Święto dla Dwojga

twojacena.pl 4 dni temu

Cześć, muszę ci opowiedzieć, co u nas ostatnio się działo, bo to naprawdę trochę jak mały filmik w głowie.

Już jako mała, kiedy miałam dziesięć lat, byłam na weselu kuzynki w małej wiosce pod Krakowem. Na początku wszystko było kolorowe i ciekawe, ale później zobaczyłam, jak młoda para zmęczona po godzinach krzyków gorzko siedzi przy stole i nie uśmiecha się wcale. Wszyscy goście podskakują, tańczą, krzyczą i śpiewają, a oni tylko patrzą na siebie z wyczerpaniem. Ja wtedy miałam dosyć tego hałasu i pomyślałam, iż nigdy nie będę chciała takiego wesela.

jeżeli kiedyś wyjdę za mąż, to może wcale nie wyjdę mruknęłam, patrząc na tych dwa zmęczone serca.

Lata minęły, dorosłam, a potem spotkałam Marka. Od razu zapomniałam o wszystkich wątpliwościach, bo kiedy był przy mnie, świat zniknął zostaliśmy tylko my dwoje.

Ależ to wspaniale, kiedy ktoś rozumie cię pół zdania albo choćby pół spojrzenia myślę, kładąc się spać. Dzięki losowi trafiłam na Marka.

Zrozumiałam, iż to właśnie miłość kocham go za lojalność, za to, iż mnie uwielbia i odkurza wszystkie kurzki z mojego życia.

Z Markiem mamy totalne zaufanie, opowiadałam o tym koleżance Lenie i pełne porozumienie. Najbardziej cenię jego szacunek do mojego zdania, choćby kiedy się nie zgadzamy.

Lenka odpowiedziała:

Jesteś szczęśliwa, Jagodo, to rzadko się spotyka, kiedy jest tak pełne zrozumienie. U nas z Michałem jest tak inaczej każdy ma swoje kręciołki i nie potrafimy się poddać. Wyobraź sobie, jakie emocje w nas się gotują, a ja wcale nie wiem, czy chcę go poślubić.

Nie martw się, czas wszystko poukłada doradziłam. Nie jesteś jeszcze gotowa, żeby wziąć go pod rękę.

Lenka westchnęła:

Mama nie radzi mi się spieszyć, nie podoba jej się mój Michał.

Marek i ja, rozumiejąc się bez słów, zdecydowaliśmy się po prostu iść do Urzędu Stanu Cywilnego. Marek podszedł do mnie przed domem i zapytał:

Jagodo, myślę, iż nadszedł czas, żeby się pobrać. Co na to patrzysz?

Patrzę normalnie, nie mam wątpliwości, iż to jest adekwatny moment odpowiedziałam. Tylko nie wiem, jak chcemy zorganizować nasze wesele. Nie chcę tłumu gości, bo kiedy byłaś na tym weselu w dzieciństwie, już wtedy pomyślałaś, iż nie będzie tak u Ciebie.

Marek się roześmiał, bo rozumie, co to weselny hałas.

Bywa, iż ale po co się tak martwić? Może u nas będzie inaczej.

Szczerze, Marek, marzy mi się wesele tylko we dwoje. Nie chcę, żeby to było koszmar, pełne krzyki i płacz.

Ja też nie lubię tłumów przyznał. No dobra, idź spać, jutro pogadamy.

Nie spałam tej nocy. Wcale nie miałam ochoty na głośny bankiet. Mieliśmy po 26 i 28 lat, więc trochę już dorosliśmy. Wieczorem po pracy spotkaliśmy się w kawiarni przy Starym Mieście w Warszawie i wróciliśmy do tematu wesela.

Marek, wciąż skłaniam się ku temu, żebyśmy mieli wesele tylko we dwoje powiedziałam.

Dla dwojga? To brzmi romantycznie odparł. Wielka sala w restauracji, pięknie nakryte stoły, a my tylko we dwoje. Wyobrażasz to? Ja w fraku, ty w białej sukni, świece płoną, cicha muzyka w tle Pijemy szampana i składamy sobie życzenia.

Nie żartuj, Marek, naprawdę chcę tylko małe przyjęcie dodałam. A jak wszystkim wytłumaczyć rodzicom?

Marek westchnął:

Wiesz, moi rodzice są tradycjonaliści, mówią, iż jedyny syn musi mieć wielkie przyjęcie, a ty jesteś jedyną córką

No właśnie, życie nasze, decyzje nasze odpowiedziałam lekko podirytowana.

Marek spojrzał filozoficznie:

To są nasze tradycje, Jagodo.

Tradycje? Nie potrzebuję ich. Chciałabym kiedyś w górach, w zapomnianym kościele, wymienić przysięgi.

Vencha? zdziwił się. Marzenia mają moc!

Tak, Marek, to moje marzenie.

W końcu Marek zasugerował:

Może po prostu podpiszemy akt i pojedziemy w podróż poślubną?

