Marta Winiarska od siedemnastu lat szyła dla żony burmistrza Rudnika. Suknie na dożynki, kostiumy na sesje do gazety powiatowej, a raz choćby płaszcz na wizytę wojewody. Pracownia mieściła się w suterenie przy ulicy Kwiatowej, tuż obok warzywniaka, i pachniała zawsze tym samym – krochmalem i kawą rozpuszczalną, którą Marta piła po dwanaście filiżanek dziennie.
Telefon zadzwonił w środę po południu. Za oknem sąsiad strzepywał dywan, kot z warzywniaka wskoczył na parapet i patrzył na Martę, jakby czekał na wynik rozmowy razem z nią.
– Pani Marto, mam coś wielkiego – powiedziała Renata Dobosz, żona burmistrza, głosem, jakim zwykle ogłaszała otwarcie nowego chodnika. – Jadę na szczyt pierwszych dam do Londynu. Reprezentuję region. Potrzebuję sukni na miarę tej okazji.
Marta odłożyła nożyczki.
– Londyn?
– Zaproszenie od fundacji, nieważne która. Ważne, iż będę tam ja. I ta suknia musi błyszczeć, pani Marto. Dosłownie.
Zamówienie było jasne: błękit paryski, z nutą metalicznego połysku, krój prosty, ale „taki, żeby dziennikarze robili zdjęcia od razu, bez namysłu”. Marta pracowała nad tą suknią trzy tygodnie. Nie spała porządnie żadnej nocy – wstawała o czwartej, żeby doszlifować falbanę przy rękawie, bo światło dzienne pokazywało niedoskonałości, których żarówka nie zdradzała. Materiał sprowadziła z Łodzi, od hurtownika, z którym znała się od czasów, gdy jeszcze szyła firany. Zapłaciła zaliczkę z własnej kieszeni, bo Renata powiedziała, iż rozliczy się „jak wróci, po sukcesie”.
Cena całości: sto dwadzieścia tysięcy złotych. Marta policzyła to co do grosza – materiał, dodatki, robociznę, noce nieprzespane. Nie zawyżyła ani złotówki. Zresztą nie umiałaby, choćby gdyby chciała – nigdy w życiu nikogo nie oszukała, choćby przy zwykłej przeróbce spódnicy dla sąsiadki.
Suknia pojechała do Londynu w specjalnym pokrowcu, który Marta sama uszyła z filcu, żeby nic się nie pogniotło w bagażu.
Zdjęcia pojawiły się dzień później. Renata Dobosz na czerwonym dywanie, otoczona flagami, uśmiechnięta do obiektywów jak do własnego lustra. Podpis pod zdjęciem w lokalnym portalu brzmiał: „Nasza pani burmistrzowa olśniewa na szczycie pierwszych dam w Londynie”. W komentarzach zachwyt – „ale elegancja”, „dumni z naszego regionu”, „ale odważna kobieta”.
Nikt nie napisał ani słowa o krawcowej.
Marta czekała na telefon tydzień. Potem drugi. Zadzwoniła sama, uprzejmie, bez pretensji w głosie – zapytała, czy może przyjść po resztę należności, bo zaliczka pokryła tylko materiał.
– Ach, pani Marto – Renata roześmiała się, jakby usłyszała żart. – Wie pani, ile to zdjęcie jest warte? To pani powinna mi zapłacić za reklamę. Cała Polska widziała pani robotę na mnie.
– Umówiłyśmy się na sto dwadzieścia tysięcy, pani Renato.
– Umówiłyśmy się na suknię. Dostała pani ją zrobić dla żony burmistrza, na międzynarodowym szczycie. To jest pani nagroda. Nie będę teraz z panią liczyć się o grosze, mam pilniejsze sprawy.
Połączenie się urwało. Marta stała z telefonem w ręce, w suterenie, gdzie dywan sąsiada wciąż wisiał na balkonowej barierce, a kot z warzywniaka drapał się w szybę, żeby go wpuściła.
Przez kolejny miesiąc Marta próbowała jeszcze trzy razy. Za każdym razem inna wymówka – urlop, zebranie w urzędzie, „proszę zostawić sprawę, ja się tym zajmę osobiście, ale nie teraz”. Aż w końcu zamiast Renaty odebrał jej mąż, burmistrz Dobosz, i powiedział krótko, iż żona nie życzy sobie więcej telefonów w tej sprawie, bo „to nie są kwoty, o które warto się kłócić z rodziną Dobosz”.
