkaniu, również winą obarczała mnie: „To ona mi taki lokal załatwiła, żeby mnie oszukać!”

Helena uwielbiała dzieci swojej kuzynki, a własnego wnuka zupełnie ignorowała. Udawała, iż nie pamięta jego urodzin. Gdy kilka lat temu zaczęła chorować i przybierać na wadze, trudno jej było samodzielnie się poruszać. Zanosząc jej jedzenie według wskazań lekarza, słyszałam przekleństwa i narzekania, iż ja ją głodzę tylko kuzynka wie, jak ją karmić.

W zeszłym roku Andrzej zaczął nalegać, by zabrać matkę do nas. Według niego „mama zrozumiała i wie, iż trzeba słuchać zaleceń lekarzy”.

Zgoda odpowiedziałam wtedy ale mam kilka warunków: kuchnia należy do mnie, ja gotuję, ja decyduję co jemy i żadnych wizyt jej kuzynek.

Teściowa była oburzona i odmówiła przeprowadzki, bo liczyła, iż to ona będzie rządzić domem. Ale w naszym domu jest tylko jedna gospodyni ja. Opiekowałam się nią, sprzątałam, gotowałam i często nocowałam, a ulubiona kuzynka dzwoniła tylko, by wyrazić swoje zmartwienia i dopytywać o Helenę.

Przy każdej możliwej okazji narzekała przez telefon, iż ją głodzę: nie pozwalam na słodycze ani na kiełbasę. Błagała kuzynkę, by ta przywiozła ciasto, ale ona zawsze była zbyt zajęta mimo iż mieszkała trzy razy bliżej niż ja. Przyjeżdżała raz w miesiącu, przynosząc kaloryczne smakołyki, a ja tymczasem opiekowałam się Heleną dzień w dzień.

Aż raz teściowa zadzwoniła do kuzynki i ze łzami w głosie oznajmiła, iż zgubiła swój naszyjnik i krzyżyk. Obie byłyśmy u niej tego dnia, ale oczywiście była pewna, iż to ja je ukradłam.

Bez słowa postawiłam ciepłą zupę na stole i pokazałam odnaleziony na podłodze łańcuszek z krzyżykiem. W domu opowiedziałam wszystko Andrzejowi i powiedziałam stanowczo, iż więcej do Heleny nie pójdę. Zaproponowałam, by oddać ją pod opiekę domu seniora. Andrzej się zgodził.

Tak minęły lata i dziś wiem, iż niektórych rzeczy nie zmieni choćby czas.

Idź do oryginalnego materiału