Syn nie chce zabrać mamy do siebie, bo w domu jest tylko jedna gospodyni – a tą jestem ja. Konflikt o opiekę nad teściową rozgrzewa rodzinę: bliscy męża uważają, iż powinna zamieszkać z nami, ale nie wszyscy rozumieją, dlaczego to takie trudne.

newskey24.com 2 godzin temu

Syn nie chce zabrać mamy do siebie, bo w domu może być tylko jedna gospodyni, a tą gospodynią jestem ja.

To tak nie powinno wyglądać! Przecież to jego matka! Mógłby ją przyjąć pod swój dach! takie komentarze słyszę z ust rodziny mojego męża. Jestem pewna, iż znajomi myślą podobnie, tylko nikt nie mówi mi tego prosto w oczy. Wszystko przez sytuację z moją teściową.

Teresa ma osiemdziesiąt trzy lata, waży grubo ponad sto kilogramów i często choruje.
Czemu nie zabierzecie Teresy do siebie? dopytywała kiedyś kuzynka Fajnie, iż jej codziennie pomagacie, ale co, jeżeli w nocy coś się wydarzy? Sama sobie nie poradzi. Przecież twój Piotr to jej jedyne wsparcie.

Każdy z góry zakłada, iż opieką nad babcią zajmie się jedyny syn, jego jedyna żona i jedyny wnuk. Od pięciu lat Teresa nie wychodziła z mieszkania. Bolą ją nogi, a przez nadwagę nie jest w stanie się ruszać. Kiedyś, trzy dekady temu, była pełną energii, zdrową i silną kobietą.

Kogoś ty mi tu przyprowadził? zapytała z pogardą matka mojego ówczesnego narzeczonego Piotra. Dla TAKIEJ poświęcałam swoje życie?

Po tych słowach po prostu wyszłam i wsiadłam do autobusu. Wtedy matka Piotra mieszkała w prestiżowej, podwarszawskiej dzielnicy, w dużym nowoczesnym domu. Jej mąż całe lata miał wysokie stanowisko, więc Teresa żyła dostatnio jeszcze długo po jego śmierci. Tego dnia Piotr pobiegł za mną i wrócił ze mną do miasta. Trafiłam na dobrego męża: nie był ślepy na to, co mówi matka, choć bardzo ją szanował i próbował tłumaczyć jej zachowanie jako specyficzny temperament.

Po ślubie oszczędzaliśmy na własne M. Piotr wyjechał za granicę na kilka miesięcy do pracy. Z czasem udało nam się kupić dom i go wykończyć. Rzadko odwiedzaliśmy Teresę. Rozpowiadała wszystkim, jakie to ja jestem zła i jak mu zabraniam jej pomagać. Oczywiście nie było w tym ani odrobiny prawdy.

W końcu zdecydowała się przeprowadzić do Warszawy, ale pieniądze ze sprzedaży domu nie wystarczyły na nowe mieszkanie. Poprosiła nas o wsparcie, obiecując zapisać lokum na naszego syna, swojego wnuka. U notariusza jednak nagle zadeklarowała, iż mieszkanie musi być na nią znajoma podpowiedziała jej, iż babcie często zostają na lodzie. Po chwili Teresa dodała, iż przepisze mieszkanie tej osobie, która się nią zaopiekuje na starość koniecznie chciała rządzić. Oskarżała nas, iż na pewno ją oszukamy i zostawimy z niczym.

Od tamtego dnia minęło dwadzieścia lat. Cały personel na notariacie słyszał jej krzyki, a my wstydziliśmy się bardzo. Odpuściliśmy. Teresa gwałtownie się wprowadziła i nie pozwoliła nam zrobić choćby małego remontu. Przez miesiąc mieszkała wygodnie, a potem zaczęła narzekać, iż mieszkanie stare, odpadają szafki, wszystko się sypie. Winą, oczywiście, obarczała wyłącznie mnie: rzekomo wybrałam jej złe mieszkanie, żeby ją oszukać.

Teresa uwielbiała dzieci kuzynki, ale własnego wnuka ignorowała. Potrafiła choćby zapomnieć, kiedy ma urodziny! Kilka lat temu teściowa poważnie zachorowała. Tyła coraz mocniej, trudno jej było się poruszać. Przygotowywałam jej jedzenie zgodnie z zaleceniami lekarza, ale ona przeklinała i odmawiała spożywania, narzekając, iż tylko kuzynka umie porządnie karmić, a ja ją głodzę.

W zeszłym roku mąż zaczął mnie namawiać, byśmy zabrali ją do siebie. Twierdził, iż mama wszystko zrozumiała i zaczęła stosować się do zaleceń lekarzy.

Dobrze powiedziałam ale mam parę warunków: kuchnia jest tylko moja, tylko ja gotuję, decyduję, co jemy, i żadnych wizyt jej kuzynek.

Teściowa obraziła się i nie chciała do nas jechać, bo myślała, iż znowu będzie trzymała władzę w naszym domu. Tyle iż tutaj gospodyni jest tylko jedna ja! przez cały czas byłam więc zmuszona ją odwiedzać, sprzątać, gotować, czasem choćby przenocować. Jej ukochana kuzynka dzwoniła jedynie, by się dowiedzieć, jak się czuje, i tyle z jej pomocy.

Teściowa skarżyła się przez telefon, iż ją głodzę: nie pozwalam jeść słodyczy i tłustych wędlin. Prosiła, by kuzynka przywiozła jej sernik. Tamta jednak ciągle odkładała wizytę, twierdząc, iż jest zbyt zajęta, chociaż mieszkała trzy razy bliżej niż ja. Odwiedzała ją raz na miesiąc, zostawiając niezdrowe łakocie, podczas gdy ja musiałam codziennie się nią zajmować.

Pewnego dnia Teresa zadzwoniła po kuzynkę, narzekając, iż zginął jej złoty łańcuszek i krzyżyk. Oświadczyła, iż w tym dniu obie ją odwiedzałyśmy, ale podejrzewała, iż to ja zabrałam jej biżuterię.

Bez słowa zostawiłam obiad na stole i odnalazłam zgubiony łańcuszek wraz z krzyżykiem leżały zaplątane za szafką nocną. W domu, opowiedziawszy wszystko Piotrowi, zdecydowałam, iż więcej tam nie pójdę. Zaproponowałam, żebyśmy umieścili teściową w domu opieki. Piotr się na to zgodził.

Idź do oryginalnego materiału