Tego dnia Marta nie płakała. Usiadła przy maszynie, otworzyła zeszyt, w którym prowadziła rachunki od siedemnastu lat, i przeczytała wszystkie zamówienia od Renaty – trzydzieści osiem pozycji, każda opisana starannym pismem, każda opłacona z opóźnieniem, ale zawsze w końcu opłacona. Do teraz.
Zadzwoniła do swojej siostrzenicy, Kingi, która pracowała w kancelarii adwokackiej w Krakowie i zajmowała się właśnie takimi sprawami – drobnymi z pozoru, ale z papierami, które dawały twardy grunt pod nogami.
– Masz umowę na piśmie? – zapytała Kinga.
– Mam wiadomości SMS, mam maila z zamówieniem, mam potwierdzenie zaliczki na konto. I mam metkę, którą wszyła w podszewkę, z moim numerem NIP.
– To wystarczy. Wysyłam ci wezwanie do zapłaty, podpiszesz i ja to złożę.
Wezwanie poszło pocztą poleconą, za potwierdzeniem odbioru, na adres urzędu miasta, bo Renata Dobosz formalnie prowadziła tam fundację kulturalną, z której konta miała zapłacić. Kwota: sto dwadzieścia tysięcy złotych plus odsetki za zwłokę, termin czternaście dni.
Renata zadzwoniła sama, dwa dni po odbiorze pisma. Głos miała inny – bez tej nuty wyższości, bardziej spięty.
– Pani Marto, to chyba jakieś nieporozumienie. Przecież rozmawiałyśmy jak znajome.
– Rozmawiałyśmy jak zleceniodawca i wykonawca, pani Renato. Ja wykonałam swoją część. Suknia leży teraz pewnie w pani szafie albo w gablocie w urzędzie. Ja mam rachunki za materiał, które muszę spłacić hurtownikowi w Łodzi do końca miesiąca.
– Może dogadamy się polubownie, bez prawników…
– Już się dogadywałyśmy polubownie. Trzy razy. Teraz się dogadujemy prawnie.
Sprawa trafiła do sądu rejonowego, bo Renata Dobosz jednak nie zapłaciła w wyznaczonym terminie – licząc pewnie, iż groźba pozwu to blef starszej krawcowej z suteryny. Termin rozprawy wyznaczono na koniec października, ale zanim do niej doszło, lokalny portal, ten sam, który pisał o „olśniewającej pani burmistrzowej”, dostał od Kingi kopię wezwania do zapłaty i skan metki z NIP-em wszytej w podszewkę sukni – bo klientka fundacji, która pożyczyła suknię do wystawy pamiątek burmistrzowej, sama odesłała Marcie zdjęcie tej metki, pytając, czy to ona jest autorką.
Artykuł ukazał się dziesięć dni przed rozprawą, pod tytułem: „Kto uszył suknię za sto dwadzieścia tysięcy, za którą nikt nie zapłacił”. Tym razem w komentarzach nie było zachwytów nad elegancją. Był numer konta fundacji, publicznie dostępny w rejestrze, i pytanie, na co idą pieniądze z dotacji gminnych, skoro na wykonawców ich nie starcza.
Renata zapłaciła całość dzień przed rozprawą, przelewem, co do złotówki, razem z odsetkami – sto trzydzieści dwa tysiące czterysta złotych. Bez telefonu, bez przeprosin. Kinga potwierdziła wpływ i osobiście zadzwoniła do cioci, żeby powiedzieć, iż sprawę można wycofać z sądu.
Marta odłożyła telefon na stół obok maszyny. Kot z warzywniaka siedział na parapecie, patrzył, jak kobieta otwiera zeszyt z rachunkami i przy pozycji „Dobosz Renata, suknia Londyn” dopisuje jedno słowo: zapłacone. Potem zamknęła zeszyt, wstała i poszła zaparzyć trzynastą kawę tego dnia – pierwszą, którą piła bez pośpiechu od trzech miesięcy.