Podróż poślubna to nie wesele, a ja chcę wesele dla nas dwojga przypomniałam.

Marek uśmiechnął się:

Dobra, zrobimy wesele dla dwojga, ale rodzice będą chcieli tradycji. Zobaczmy, jak im to wytłumaczyć. Mogę choćby przyjść w koszulce i dżinsach, jeżeli chcesz.

Nie, nie w dżinsach! Chcę białą suknię, a ty w fraku. Wyobraź sobie, iż w urzędzie podnosisz mnie na ręce i jedziemy na jacht!

Co jeszcze wymyślisz? zaśmiał się Marek.

Po tygodniu w tajemnicy przed rodzicami złożyliśmy wniosek w Urzędzie Stanu Cywilnego. Do ślubu zostały dwa miesiące, a my wciąż nie ustaliliśmy, jak ma wyglądać nasza mała uroczystość. Mieliśmy nadzieję, iż w tym czasie wszystko się ułoży.

Jednego deszczowego wieczoru u Marka w pokoju, kiedy nie miałam ochoty wychodzić, usłyszałyśmy pukanie. To jego mama, Anna, wpadła z pytaniem:

Cześć kochani, co planujecie? Słyszałam, iż rozmawiacie o szampanie.

Tak, trzecią rocznicę naszego poznania odparł Marek.

A myślałam, iż zamierzacie się pobrać dodała z tajemniczym uśmiechem. Czyżbyście już złożyli wniosek w Urzędzie?

Skąd wiesz? zapytał Marek z niedowierzaniem.

Mam swoje źródła, w mieście wszystko się wiecie. odpowiedziała śmiejąc się.

Jagoda wtrąciła:

Tak, złożyliśmy wniosek i zastanawiamy się, jak zrobić wesele.

Anna, nie tracąc czasu, rzekła:

Nie musicie planować sami, my załatwimy wszystko. Kupcie suknię, pierścionki i garnitur Marka.

Marek pokręcił głową:

Nie chcemy huczne przyjęcie z setką gości, chcielibyśmy po prostu wymienić przysięgi we dwoje.

Anna krzyknęła:

To się nie da, wesele to wesele.

W tym momencie wszedł ojciec, Roman, i dodał:

Co się dzieje? Rozmawiamy o weselu? No, w końcu! uśmiechnął się szeroko.

Tylko iż nie chcemy tłumu protestował Marek.

Bo tak jest, tradycja wymaga gości, jedzenia i muzyki. odparł Roman, nie zostawiając miejsca na dyskusję.

Marek odszedł, żeby odprowadzić Jagodę, i rzucił:

Teraz muszę powiedzieć rodzicom o tym wszystkim, zobaczymy, co powiedzą.

W domu spotkała go zaniepokojona mama:

Co się stało, córeczko? Znów serce?

Nie, mamo, to dusza. Ania zadzwoniła i powiedziała, iż nie chcą naszego małego wesela, a już podaliśmy wniosek.

Roman wtrącił:

Tradycje są, nie można ich łamać, każde wesele musi wyglądać tak, jak powinno.

Jagoda westchnęła:

Nie chcę psuć najważniejszego dnia, ale naprawdę marzę o małej uroczystości i jachcie.

Roman spojrzał:

Kto się sprzeciwi? Dostaniesz jacht i podróż poślubną, ale po normalnym weselu.

Jagoda przyznała, iż Marek miał rację rodzice naprawdę chcą zrobić wszystko po swojemu. Kiedy Marek opowiadał przyjacielowi Sławekowi o swoim pomyśle na małe wesele, Sławek odpowiedział:

Myślałem, iż pójdziemy po swojemu, jak wszyscy

Marek:

Rodzice przeciw, więc będą po swojemu.

Dni do ślubu mijały, a rodzice pytali o kwiaty: białe czy różowe? Gości już było dwa setki. Jagoda i Marek patrzyli na siebie przerażeni.

My chcieliśmy małą imprezę westchnął Marek.

Nie martwcie się, zrobimy wszystko po naszemu zapewnił Roman. Po ceremonii odprowadzimy was na lotnisko i wyślemy nad Bałtyk. Będziecie tylko we dwoje.

W dniu ślubu Jagoda pojawiła się w białej sukni, a Marek w eleganckim fraku. Sala w restauracji przy Krakowskim Przedmieściu była przystrojona białymi kwiatami, a goście wykrzykiwali gorzko. Ja, Jagodo, czułam się szczęśliwa, a Marek patrzył na mnie jak na najcenniejszy skarb.

Po ceremonii udaliśmy się na pokład małego jachtu, który mieliśmy już po przyjęciu, i lataliśmy nad morzem, rozmawiając:

Jak gwałtownie i pięknie to wszystko się potoczyło

I tak skończyła się nasza historia małe, intymne wesele, trochę tradycji, trochę marzeń i dużo miłości. Mam nadzieję, iż ci się podobało!

Idź do oryginalnego materiału