Mietek siedział na drewnianym stołku przy oknie i patrzył na pole. Siedemdziesiąt dwa lata, z czego czterdzieści na tej ziemi. Ziemniaki sadził co roku od śmierci żony, a żona nie żyła już jedenaście lat. W tym roku pierwszy raz poczuł, iż nie da rady.
Pole było nieduże — jakieś trzydzieści arów za domem, tuż przy drodze na Górę Kalwarię. Ziemia gliniasta, po zimie zbita na kamień. Trzeba ją było przekopać szpadlem, bo traktora nikt za darmo nie przyśle, a na wynajęcie Mietka nie było stać. Emerytura rolnicza — tysiąc czterysta osiemdziesiąt złotych. Po opłatach i lekach zostawało mu na chleb i margarynę.
Ręce mu się trzęsły, kiedy podnosił szpadel. Kręgosłup odmawiał posłuszeństwa przy każdym wbiciu w ziemię. Wiedział, iż zostało mu tych sadzeniaków z ubiegłorocznego zbioru może z dziesięć worków. Wystarczy, żeby obsadzić całe pole. A potem trzeba było obredlić, opielić, a jesienią wykopać. Sam. Zupełnie sam.
Syn siedział w areszcie na Służewcu od trzech lat. Wpadł na głupocie — rozbili z kolegą bankomat pod Warszawą, dostali po cztery lata. Został mu jeszcze rok.
Mietek wyciągnął z szuflady kredensu zeszyt w kratkę i długopis. Okulary miał porysowane, ale pisał z namysłem, starannie, jakby od tego zależało wszystko.
«Drogi Synu. W tym roku chyba już nie posadzę ziemniaków. Zdrowie już nie to, plecy bolą od samego schylania się, a kopanie pola samemu to męka. Ach, gdybyś był w domu, żeby mi pomóc…»
List wysłał we wtorek. W środę wieczorem przyszedł listonosz i przyniósł odpowiedź. Mietek zdziwił się — tak gwałtownie to jeszcze nigdy nie było.
«Tato, na litość boską, nie zbliżaj się do pola! Nie kop tam nic! Tam właśnie zakopałem całą forsę z tego skoku na bankomat».
Mietek przeczytał trzy razy. Za pierwszym razem nic nie zrozumiał. Za drugim usiadł ciężko na krześle. Za trzecim złożył kartkę na pół i schował do kieszeni koszuli, pod serce.
Znał swojego syna. Wiedział, iż chłopak czasem pisał dziwne rzeczy — w celi człowiek tęskni, głupieje od tego. Ale nie o to chodziło. Chodziło o to, iż ten list na pewno nie dotarł do niego prosto z celi. Koperta była rozcięta i z powrotem zaklejona taśmą. Ktoś to czytał przed nim.
Nie zdziwił się, iż sypialnię ma na górze, a okno wychodzi dokładnie na pole. Tej nocy długo nie spał.
Rano usłyszał silniki. Wyjrzał — pod domem stały trzy radiowozy i dwa nieoznakowane auta. Mężczyźni w ciemnych kurtkach wyskakiwali, zanim koła zdążyły stanąć. Jeden z nich, łysy, z teczką, wyciągnął jakiś papier.
— Dzień dobry. Policja. Ma pan dokumenty?
Mietek podał dowód bez słowa.
— Dostaliśmy informację, iż na pana polu mogą być zakopane przedmioty pochodzące z przestępstwa. Będziemy musieli to sprawdzić.
— To sprawdzajcie.
Wyszli na pole we dwunastu. Mieli łopaty, miały wykrywacze metalu. Dwóch z nich przyniosło ze sobą coś, co wyglądało jak georadar — Mietek widział takie w telewizji, na programach o poszukiwaczach skarbów.
Kopali cały dzień. Od siódmej rano do piątej po południu, z jedną przerwą na kanapki, które przywiózł im radiowóz. Przekopali wszystko — od miedzy przy lesie do rowu przy drodze. Każdy centymetr. Ziemia fruwała, glina lśniła w kwietniowym słońcu, a policjanci pili wodę z butelek i rzucali je potem w trawę.
Stary Mietek siedział na stołku przy oknie i patrzył. Sąsiadka, pani Halina, przyszła zobaczyć, co się dzieje.
— Mieciu, co oni robią?
— Szukają.
— Czego?
— No, szukają.
