Statek, który ukradł nam sen w Ustce

newsempire24.com 2 dni temu

Przeprowadziłem się do Ustki cztery lata temu, po tym jak przeszedłem na emeryturę z firmy instalacyjnej w Gdańsku. Kupiłem to stare mieszkanie przy bulwarze właśnie po to, żeby mieć spokój, patrzeć rano na morze z herbatą w ręku i żeby nikt więcej się o mnie nie martwił. Moja sąsiadka, Krystyna, miała sześćdziesiąt siedem lat, była zdecydowaną kobietą, emerytowaną nauczycielką fizyki z miejscowego liceum, i to ona pierwsza przyniosła tę wiadomość, wyciągając telefon w moją stronę, na klatce schodowej.

— Zobacz, co chcą zbudować kilka kilometrów od plaży — powiedziała. Wyspę. A nie, statek.

To nie była wyspa. Jak gwałtownie dowiedziałem się z prasy, chodziło o jakąś ogromną platformę pływającą, zaprojektowaną przez prywatną firmę — spółkę joint venture technologicznego giganta z koncernem energetycznym — z dziwną nazwą, jakby wzięło się to z nordyckiej legendy o potworze morskim. Pomysł był prosty i, przyznaję, na pierwszy rzut oka wydawał się genialny: statek z dwoma kadłubami, zakotwiczony na pełnym morzu, który produkuje prąd bez spalania choćby grama paliwa, wykorzystując różnicę temperatur między ciepłą wodą powierzchniową a zimną wodą z głębi. Sto megawatów, mówili. Sześćdziesiąt na centrum danych, na tę całą sztuczną inteligencję, o której teraz wszyscy mówią, a której prawie nikt nie rozumie. Reszta, czterdzieści megawatów, czysty prąd, praktycznie za darmo, prosto na ląd — wystarczający, jak twierdzili, dla trzydziestu dwóch tysięcy gospodarstw domowych.

I było jeszcze coś. Instalacja odsalania próżniowego, która miała wydobywać prawie trzydzieści milionów litrów wody pitnej dziennie. Dla stu pięćdziesięciu tysięcy ludzi.

Krystyna słuchała rady miasta, jak mówili o tym niczym o cudzie. Ja słuchałem czegoś innego — myślałem o tym, co czytałem o centrach danych na lądzie, tych w Stanach Zjednoczonych, które wysuszały rzeki i podgrzewały całe dzielnice. Tutaj, na papierze, ten problem znikał. Statek nie potrzebował gruntu, nie podłączał się do sieci, mógł choćby odczepić się od kotwicy i odpłynąć, gdyby nadciągnął sztorm — z prędkością szesnastu węzłów, jak mówili inżynierowie, mógł gwałtownie dotrzeć choćby w rejony dotknięte klęskami żywiołowymi, dostarczając prąd i wodę tam, gdzie nie ma już kto tego zapewnić.

Mój syn, Marcin, pracował w firmie IT w Warszawie i przysłał mi całą wiadomość głosową, podekscytowany, mówiąc iż to przyszłość, iż powinienem się cieszyć, iż dzieje się to tak blisko mnie, a nie tylko czytać o tym w internecie.

Tylko iż moja euforia trwała jakieś dwa tygodnie.

Pewnego sierpniowego wieczoru, bardzo późno, matka dziewczynki z sąsiedniego bloku, pielęgniarka ze szpitala powiatowego o imieniu Agnieszka, zapukała do drzwi Krystyny, płacząc. Jej córka, Zosia, miała dziewięć lat i astmę od małego, ale w ostatnim miesiącu oddychała źle zwłaszcza w nocy, dokładnie wtedy, gdy wiatr wiał od morza. Nie wiedziałem na pewno, czy miało to związek z budową na pełnym morzu — adekwatnie nikt nie wiedział niczego na pewno. Ale rada miasta odbywała otwarte spotkania, na których przedstawiciele firmy — nazywała się Optimal Transit — mówili o "minimalnym wpływie" i "ciągłym monitoringu", nie odpowiadając jasno, co dokładnie zmienia się w wodzie morskiej, gdy wyciąga się miliony litrów z głębin i wypuszcza zimną wodę gdzie indziej, w innej warstwie.

Poszedłem też na jedno z tych spotkań, w sali urzędu miasta, z Krystyną obok mnie, trzymającą torebkę na kolanach jak tarczę. Główny inżynier, młody mężczyzna, mówił szybko, pokazując wykresy na ekranie, twierdząc iż statek rozwiązuje dokładnie te problemy, na które wszyscy narzekają — wodę, prąd, bez poświęcania wybrzeża. Krystyna podniosła rękę.

— A jeżeli coś się zepsuje w głębi, tam gdzie nikt nie widzi? — zapytała. — Kto za to zapłaci?