Wieczorem policjanci zwinęli sprzęt. Łysy z teczką podszedł do Mietka, który przez cały dzień nie ruszył się z miejsca.
— Nic nie znaleźliśmy. Ale pole jest przekopane. Ma pan ułatwione zadanie.
Mietek nie odpowiedział.
— Podpisze pan protokół? Że nic panu nie zginęło, iż nie ma pan zastrzeżeń.
— Podpiszę.
Podpisał. Ręka mu drżała, ale się starał. Patrzył, jak odjeżdżają, jak znikają za zakrętem na Baniochę.
Trzy dni później przyszedł kolejny list.
«Tato, teraz możesz sadzić ziemniaki do woli. Ziemia jest przekopana i gotowa. To wszystko, co mogłem zrobić dla ciebie z celi».
Mietek przeczytał list. Schował do tej samej kieszeni koszuli, gdzie nosił poprzedni.
Następnego ranka wstał o piątej, jak zwykle. Zaparzył sobie herbatę, zjadł chleb z topionym serem. Wziął worek sadzeniaków z piwnicy. Wyszedł na pole.
Ziemia była czarna, luźna. Pod nogami uginała się miękko. Szpadel wchodził lekko, jak w masło. Mietek robił dołek, wrzucał ziemniaka, przysypywał. Dołek, ziemniak, przysypać. Dołek, ziemniak, przysypać.
Na sadzenie całego pola zeszło mu półtora dnia. Ostatni raz tak gwałtownie sadził, kiedy syn był jeszcze w domu i nosili ziemniaki we dwóch.
Po skończonej pracy stanął na skraju pola. Popatrzył na rzędy świeżo usypanych kopczyków. Z kieszeni koszuli wyjął oba listy, złożył je razem, zgiął na pół. Wsunął je pod kamień na miedzy, ten sam, na którym zawsze zostawiał butelkę z herbatą.
A potem ukląkł na ziemi i pierwszy raz od jedenastu lat przeżegnał się tam, gdzie rosły ziemniaki.
Dwa tygodnie później policja znowu przyjechała. Tym razem jeden radiowóz. Łysy z teczką chciał zobaczyć, czy Mietek nie sadzi czegoś innego niż ziemniaki. Przeszedł się po polu, pooglądał rzędy. Znalazł pod kamieniem listy. Przeczytał oba.
— Można je sobie wziąć — powiedział Mietek z okna.
Łysy schował listy do teczki.
— Nielegalne jest tylko to, co pan z nimi zrobi w sądzie — rzucił.
Mietek wzruszył ramionami.
— Idź pan już.
Policjant wsiadł do auta i odjechał.
Jesienią Mietek wykopał ziemniaki. Zebrał czterdzieści worków. Sprzedał trzydzieści na targu w Górze Kalwarii, po złotówce za kilo. Zostało mu dziesięć na zimę, na jedzenie dla siebie i dla kury, którą przyniosła mu w maju pani Halina.
Syn wyszedł z aresztu w listopadzie. Przyjechał do domu autobusem z Warszawy, bo Mietek nie miał po co wychodzić po niego na przystanek.
— Wykopałeś wszystko? — zapytał syn, kiedy stanął w drzwiach.
— Wykopałem.
— Dużo?
— Starczyło.
Syn spojrzał na pole. Już puste, zrudziałe, czekające na zimę.
— To co teraz? — zapytał.
Mietek nalał mu herbaty i podał chleb. Syn zjadł. Potem wyszli razem na pole. Syn wziął szpadel, wbił go w ziemię, żeby sprawdzić, jak głęboko sięga piach.
— Na wiosnę zasadzimy razem — powiedział.
Mietek patrzył, jak syn obraca szpadel w dłoniach. Ręce miał mocne, przyzwyczajone do pracy. Popatrzył na nie, potem na swoje. Pokiwał głową.
— Ja już nie będę sadził.
— Tato…
— Ty posadzisz.
Syn milczał. Po chwili wrócił z chlewa z drugim workiem sadzeniaków, z tych, które Mietek schował w piwnicy za kredensem, gdzie syn by nie zajrzał.
— Zostało jeszcze siedem — powiedział Mietek.
— To na wiosnę.
— To na wiosnę.
Usiedli razem na ławce przed domem. Mietek siedział cicho i patrzył, jak zimowe słońce stoi nisko nad polem.