Nie dostała jasnej odpowiedzi. Dostała uśmiech i obietnicę "niezależnego raportu kwartalnego".

Sprawy potoczyły się szybko, jak to zwykle bywa w małych miastach, gdzie wszyscy się znają. Burmistrz, mężczyzna nazwiskiem Bogdan Sadowski, popierał projekt od początku — mówiło się, z niepotwierdzonych źródeł, iż firma zainwestowała już pieniądze w jego kampanię wyborczą, choć nikt nie mógł tego udowodnić na papierze. Umowę podpisano szybko, bez poważnej debaty publicznej, a rada zatwierdziła koncesję morską na trzydzieści lat.

Krystyna, która miała po swojej stronie zarówno szacunek sąsiadów, jak i żelazną pamięć do liczb, postanowiła prześwietlić dokumenty. Poprosiła, przez prawnika, o dostęp do umowy koncesyjnej. Zajęło jej sześć tygodni, żeby dostać ją w całości, razem z załącznikami technicznymi. I tam, w klauzuli ukrytej niemal na stronie czterdziestej pierwszej, czarno na białym stało, iż firma miała prawo zawiesić dostawę tych czterdziestu megawatów "nadwyżki" dla społeczności w dowolnym momencie, jeżeli uznała to za konieczne dla "priorytetyzacji zadań obliczeniowych", bez żadnej kary, bez wcześniejszego powiadomienia większego niż dwadzieścia cztery godziny.

Innymi słowy: cała ta obietnica prądu i wody dla miasta mogła zniknąć z dnia na dzień, gdyby ich serwery sztucznej inteligencji potrzebowały więcej energii. Mieszkańcy zostawali z ryzykiem — hałasem, ewentualnym zaburzeniem wód przybrzeżnych, obciążeniem infrastruktury portowej — ale bez żadnej realnej gwarancji korzyści.

W czwartek, 17 września, Krystyna zwołała spotkanie na podwórku bloku, z Agnieszką, ze mną, z jakimiś piętnastoma sąsiadami. Postawiła na składanym stoliku wydrukowaną umowę, ze stronami oznaczonymi żółtymi karteczkami samoprzylepnymi.

— Popatrzcie tutaj — powiedziała, stukając palcem w stronę czterdziestą pierwszą. — My bierzemy ryzyko. Oni biorą gwarancję.

Nikt nie krzyczał. Nie było sceny gniewu. Zapadła cisza, a potem Agnieszka zapytała cicho, czy w ogóle ma sens mieć nadzieję, iż jej córka zacznie lepiej oddychać.

Krystyna niczego nie obiecała. Zrobiła coś konkretnego: zebrała podpisy — ponad osiemset w dwa tygodnie — i złożyła, przez wspólnie wynajętego prawnika, formalny wniosek do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, żądając zawieszenia decyzji środowiskowej do czasu przeprowadzenia niezależnego badania wpływu, finansowanego z funduszy publicznych, a nie ze środków oferowanych przez Optimal Transit.

Burmistrz Sadowski został wezwany do złożenia wyjaśnień na nadzwyczajnej sesji rady, w październiku. Przyszedł w mocno zaciśniętym krawacie, z cienką teczką dokumentów. Krystyna odczytała klauzulę na głos, przed kamerami lokalnej telewizji, która wreszcie zainteresowała się tematem. Sadowskiemu zostało tylko powiedzieć, iż to "problem redakcji prawnej", który zostanie "wyjaśniony".

Nigdy nie został wyjaśniony tak, jak on by chciał. Dyrekcja nałożyła tymczasowe wstrzymanie prac przy podłączeniu kabla podmorskiego do brzegu, tuż przed ich zakończeniem, do czasu złożenia niezależnego badania. Firma straciła prawie rok, a wraz z nim część inwestorów.

Krystyna niczego nie świętowała. Pewnego marcowego poranka, rok później, zobaczyłem ją na balkonie, z kubkiem kawy, patrzącą w stronę linii horyzontu, gdzie statek, niemal gotowy, stał nieruchomo, zatrzymany.

— To się jeszcze nie skończyło — powiedziała mi przez balustradę. — Ale teraz mają obowiązek pokazać nam liczby wcześniej, a nie potem.

Agnieszka przyszła do niej tego popołudnia z nową teczką — wynikami badania lekarskiego córki, zrobionego w klinice w Słupsku, które pokazywało lekką poprawę od czasu wstrzymania prac na pełnym morzu. To nie był ostateczny dowód naukowy, ale było się czego uchwycić.

Statek pozostał zakotwiczony tam, na horyzoncie, wciąż milczący, z wyłączonymi turbinami. A Krystyna odłożyła teczkę z umową z powrotem na półkę w bibliotece, obok swoich starych podręczników do fizyki, z żółtymi karteczkami wciąż przyklejonymi do strony czterdziestej pierwszej.

Idź do oryginalnego materiału